Na ludzką głupotę chyba nie ma rady :)

Dodano 25 kwietnia 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Muszę to napisać, bo normalnie szlag mnie trafi.

Jakieś dwa tygodnie temu pod naszym domem miał miejsce
wypadek samochodowy z udziałem Guardii Civil czyli w sumie

jednego z główniejszych organów Policji.

O 1.30 w nocy obudził mnie straszliwy
hałas jakby się coś waliło i za moment okropne krzyki.
Nie mieliśmy pojęcia co się stało, a z okna nie bardzo było widać
więc szybko wrzuciliśmy coś na siebie i na dach by zobaczyć
co stało się na ulicy, gdyż bardzo często dochodziło tutaj
do kolizji drogowych.
To co ukazało się naszym oczom to była masakra, ulica pełna

lamentujących ludzi, auto Guardii Civil z rozbitym jednym

przednim światłem stało  przy znaku STOP a jakieś 200 metrów

dalej stał kompletnie  zmasakrowany inny samochód.

Oczywiście z ciekawości zeszliśmy na dół.
Okazało się, że najprawdopodobniej Guardia nie zatrzymała się
na znaku STOP i uderzyła w jadące prawidłowo auto, kierujący
autem młody chłopak nie opanował swojego auta i wpadł

na barierki po  czym dachowali i zatrzymali się na kołach.

Niestety jego kuzyn siedzący na tylnym siedzeniu 21 letni

chłopak zginął na miejscu.
Jednak nie o to mi chodziło, winą marnej widoczności na tym

dziwnym skrzyżowaniu jest wielki klomb z drzewami i palmami
zasłaniający widoczność, ludzie po tym wypadku napisali na
murku otaczającym klomb (około 1 metra do góry) wielkie napisy
FUERA YA czyli wynocha już, a co zrobili drogowcy?
Za pomalowanie żółtych widocznych pasów i wielkiego napisu STOP
na drodze można ich pochwalić jednak 2 dni temu dostawili
barierki murowane, że z koła zrobił się kwadrat i teraz już
kompletnie nic nie widać. Aby skręcić w lewo niestety musimy
wysunąć się na ulicę z pierwszeństwem przejazdu, a co za tym

idzie narazić się na uderzenie przez auto jadące tą drogą.
Mój Pan zazwyczaj jeździ tamtędy, ja zawsze wolałam inną drogą
wjeżdżać do domu, ale teraz sam ma obawy i stwierdził że chyba

będzie  wracał z pracy drugą drogą, aby ominąć teraz

bardziej niebezpieczne  miejsce.

Zamiast poprawić widoczność na skrzyżowaniu by

nie doprowadzić do kolejnej tragedii zrobili coś zupełnie odwrotnego.

Masakra i totalny brak myślenia.

Otagowane:  

To może przydażyć się każdemu z nas – rodziców!

Dodano 3 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

     Bardzo długo zastanawiałam się czy dodać ten wpis czy nie, jednak w końcu zdecydowałam że napiszę dlaczego tak długo nie dodawałam nic konkretnego, dlaczego nie czytałam innych blogów.

Otóż wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące temu, zaczęły do mnie dochodzić słuchy, że coś złego dzieje się z jednym z moich synów, że rozstał się z dziewczyną z którą mieszkał od 4 lat, że wyprowadził się nie wiadomo gdzie i że wpadł w nieciekawe towarzystwo. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, gdyż zawsze uważałam chłopaka za bardzo rozsądnego i myślącego realnie.

     Pewnego wieczoru jednak okazało się, że to wszystko prawda, a co gorsze to najprawdopodobniej oprócz tych wszystkich złych wiadomości to nie dość, że wyprowadził się do jednej z najgorszych i najniebezpieczniejszych dzielnic Torunia to jeszcze zaczął brać narkotyki. To ostatnie to jednak było tylko podejrzenie, a nie sprawdzony fakt, szczerze ciężko mi było w to wszystko uwierzyć. Dziewczyna mojego syna była załamana, nie wiedziała co robić, jak mu pomóc wydostać się z tej sytuacji, poprosiła mnie o pomoc. Jednak w sumie cóż ja mogę na odległość?

      Rozmawiając z synem poprzez Facebooka wyczuwałam w jego głosie dziwne zachowanie, również podczas pisania jego wypowiedzi były niespójne, chaotyczne i czasami pozbawione sensu. Na każdą moją, nawet najmniejszą krytykę zaraz się obrażał.

Postanowiłam zafundować mu wycieczkę do mamy, na Teneryfę. Jak postanowiłam tak i zrobiłam kupiłam bilet w obie strony na 10 dni, aby go rozgryźć, aby się czegoś dowiedzieć, aby w jakikolwiek sposób pomóc.

Przyleciał, po pewnych problemach z dotarciem na lotnisko ale to mało ważne, najważniejsze że był. Ucieszyłam się bardzo choć na dzień dobry o mało nie poznałam syna, wychudzony, zakatarzony dosłownie cień człowieka, jednak on twierdził że wszystko jest w porządku i że przed wyjazdem pogodził się ze swoją dziewczyną, że wszystko już zrozumiał i teraz już będzie tylko dobrze. Zbił mnie tymi słowami z tropu, więc nie drążyła tematu ponieważ każdego wieczoru bardzo długo i  normalnie rozmawiał ze swoją dziewczyną za pomocą skypa, byłam zadowolona, że wszystko wróciło do normy. Widać było, że jest szczęśliwy i nie może doczekać się powrotu do ukochanej, ale jak się później okazało to wszystko było chyba tylko na pokaz, aby mama nie marudziła, aby nie drążyła tematu.

Po 10 dniach chłopak wrócił do Polski przez jeden dzień wszystko było super, jednak następnego dnia pojechał niby po swoje rzeczy i już nie wrócił, łaskawie napisał tylko smsa do dziewczyny, że to koniec. W tym czasie ja z moim partnerem i najmłodszym synkiem byliśmy w Szkocji i w sumie niewiele mogłam zrobić, na dniach mój starszy syn z żoną i córeczką mieli wyruszyć do nas na Teneryfę więc też nic nie mógł poradzić na zachowanie młodszego brata.

Wróciliśmy z wycieczki do domu gdzie czekała już na mnie rodzina, cieszyła się bardzo z nadchodzących świąt i z tego że spędzę je razem z wnusią i jej rodzicami, ale jednak nie przestawałam się martwić o młodszego chłopaka. Co będzie robił na święta? Czy się ogarnie i wróci do mimo wszystko czekającej  na niego dziewczyny? Pytania i brak odpowiedzi nie dawały mi spokoju, tym bardziej że z Polski wcale nie było ciekawych wiadomości.

Nadeszły święta, mój syn obrażony na cały świat, nie zauważał życzeń mu składanych twierdząc, że wszyscy o nim zapomnieli. Doniesienia o tym, że bierze narkotyki stawały się coraz bardziej pewne, a ja popadałam w coraz większą nostalgię i taką jakby niemoc, przecież nie mogłam nic zrobić, w żaden sposób pomóc.

  Nadszedł czas kiedy dzieciaki musiały już wracać do domu czyli ostatni dzień starego roku, mój młodszy syn informuje mnie że tę noc ma zamiar spędzić ze swoją dziewczyną, ale co się jednak okazuje tak się nie stało. Po raz kolejny mnie okłamał, choć przedtem nigdy tego nie robił, zawsze był szczery i uczciwy.

Nowy rok przynosi tragiczne wiadomości, podobno został złapany w sklepie na kradzieży choć oczywiście wszystkiego się wypiera, na domiar tego wszystkiego dostaję wiadomość że rozbił samochód, gdzie za miastem dachował i wylądował w rowie. Jedyną dobrą w tym wszystkim wiadomości to było to, że nikomu nic się nie stało podczas tego wypadku. Po tym wypadku wrócił mieszkać do swojej dziewczyny, jednak jego zachowanie wymagało wiele do życzenia, znikał gdzieś na całe dnie, dom traktował jak stołówkę i hotel mimo to jego dziewczyna miała anielską cierpliwość, aby to wszystko znosić gdyż bała się o niego, aby nie zrobił nic głupiego.

     Pewnego dnia pojechał do „kolegów” najprawdopodobniej po pieniądze na ratę w banku (gdyż był na tyle głupi iż pobrał coś dla kolegów na raty) i co się okazało to nie dość, że nie dadzą mu żadnych pieniędzy, że sam ma się martwić o swoje kredyty to jeszcze go pobili i zniszczyli auto, który na dodatek wracając do domu (za zbite lusterka i światła) dostał mandat jakby mało miał na głowie. Jednak jakby to większość powiedziała „ma czego chciał” albo „a nie mówiłam”.

Po tej nauczce, którą otrzymał od swoich pseudo kolegów chyba coś dotarło do tej opustoszałej głowy, zaczął myśleć jednak powoli, przestał jeździć nie wiadomo gdzie, przestał brać jakiekolwiek narkotyki (przynajmniej na to wskazuje zachowanie i wygląd), w ciągu tygodnie znalazł pracę na razie na umowę 3 miesięczną, a czy przedłużą to zależy już tylko od niego. Od tygodnia pracuje i widać, że próbuje naprawić swoje błędy, jednak mimo wszystko twierdzi że był zbyt dobry, nie widzi w sobie winy, a to źle niestety. Mam jednak nadzieję, że z czasem wróci ten kochany i rozsądny chłopak który wyjechał z Teneryfy, aby zamieszkać z dziewczyną w Polsce.

Tak w wielkim skrócie opisałam problem który mnie dotknął, a nigdy nie przypuszczałam że właśnie mnie może spotkać coś takiego, teraz jednak myślę że każdego może to spotkać nawet jak się najbardziej dba o dzieci.

Otagowane:  

Pokręcone drogi ile w tym prawdy???

Dodano 30 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak więc w poprzednim wpisie dotarłam do narodzin syna mojej teściowej, co robiła dalej tego tak naprawdę nie wie nikt, podobno zamieszkała z synkiem w jakimś małym mieszkanku w śródmieściu Torunia i pracowała jako kelnerka. Po dwóch latach na świecie pojawia się kolejne dziecko, tym razem dziewczynka, kto jest ojcem nigdy nie udało nam się tego rozwiązać, ale niestety dziecko jest upośledzone umysłowo, nigdy nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować, taka diagnoza lekarzy, dziewczynka trafia do domu opieki sióstr zakonnych i ślad po niej ginie na wiele, wiele lat…. Kolejne dziecko, kolejnego faceta, czy ta kobieta myśli o tym co będzie dalej?? Na świat przychodzi śliczna, zdrowa (???) dziewczynka, a matka co robi, podobno pracuje dalej, jednak gdy dzieci mają 7 i 2 latka trafia do więzienia, a to chyba najbardziej strzeżona tajemnica mojej bohaterki, nigdy tego głośno nie powiedziała, nigdy do tego się nie przyznała, jednak dokumenty mówią co innego. 7letni wówczas syn kończy 1 klasę szkoły podstawowej w domu małego dziecka, gdzie z późniejszych ustaleń (już dorosłego syna) wynika, że spędził tam rok czasu ponieważ matka w tym czasie przebywała w zakładzie karnym, za co tego nigdy się nie dowiemy. Nie jestem w stanie opisać dokładnie całej przeszłości ponieważ nie byłam jej świadkiem, jednak to co sama zaobserwowałam nie jednego może przyprawić o ból głowy i stwierdzenie. Czy ta kobieta kiedykolwiek mówi prawdę???? Najprawdopodobniej mała, śliczna dziewczynka w wieku 3 lat choruje na ropne zapalenie opon mózgowych i od tej pory zaczyna być traktowana przez matkę jak zło konieczne, gdy dziewczynka ma 5 lat na świecie zjawia się kolejne dziecko, tym razem wiadomo kto jest ojcem, partner, a w późniejszym czasie mąż z którym kobieta będzie żyła do końca jego dni. Po kolejnych 4 latach na świecie zjawia się kolejny potomek mojej teściowej, najstarszy syn ma 14 lat i żyje swoim życiem dla matki najważniejsze są te dzieci z obecnym partnerem, a mała chora dziewczynka, traktowana jak popychadło, do szkoły według matki się nie nadaje, do niczego się nie nadaje, ale na ulice żebrać to tak, jak można tak traktować własne dziecko. Mijają kolejne 3 lata, moja bohaterka staje na ślubnym kobiercu, najstarszy syn w towarzystwie dużo od niego starszej dziewczyny, ale on ją kocha więc to w niczym nie przeszkadza, nikt nie patrzy na to że on ma dopiero 17 lat, a ona 29, czym to się kończy, tragedią, dziewczyna zostawia chorobliwie zazdrosnego gówniarza, on targa się na własne życie, wychodzi jednak z tego. Moja teściowa znowu spodziewa się dziecka, jest w 8 miesiącu ciąży gdy osobiści ją poznaję i od tej pory będę w stanie opisać wszystko co jest faktem, a nie tylko zasłyszaną historią jak do tej pory…..

Otagowane:  

Wpadłam w sieci na bardzo ciekawy artykuł i chciałabym się z Wami nim podzielić.

Oto rzeczy najczęściej mówione przez osoby umierające, naprawdę otwiera oczy!

Po wielu latach pracy bez satysfakcji, Bronnie Ware postanowiła poszukać czegoś, co byłoby zgodne z jej wartościami. Podjęła się pracy w hospicjum, gdzie przez wiele lat pomagała osobom umierającym. Jakiś czas później spisała listę pięciu rzeczy najczęściej żałowanych przez jej pacjentów.

1. Szkoda, że nie miałem odwagi żyć tak jak naprawdę chciałem, a nie tak jak inni tego ode mnie chcieli.

„To jest rzecz najczęściej żałowana. Gdy ludzie zdają sobie sprawę, że ich życie dobiega końca patrzą wstecz i widzą wyraźnie jak wiele z ich marzeń nigdy się nie spełniło. Większość ludzi nie wypełniła nawet połowy swoich marzeń i umarli z przekonaniem, że było tak przez wybory których dokonali. Zdrowie daje nam wolność, której nie doceniamy dopóki jej nie stracimy.”

2. Żałuje, że tyle pracowałem

„Każdy mężczyzna którym się opiekowałam tego żałował. Ominęło ich dorastanie swoich dzieci czy czas spędzony z partnerką. Kobiety czasem też wyrażały żal, że za dużo pracowały, ale ponieważ większość była ze starszego pokolenia to zwykle zamiast pracować opiekowały się domem. Wszyscy mężczyźni, którymi się opiekowałam żałowali, że spędzili tyle czasu na pracy”

3. Szkoda, że nie miałem odwagi wyrazić prawdziwych uczuć

„Wiele osób chowa prawdziwe uczucia z obawy by nie wywołać konfliktu z innymi. W wyniku tego zgadzają się na średnie życie i nigdy nie osiągają tego co mogliby osiągnąć. Wiele z tych osób rozchorowało się między innymi przez gorycz, którą nosili w sobie. ”

4. Mogłem więcej czasu poświęcić na utrzymanie kontaktu z przyjaciółmi

„Często ludzie nie dostrzegają korzyści jakie dają im starzy przyjaciele, aż do ostatnich chwil życia. Często nie jest nawet możliwe odnalezienie takich przyjaciół. Wiele osób dało się tak porwać wirowi życia, że utracili w międzyczasie swoich przyjaciół. Widziałam wiele żalu o niepoświęcanie przyjaciołom wystarczającej ilości czasu. Każda osoba tęskni za przyjaciółmi gdy odchodzi”

5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszym

„To jest zaskakujące częste zdanie. Wiele osób dopiero na końcu życia zdało sobie sprawę, że bycie szczęśliwym to wybór. Tak bardzo trzymali się schematów i nawyków. Tak zwany „komfort” znajomych rzeczy zwyciężył nad emocjami, a także nad ich życiem. Obawa przed zmianą zmusiła ich, by udawali przed innymi, a także przed samymi sobą, że są szczęśliwi, podczas gdy gdzieś głęboko w środku tęsknili do tego by w ich życiu znów pojawiło się beztroskie śmianie się”

Te rady są piękne i prawdziwe. Nawet jeśli trudno nam w tej chwili myśleć o tak ciężkich sprawach jak umieranie, warto przemyśleć te kilka zdań. Ludzie którzy je wypowiadali mieli zupełnie inną perspektywę niż my, zabiegani i zatraceni w codzienności. Nie popełniajmy tych samych błędów.

 

 

I co Wy na to, jakie jest Wasze zdanie, bo ja się zgadzam, gdybym w pewnym momencie mojego życie nie zrobiła wielu, moze i bardzo głupich rzeczy, teraz bym pewnie żałowała, że nie spróbowałam bo na dzień dzisiejszy już bym wielu z tych rzeczy nie zrobiła…

Otagowane:  

Przyznaj się, inaczej Cię zabiję…..

Dodano 13 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Chciałabym wam dzisiaj opisać pewną sytuację z którą zapewne nie jedna kobieta w swoim życiu się spotkała, patrząc na różnego typu tragedie w rodzinach, że mąz zabija żonę, a nawet dzieci z jakiegoś tylko sobie znanego powodu. Ale ja zacznę od początku, w zeszłym roku dowiedziałam się, ze jeszcze przed moim slubem mój przyszły mąż wynajął jakiegoś chłopaka, aby dobitnie pobił chłopaka mojej koleżanki, którego podejrzewał o to, ze się ze mną spotyka, co było nie prawdą, na szczęscie w samą porę dotarła moja koleżanka i jakoś się sytuacja rozwiązała polubownie, ale to jest tylko wstęp do tego co chciałam napisać. Byliśmy juz po ślubie, mój synek miał może z 8 mcy, gdy mój wtedy jeszcze mąż przyszedł do domu pijany i zaczął sie awanturować, gdy zobaczył w domu mojego kuzyna. Mój kuzyn nie chcąc sprawiać kłopotu po prostu pożegnał się i wyszedł, gdy się zamknęły drzwi dopiero zaczęło się piekło, mój mąz złapał mnie za szyję i kazał się przyznać do romansu z wcześniej wspomnianym kolegą, ja oczywiście zaprzeczałam bo niby mam się przyznać do tego co nie istnieje, podejrzewam ze już wtedy mnie zdradzał, ale to tylko moje podejrzenia. Gdy ja mówiłam, ze to nie prawda on coraz bardziej jedną reką ściskał mnie za ręce, a drugą trzymał na szyi  i po prostu uderzał w twarz, zaprzeczałam, pamiętam ze mówiłam wtedy że dla jego przyjemności nie przyznam się do czegoś czego nigdy nie zrobiłam, jednak moje słowa wywoływały tylko jego większą wściekłość. Szczerze mówiąc nie wiem jakby się skończyła ta sytuacja gdyby nie mój kuzyn, który wyszedł co prawda z mojego mieszkania, ale coś go niepokoiło i wrócił, słysząc za drzwiami jego wrzaski że mnie zabije, nie bacząc na nic wpadł do mieszkania złapał mojego męza i wyprowadził z domu, chyba zawiózł do do jego matki, teraz juz nie wiem, ale wiem jedno uratował mi życie. No i standardowo jak to bywało następnego dnia po pracy mój małżonek przychodzi nie do domu, a do swojej matki (bo wiedział dobrze, że ja tam będę) z wielkim bukietem kwiatów i na kolanach przeprasza i przyrzeka, że to się nigdy nie powtórzy, a ja oczywiście głupia i naiwna uwierzyłam, wybaczyłam. Fakt taka sytuacja może i już nie miała miejsca, ale były inne może mniej łagodne. Dopiero gdy poszedł do wojska ataki agresji z jego strony ustały, wtedy uwierzyłam że się zmienił, tak ale chyba na gorsze, bo czasem nękanie psychiczne jest gorsze od nękania fizycznego, bardziej boli i niszczy człowieka. Teraz to wiem i nigdy juz nikomu nie pozwolę aby mna pomiatał w żaden sposób. :lol:

Otagowane:  

To co znam tylko z opowiadania innych ludzi….

Dodano 10 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć jak potoczyło się życie Marcina czyli mojej 5letniej przygody, tak teraz to mogę nazwać. Nie znam wszelkich szczegółów ponieważ ten człowiek po naszym rozstaniu wykreślił mnie całkowicie ze swojego zycia, jednak dopiero po jakimś czasie, dlaczego nie od razu? Otóż, gdy rozstalismy sie definitywnie ja nie chciałam za bardzo utrzymywać kontaktów, jednak gdy przypadkiem gdzieś się spotkaliśmy nie traktowałam go jak obcego człowieka, zawsze starałam się z usmiechem powiedzieć „Cześć, co słychać?” Na poczatku jeszcze było ok, aż zaczął wydzwaniać, chciał się umówić na spotkanie, będąc w drugim związku, spotkałam się z nim raz z ciekawości, czego może ode mnie chcieć i chciał tylko jednego…. I tu się pomylił, gdy nie dostał tego co chciał zaczął traktować mnie jak powietrze, gdy się mijaliśmy na ulicy udawał że mnie nie zna, trudno ja się z tym pogodziłam, choć uważam ze nie tak traktują się ludzie kiedyś sobie bliscy. Z opowiadania osób z jego towarzystwa, jego siostry to ozenił się z kobietą dla której mnie zostawił, mamusia była szczęsliwa, kupił jakieś mieszkanie na kredyt, jednak jego charakter i skłonność do nadużywania alkoholu (gdy był ze mną pił tylko na imprezach) spowodowały, że nie mógł utrzymać pracy, za jazdę pod wpływem odebrali mu prawo jazdy. Urodziła mu się córka, a problemy finansowe się pietrzyły, on uciekał w alkohol, a ta biedna dziewczyna w tym momencie już nie dawała rady z wszystkimi problemami które na nią spadły, małe dziecko, mąż alkoholik nie szczędzący awantur, a nawet podnoszenia ręki, w końcu nie ona od niego, a on od niej odszedł dla jakiejś aktoreczki, która bardzo szybko się nim znudziła i został sam. A domiar wszystkiego złego rozpoznano u niego bardzo cięzka chorobą „toczeń’, jednak nie wiem jakiego rodzaju, wiem że w pewnym momencie był na granicy zycia i smierci. Podobno przestał pić, dostał jakąś rentę ale jak w Polsce się z tego utrzymać? Niestety do żadnej pracy iść nie może przy jego stanie zdrowia i jest sam mieszkając u mamy, chyba nie takiego życia oczekiwał, ja nie życzę nikomu źle, nawet jeśli ta osoba mnie skrzywdziła, jednak każdy dostaje to na co zasłużył….

Otagowane:  

Czyja to wina? Nie, raczej nie moja….

Dodano 4 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zastanawiałam się nad tematem tego wpisu, ale nic nie przychodziło mi do głowy, wiedziałam o czym chce napisać tylko brakowało mi tematu i tak to postawiłam pytanie, może ktos z Was wyciągnie odpowiedź z mojej historii. Otóż mając 6 miesięczne dziecko zorientowałam się, że znowu jestem w ciąży, byłam przerażona, z jednym jest ciężko a co dopiero z dwójką, ale cóż nigdy nie pozbyłabym się dziecka. Było cieżko, ale nie źle jakos dawalismy radę, ciaza przebiegała prawidłowo, byłam już w 7 miesiącu, dzieciatko było tak żywe, ze nie dawało spokoju i nagle znalazłam się w nieodpowiednim miejscu o nie odpowiedniej porze w samym centrum pijackiej awantury w domu moich teściów, gdy mój teść zaczął obrażać mojego ojca nie wytrzymałam i odezwałam się, nie bacząc na to iz jestem w ciąży teść popchnął mnie na ciezką platę węglową, uderzyłam plecami i przerażający ból, który minął jednak ruchy dziecka były od tego momentu jakieś dziwne, niby czułam że sie rusza jednak nie wystawiało juz ani rączek, ani nóżek, czuła sie bardzo dziwnie. Po tygodniu zaczęłam krwawić i zaczęła się bardzo intensywna akcja porodowa, trafiłam do szpitala, niby na izbie przyjęć wszystko było Ok, tętno dziecka wyczuwalne więc szybko na porodówkę, tam dosłownie po kilku minutach „wyplułam” maleńką córeczkę (900 gram), ale nie słychać płaczu, nie słychać nic. No i porażająca wiadomość, dziecko nie żyje mniej więcej od tygodnia. Czyja to wina? Mnie nasuwała się tylko jedna odpowiedź, ale nic nie mogłam zrobić, nic powiedzieć, nic udowodnić pozostało pochować maleństwo i żyć dalej. Minęło kilka kolejnych miesięcy i znowu niespodzianka, kolejna ciąza, tym razem juz bardziej kontrolowana, uważałam na wszystko w koło, starałam sie aby nic złego mi się nie przytrafiło i tak w ostatnim miesiącu ciązy trafiłam do szpitala na patologie ciąży, w badaniach wszystko dobrze, tylko dziecko jak na wiek ciąży bardzo malutkie, być może jakaś pomyłka w obliczeniach, nie wiem. Codzienne badania i czekanie, nie puszczą mnie do domu bo trzeba monitorować, no dobrze w szpitalu czuję się bezpieczniej, pewnego poranka obecny ordynator oddziału położniczego przeprowadza badanie i kątem oka udaje mi się zobaczyć moją kartę wyraźnie widzę na niej 9 czyli ułozenie odwrotne, lekarz delikatnie kręcił moim brzuchem to w jedna to w drugą stronę i po chwili wpisuje w kartę 6, czyżby udało mu się przekręcic dziecko? Najbliżej nocy połozna ma jakieś wątpliwości co do rytmu tętna dziecka, podłącza pod aparat KTG rytm jest nierówny, wzywa lekarza który chyba jest już zmeczony została mu godzina dyżuru więc decyduje że zostawiamy tak jak jest i czekamy na rozwój wypadków. Jakoś w południe pojawiają się pierwsze skórcze zapowiadające poród, decyzja lekarza, zatrzymujemy gdyż dziecko jest zbyt małe i tak do wieczornej wizyty, kroplówka i zastrzyki a akcja jedynie osłabła, ale nie ustała. Na wieczornej wizycie lekarz nakazuje podłączenie aparatu KTG, nie znam się na tym nie wiedziałam co się dzieje, z ust lekarza pada pytanie : „Czy zgadza się Pani na cięcie?” A jakie niby wtedy miałam wyjście, zmęczona a wręcz wykończona pod wpływem środków hamujących poród sama nie urodzę, zgodziłam się. Urodziłam córeczkę 1800 i 41cm dokładnie tak jak ja gdy się urodziłam, 9 na 10 możliwych punktów, tylko trudności z oddychaniem, dziecko było tak pozwijane pępowiną, że ta zaczynała ją dusić. Trafiam na oddział połozniczy, dziecko do inkubatora, jestem szczęśliwa, mam w końcu upragnioną córkę, jednak moja radość nie trwała zbyt długo, w 3 dobie (to wiem z opowiadania starszej pielęgniarki) mała została odłączona od podawanego tlenu, młoda pielęgniarka miała stać i pilnować aby dziecko nie zasnęło, a ta co poszła sobie, fakt wróciła po kilku minutach, ale dziecko już spało i niestety nie udało się już jej wybudzić, po kilku godzinach zmarła. Była to dla mnie wielka tragedia, cięzko nawet dzisiaj jest to pisać i znów pytanie, czyja to była wina? Przecież nie moja, ja się starałam, dałam z siebie wszystko aby było dobrze, ale od tej pory dorosłam na tyle aby zadbać o to by nie przytrafiła mi się kolejna „nie chciana” ciąża. Nie chciałam po raz kolejny przezywać tego co przeżyłam na przełomie 2 lat, a gdybym tak usunęła pierwszą ciąże, nawet nie chcę myśleć wtedy mogłabym winić tylko siebie, nawet gdyby nie była to moja wina… Na szczęście ja nie czułam się winna, na szczeście w domu miałam syna, który w tamtym momencie był moim jedynym pocieszeniem, całym moim zyciem.

 

P.S. Mam ogromną prośbę do czytających ten wpis, proszę napiszcie mi jak na niego trafiliscie?

Otagowane:  

Życie i śmierć, ludzkie dramaty…

Dodano 27 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Wielkimi krokami zbliża sie pierwsza rocznica śmierci mojego przyjaciela, tak tak moge powiedzieć przyjaciela, choc nie znałam go zbyt długo, poznalismy się tu na Teneryfie, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest śmiertelnie chory, na początku tego nie mówił, nie chciał by ludzie się nad nim litowali, a kompletnie nie było tego po nim widać, ale może zacznę od początku, od tego co opowiadał i jak to się skończyło. Otóż jakieś 6 lat temu usłyszał od lekarzy w Polsce, że jest smiertelnie chory, że zostało mu 2,3 lata życia może ciut więcej może mniej, miał firmę działającą w Polsce, żonę i dwóch synów, nie wiem dokładnie co i jak się działo z firmą, bo o tym mówił mało, mało też mówił o wypadku w którym uszkodził sobie kręgosłup, jednak w jego wyniku lekarze zmienili diagnozę, być może pożyje Pan jeszcze ze 3 miesiące. Razem z żoną i młodszym synem postanowili wyjechać na Teneryfę, on po to by sie leczyc, a żona tego nikt nie wie, gdyż po roku skutecznego leczenia stwierdziła, że nie może zaprzepaścić swojej kariery i wraca do Polski, zostawiła samego człowieka i 11letnim (chyba) wtedy dzieckiem, człowieka który musiał jeżdzić ponad 70km do szpitala na chemie, wracał wykończony, nie był w stanie opiekować się dzieckiem. Ja poznałam go w momencie, gdy syn był juz w Polsce z matką jak do tego dokładnie doszło nie wiem, bo nigdy nie chciałam wnikac w szczegóły, nigdy nie wypytywałam, wiedziałam tylko tyle co sam powiedział,a zaczął mówić dopiero gdy poznał bratnią duszę, którą była jego partnerka, koleżanka, przyjaciółka, która sama pokonała raka i pęknięcie tętniaka, jedna nogą była juz na tamtym świecie, ale nie poddała się i walczyła o lepsze jutro dla siebie i dla niego. Spotykając się z nimi nie chciałam wierzyć, że ten człowiek jest tak bardzo chory, przecież w ogóle tego nie widać, spędzaliśmy miło czas, smiejąc się popijając drinki, po prostu bawiąc się, on jednak cierpiał, zaczął głosno mówić o swojej chorobie, a tym że wkrótce umrze i jak mało czasu mu zostało, chciał aby wszyscy w jego otoczeniu byli szczęśliwi i zadowoleni, wszystkim pomagał na tyle na ile mógł, jednym dobrym słowem innym finansowo. No i oczywiście jak to w życiu bywa gdy on potrzebował pomocy to tylko kilka osób było obok, Ci którym pomógł najmniej albo wcale. Mozna powiedzieć, ze cieszył się tutaj zdrowiem, żona w Polsce uprzykrzała mu życie, opowiadała bzdury, że wyleguje się pod palmami z kochanką, a nie się leczy i ewidentnie czekała na jego śmierć. Na rok przed śmiercia postanowił wrócic do Polski bo tam podobno była szansa na wyleczenie, tutaj już wykorzystali wszystkie możliwości, jak postanowił tak zrobił, pozamykał tutaj wszystkie sprawy i wyjechał, po 3 miesiącach pobytu w Polsce, okazuje się że w szpitalu nie zrobią nic, a nawet nie ma leku aby uśmierzyć ból, dają mu 3 tygodnie życia, nie zastanawiając się długo, wypisuje się ze szpitale i następnego dnia jest już na Teneryfie i prosto z lotniska trafia do szpitala, ale nie jest to już ten sam człowiek, który opuszczał wyspę, to wrak człowieka. W ciągu 2 tygodni lekarze w szpitalu doprowadzają go do stanu, w którym może samodzielnie funkcjonować, może żyć dalej jak normalny człowiek, jednak leczenie jest konieczne każdego dnia musi się stawić do szpitala, wynajmuje więc małe mieszkanko obok szpitala, aby mieć blisko. Na wyspę przyjeżdża żona, niby sie nim opiekować i jakie jest jej zdziwienie, że nie jest w szpitalu, że dobrze się czuje przeciez tak naprawdę przyjechał tu aby umrzeć i oczywiście mnóstwo wyrzutów, że kto rozsądny leci tak daleko od kraju tylko po to by umrzeć i sprawić innym tylko problemy, kazała mu zerwać wszystkie kontakty z kochanką ( z jej punktu widzenia ) w przeciwnym razie nie zobaczy już młodszego syna, tak więc postępował nie chciał stracić dziecka, a zdawał sobie sprawę iz niewiele życia mu zostało. Żona zła po 2 tygodniach wróciła do Polski, bo ona nie ma co dalej robić na wyspie, on sam sobie daje radę, normalna znieczulica, przestał kontaktować się z zoną, aby nie podnosiła mu ciśnienia. Odnowił kontakt z jedyną kobietą której na nim zależało, nie ważne czy zdrowy czy chory tylko aby był obok więc przyjechała aby go wspomóc, była przy nim cały czas i prawie wróciły czasy z przed wyjazdu do Polski jednak częsciej musiał bywać w szpitalu, przygotowywali jakis zabieg, przeszczep komórek macierzystych, nie znam się na tym więc nie jestem w stanie powiedzieć zbyt wiele na ten temat. Od diagnozy polskich lekarzy, że zostały mu 3 tygodnie minęło prawie 7 miesięcy, a on ciągle żyje, choć sam coraz częściej powtarza, że koniec jest już blisko. wszystkie sprawy w Polsce ma poukładane, więc niczym się nie martwi, zyje dniem dzisiejszym. Czas na planowany zabieg, trafia do szpitala, dzień za dniem coraz słabszy, ale to podobno normalne przy tym zabiegu, po kilku dniach powinien odzyskiwać siły, jesteśmy w stałym kontakcie z jego partnerką, która większość czasu spędza przy jego szpitalnym łóżku. Aż tu nagle telefon w środku nocy, pomóż ja nic nie rozumiem, porozmawiaj z lekarzem, od lekarza dowiaduję się że mój przyjaciel najprawdopodobniej miał wylew i że to ostatnie chwile jego życia, lekarze są bezsilni, w obecnym stanie jego zdrowia nie są w stanie nic zrobić, nie mogą mu pomóc, jest zbyt słaby, nie ma już pomocy…. Umiera… jednak nie na raka, na wylew krwi do mózgu, jakie to smutne, ale dopiero teraz zaczyna się prawdziwy koszmar, ludzki dramat. Dziewczyna, która do ostatniej chwili siedziała przy jego łóżku spełniła wszystkie jego prośby teraz nie może zrobić nic, władna jest tylko jego żona, ewentualnie dorosły syn. Ostatnią prośbą umierającego męzczyzny było to, aby wszystkie jego prywatne rzeczy trafiły do jego matki, do żony nic oprócz wymaganych dokumentów, chciał by go pochowali w Polsce blisko matki, a czy żona zabierze ciało, czy prochy było mu wszystko jedno. Po informacji o śmierci męza, szanowna małżonka zjawiła się na wyspie bardzo szybko i nic tylko pretensje do wszystkich i o wszystko, że ona chce zabrać jego rzeczy, a zwłaszcza telefon, laptop i karty płatnicze, jakby on miał tutaj jakiś majatek przecież ostatnimi czasy, ten człowiek nie miał za co żyć, zabrała mu wszystkie pieniądze, a chciała jeszcze więcej jakby to że polisa na życie była wysoka to za mało, w koncu się doczekała, człowiek nie żyje, a ona straszy że jeśli nie oddamy jej jego prywatnych rzeczy to go tu zostawi, przeciez sa jakies wspolne groby, jak mozna tak nawet pomyslec a co dopiero powiedzieć. Jenak w koncu dociera do nas informacja, że skremowała ciało i zabrała do Polski, na dzień przed pogrzebem informuje jego matkę, o planowanym pogrzebie, najbliższa rodzina (oprócz matki) mieszka za granica i nie zdążą na pogrzeb (paranoja, przecież wiedziała prędzej) młodszy 13letni syn dowiaduje sie w dniu pogrzebu że ojciec nie żyje, co za szok dla dziecka, ale według niej tak było lepiej. Dziewczyna która była z nim do ostatniego tchnienia dalej pozostaje na wyspie, gnębiona telefonami i wiadomościami, że ja zniszczą itp gdyby nie nasze wsparcie nie wiem jakby to przeżyła, została sama w obcym kraju, ale na szczęście miała tu przyjaciół, a żona i starszy syn tak długo ją gnębili, dopóki nie usłyszeli, że w cięzkim stanie trafiła do szpitala, to nie była prawda, to był na szybko wymyślony scenariusz aby w koncu dali jej spokój. W końcu osiągnęli swoj cel, czlowiek nie żyje pieniadze z polisy juz zaraz beda, wiec dajcie ludziom normalnie żyć, bo chyba ta tragedia was też dotyczy, a może nie? Może śmierć tego człowieka obeszła tylko jego przyjaciół, matkę,rodzeństwo  i małe jeszcze dziecko, a reszta tylko na to czekała…..

Gdy teraz wspominam tego człowieka, był wielki miał mnóstwo siły i wiary w życie, jednak w pewnym momencie się załamał, trudności go przerosły i się poddał…

A tak mi się jeszcze przypomniało, nie odbierał telefonów od żony bo nie chciał słuchać wyrzutów i się denerwować jednak na dobę przed śmiercią odebrał telefon od syna, tylko że to nie był syn, to jego żona, nikt z nas nie wie co mu wtedy powiedziała, czy go zdenerwowała, ale od tej rozmowy bardzo źle się czuł, z godziny na godzinę coraz gorzej i skończyło się wylewem, zastanawia mnie myśl, czy to ona przyczyniła się do jego śmierci? Czy gdyby nie zadzwoniła żył by jeszcze? Tego nie wie nikt i nigdy się tego nie dowiemy…..

Otagowane: