Czyja to wina? Druga strona medalu.

Dodano 12 października 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Cofam się o 30 lat. Jako 19latka jestem w ciąży, niechcianej, nieplanowanej ale cóż jestem. Pisałam już o tym prędzej, teraz jednak postanowiłam napisać o tym z innego punktu widzenia, z innej perspektywy, na zimno bez emocji które wtedy mną targały.

Był rok 1985 w domu mam małe dziecko i kolejne w drodze. Z jednej strony byłam przerażona z drugiej zaś cieszyłam się choć bałam się bardzo, moja rodzina nie licząc męża nic nie wiedziała, było mi wstyd, jednak w tamtych czasach środki antykoncepcyjne były słabo dostępne, a prezerwatywa była dla mojego męża czymś czego się nie używa, ale nie o to mi chodzi, dotrwałam do 32 tygodnia ciąży, nie było wtedy jeszcze żadnych specjalistycznych badań, nie było USG i niby wszystko było w porządku. Jadę z bólami do szpitala, na izbie przyjęć wołają aby się spieszyć ale wszystko dobrze, ciekawostka no ale każdy ma prawo się pomylić. Na sali porodowej dosłownie wypluwam maleńką dziewczynkę, niestety nie słychać płaczu, położna z bardzo smutną miną informuje mnie, że córka nie żyje. Był to dla mnie ogromny szok, gdyż zawsze moim pragnieniem była córeczka. Z sali porodowej trafiam na oddział izolacyjny, gdzieś tam usłyszałam że dziecko nie zyje od tygodnia i miałam szczęście że akcja rozpoczęła się sama, bo inaczej mogłoby to się źle dla mnie skończyć.

Jakie z tego mozna wyciągnąć wnioski? Teraz całkiem na chłodno i po wielu doświadczeniach różnie się to odbiera. Wtedy nie zrobili nawet sekcji, nie można było stwierdzić powodu śmierci dziecka, jedyn fakt to było to że nie żyje, a może tak właśnie musiało być, może była tak bardzo chora że zmarła w łonie, mnóstwo pytań i brak odpowiedzi, być może gdyby była możliwość zrobienia wszystkich badań jakie w tej chwili są przeprowadzana możnaby było stwierdzić wcześniej że dziecko nie ma szans na przeżycie, że jest poważnie chore czy cokolwiek innego, gdybym wiedziała prędzej na pewno bym usunęła ciążę, byłby to dla mnie zdecydowanie mniejszy ból, gdybym nie znała płci dziecka, nie męczyłabym się tyle czasu, bo wbrew pozorom ciąża męczy choć cieszy i zdrowe silne dziecko rekompensuje cały ten ból, całe to zmęczenie.

Kolejną córkę urodziłam poprzez CC w rok i 2 mce później i tu też nie dane mi było cieszyć się zdrowym dzieckiem, być może nie byłam nigdy w stanie urodzić zdrowej, silnej córki jednak tego nie wiem. Moja maleńka córeczka zmarła w 3 dobie, tym razem jednak podobno zrobili sekcję i stwierdzili bardzo poważną wadę serca, która nie pozwoliłaby dziecku żyć, więc mimo wszystkich innych okoliczności i tak ta maleńka istotka byłaby skazana na śmierć, wtedy wyparłam z siebie te słowa, nie chciałam o nich pamiętać, bo strata kolejne córki bolała dużo bardziej.

Tak jak napisałam już wyżej gdybym miała możliwość i wiedziała na początku ciąży o tym że moje dziecko nie ma szans na życie usunęłabym, ale nie miałam takich możliwości, urodziłam i cierpiałam bardzo.

Bardzo mnie cieszy obecna technika i możliwości sprawdzenia jak rozwija się płód, czy ma szanse na normalne życie, czy ma szansę na to by cieszyć się tym życiem. Zdecydowanie większą traumą dla matki jest urodzić i zaraz stracić, niż podjąć decyzję o usunięciu rozwijającego się płodu, który nie ma szans na życie i szczęście, bywa że ma szanse na życie tylko pytanie jakie? Czy leżenie całe życie na łóżku, bez możliwości bycia samodzielnym to jest to czego byśmy chcieli dla swojego dziecka, raczej nie, raczej nikt nie chce takiego życia.

Otagowane:  

Czytając pewien artykuł na FB przypomniała mi sie pewna historyjka z mojego życia. Niby śmieszna, ale w tamtym momencie to raczej nie było nikomu do śmiechu, wszyscy stali jak osłupieni i nikt nie był w stanie przez pierwszą chwile powiedzieć ani słowa.

O ile dobrze pamiętam to był 1988, w sklepach było niewiele, artykuły takie jak kawa, czekolada czy alkohol sprzedawana w sklepach w danych godzinach, aby ludzie wiedzieli kiedy mogą ustawić się w kolejkach.

Pewnego dnia byłam u mojej teściowej, a że mieszkała w dość nieciekawej okolicy więc i różni ludzie tam mieszkali. W domku obok mieszkała pewna kobieta, która wychowywała swojego wnuka, córka urodziła go mając 17 lat i gdzieś uciekła, dzieciak miał wtedy jakieś 5 lat i ile się nie mylę.

Wybrałam się do najbliższego sklepu gdzie właśnie mieli zacząć sprzedawać kawę i czekoladę no i oczywiście alkohol, ja miałam zamiar kupić kawę i czekoladę dla synka więc spokojnie ustawiłam się w kolejce. Kilka osób przede mną stała sąsiadka mojej teściowej ze swoim wnukiem. W pewnym momencie dziecko bardzo grzecznie prosi : „Babciu kupisz mi czekoladkę?” , a babcia na to to „niestety dziecko nie mam pieniążków” i tak kilka razy chłopczyk nalegał ale babcia stanowczo odmawiała tłumacząc się brakiem pieniędzy. No cóż wiadomo nie wszyscy wtedy mieli dużo pieniędzy, zresztą teraz też wielu ma problemy, ale nie o to chodzi. W pewnym momencie wyraźnie już zdenerwowany chłopczyk wychodzi z kolejki staje na przeciwko babci i krzyczy na cały głos:

” Ty stara kurwo, na chlanie to masz, a dla mnie na kawałek czekolady żałujesz!!!”

Ja osobiście osłupiałam, jak zresztą cała reszta ludzi w kolejce, odrobinę chyba zawstydzona babcia złapała wnuka za rękę i wyprowadziła ze sklepu.

Żal mi osobiście dzieci wychowywanych w takich rodzinach, ale niestety to było, jest i będzie.

Otagowane:  

6 latki w szkole – dobrze czy źle? Moje doświadczenia.

Dodano 23 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Temat z którym borykają się rodzice dzieciaczków, które w zeszłym roku skończył 6 lat i musiały iść do 1 klasy jak również tych co w tym roku dopiero ukończą 6 lat. Co zrobić? Zostawić dziecko kolejny rok w 1 klasie? Wysłać swojego 6latka do szkoły? Takie pytanie zapewne zadaje sobie wielu rodziców. Postaram się na podstawie moich doświadczeń podsunąć kilka podpowiedzi, a może rad, jeśli ktoś zechce może skorzystać lub też nie. Wiadomo i tak każdy zrobi to co uzna za najlepsze dla swojego dziecka.

Sięgając daleko do tyłu mój najstarszy syn rozpoczął naukę w szkole podstawowej od tzw „zerówki” w wieku 6 lat, do 1 klasy poszedł mając 7 lat i chodził jeszcze całe 8 lat według starego systemu. Zanim poszedł do „zerówki” w szkole od momentu ukończenia 3 lat uczęszczał do przedszkola, więc jakoś sobie radził z nauką.

Kolejny z moich chłopaków niestety do przedszkola nie chodził, bo mama była w domu a on miał totalne uczulenie na przedszkole. Jak każde dziecko w wieku 6 lat poszedł do „:zerówki” po jej ukończeniu bez najmniejszych problemów poszedł do 1 klasy i tutaj zaczął się problem. Dziecko nie znało literek, nie umiało ani czytać, ani liczyć. Generalnie chłopak od urodzenia robił wszystko z niewielkim opóźnieniem. Pod koniec 1 klasy wychowawczyni wysyła dziecko do psychologa, czy może dać promocję do 2 klasy? Opinią psychologa dziecko powinno powtarzać 1 klasę, w wyjaśnieniu czytamy że dziecko nie zostało dobrze przygotowane przez klasę „0″ i nie powinno trafić do klasy 1. Zgodnie z zaleceniami syn powtarza 1 klasę, ale już w innej szkole, ponieważ sama dobrze pamiętam jak jako dzieci śmialiśmy się z taki co powtarzali rok, a co dopiero 1 klasę. Zaliczył spokojnie całą podstawówkę, gimnazjum, szkołę zawodową i średnią teraz wybiera się na studia, ma rodzinę i pracuje.

Trzeci mój syn urodzony w lutym od momentu ukończenia 3 lat uczęszczał do przedszkola, do września w grupie 3 letnie i od września razem ze swoim rocznikiem również w grupie 3 letniej, następny rok normalnie z 4 latkami. Ostatni rok w przedszkolu syn jest w grupie 5  i 6 latków idących programem 6 latka, dziecko wyjątkowo zdolne i bardzo szybko przyswaja podstawowy program zerówki. Chciałam, aby poszedł do szkoły jako 6 latek jednak do tego potrzebna opinia psychologa, więc udajemy się do poradni i tam niestety odmowa. Pani psycholog stwierdza, że dziecko pod względem nauki oczywiście poradzi sobie bez najmniejszych problemów, jednak jest zbyt ruchliwy i nie wysiedzi 45 minut w ławce, więc chciał czy nie chciał syn trafia po raz kolejny do klasy „0″. W szkole więcej problemów niż to warte, Pani nauczycielka mówi, że on nie ma się czego uczyć, ponieważ wszystko już wie i tylko przeszkadza w prowadzeniu zajęć bo jest bardzo ruchliwy, a ona przecież ma gromadkę dzieci do nauczenia. Poszedł do 1 klasy jako 7 latek i radził sobie bardzo dobrze zawsze wyprzedzając inne dzieciaki do czasu kiedy miał ochotę, później trochę „usiadł na laurach” i trzeba było nadrabiać, ale nigdy nie musiał powtarzać klasy.

No i dotarłam do historii mojej najmłodszej pociechy, która przygodę ze szkołą rozpoczęła w wieku 3 lat. Tak właśnie w wieku 3 lat, gdyż taki system nauczania jest w Hiszpanii. Obowiązek nauki jest tu od 6 do 16go roku życia i są to dwa etapy 6 letnia szkoła podstawowa i 4 letnie gimnazjum. Nauka w najmłodszej grupie 3-5 lat nie jest obowiązkowa jednak korzysta z niej 90% dzieci. Pierwszą przygodę rozpoczynają dzieci które w danym roku kończą 3 latka i idą do szkoły, gdzie uczą się współpracy z innymi dziećmi, pierwszych cyferek i literek, oczywiście wszystko czego uczą się te dzieci jest w formie zabawy, ale te maluszki wiedzą, że aby się uczyć należy siedzieć przy stoliku i słuchać swojej Pani. Kończąc tą grupę każde dziecko potrafi napisać swoje imię, zna cyferki 1-3 i samogłoski. Następnie jest grupa 4 i 5 latków które się bawią i uczą tego wszystkiego co dzieci w Polsce w klasie zero. Cały program nauki jest rozłożony na 3 lata, dzieciaczki mają swoje książki i zeszyty dostosowane do wieku. 90% dzieci opuszczających „Infantil” czyli najmłodszą grupę nauczania umie czytać i pisać. Dodam jeszcze, że nauka jest na terenie szkoły podstawowej i jest bezpłatna, dzieci przebywają w szkole tak samo jak i uczniowie szkoły podstawowej od 9.00 do 14.00. Rozpoczynając obowiązkowy etap nauki wszystkie dzieciaki mają 6 lat jednak bardzo dużym plusem jest to, że cała grupa dzieci razem rozpoczyna naukę w podstawówce zmienia się tylko nauczyciel.

Moim zdaniem Polska nie jest gotowa na naukę tak małych dzieci w szkołach, gdyż niestety większość z tych dzieci nie ma możliwości uczęszczania do przedszkoli. 3 latek szybciej poradzi sobie z rozstaniem z mamą niż takie dziecko 5-6 lat pozostawione nagle i zmuszone do nauki ogromnej ilości materiału. Wiem ile w tej chwili dzieci w Polsce muszą opanować materiału gdyż mój syn oprócz tego, że tutaj uczęszcza do 3 klasy uczy się również w Polskiej Szkole Internetowe, udało mu się zdać egzamin z 1 klasy, ale szczerze wątpię aby zaliczył drugą gdyż to już jest dla niego zbyt trudne jeśli nie posługuje się tym językiem przez cały czas, sama rozmowa z mamą i tatą w domu to zdecydowanie za mało. Pomimo moich starań w nauczaniu go języka polskiego widzę, że ma z tym ogromny problem choć się bardzo stara.

Mam nadzieję, że tym wpisem pomogę podjąć niektórym rodzicom rozsądną decyzję odnośnie swojego dziecka.

Otagowane:  
Otagowane:  

El Teide, najwyższy szczyt Hiszpanii.

Dodano 14 stycznia 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj przybliżę Wam odrobinę piękne widoki na najwyższy szczyt Hiszpanii El Teide, czyli fotki z wyprawy do podnóży wulkanu. Na zdjęciach można również zobaczyć 3 pozostałe wyspy należące do prowincji Santa Cruz de Tenerife czyli La Palma, La Gomera i El Hierro. Widok na którym widzimy dwa wzgórza to La Palma, najbliżej położona wyspa to La Gomera a tuż za nią widoczna jest najmniejsza z wysp kanaryjskich El Hierro, którą bardzo rzadko można zobaczyć gdyż musi sprzyjać temu pogoda, a zazwyczaj coś blokuje ten widok. Może zdjęcia nie są  najlepszej jakości, jednak mam nadzieję, że spodoba Wam się ta króciutka wycieczka.

11140029_941800895868003_341342886593126880_n 12295497_941800872534672_5967695487647657032_n 12299185_941801469201279_1522912996891387381_n 12299311_941801515867941_3775729234808663604_n 12301584_941801492534610_2945209412291308035_n 12308418_941801449201281_4655852753714903330_n 12310625_941800765868016_6007757791260955950_n 12316519_941801185867974_8493175284318802327_n 12341207_941801425867950_2807643924012978774_n 12342284_941800845868008_9015374670077781051_n 12342422_941801045867988_7074176864111406974_n 12342508_941800815868011_1585263550993025781_n 12342541_941801402534619_1792193594457802030_n 12346486_941801535867939_2428977291527183196_n 12348126_941800785868014_1990654404361100378_n DSCN0383 DSCN0385 DSCN0400 DSCN0407 DSCN0409 DSCN0410 DSCN0413 DSCN0415 DSCN0416 DSCN0417 DSCN0418 DSCN0419 DSCN0422 DSCN0425 DSCN0429 DSCN0430 DSCN0431 DSCN0432 DSCN0433 DSCN0434

Otagowane:  

Szkocja, kilka fotek z mojej wyprawy…

Dodano 13 stycznia 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ostatnimi czasy jakoś nie mam natchnienia do pisania, ostatnie wydarzenia i problemy zbytnio mnie przytłoczyły, być może zbiorę się i opisze mój obecny problem jednak dzisiaj chciałabym Wam pokazać przepiękne widoki Szkocji

DSCN0586 DSCN0579

DSCN0570 DSCN0568 DSCN0565 DSCN0552 DSCN0551 DSCN0550 DSCN0549 DSCN0541 DSCN0536 DSCN0533 DSCN0531 DSCN0530 DSCN0528 DSCN0525 DSCN0507 DSCN0495

Otagowane:  

Kilka chwil wspomnień z grudniowych wojaży…..

Dodano 4 stycznia 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Witam serdecznie po długiej przerwie, zaniedbałam bloga przez ostatni miesiąc jednak miałam bardzo ważne powody. Tak jak pisałam w przedostatnim moim wpisie grudzień miał być bardzo intensywnym miesiącem w moim życiu i oczywiście był.

Pierwsze dni tego miesiąca spędziłam z jednym z moich starszych synów na zwiedzaniu tego pięknego miejsca w którym mieszkam czyli Teneryfy, którą niby znam jednak każda wycieczka daje nowe wrażenia gdyż jest to cudowne miejsce i na każdym kroku odkrywa swoje uroki bez względu na porę roku. Między innymi odwiedziliśmy podnóża najwyższego szczytu w Hiszpanii, wulkanu Teide, a że trafiliśmy na piękna pogodę nie musieliśmy ubierać się jak z zimowej scenerii, wystarczyła jakaś bluza z długim rękawem. Przepiękne widoki, miejsca w których nakręcane były sceny do różnych filmów, gdyż momentami jest to sceneria pustynna jak z innej planety, skały, pagórki i szczyty. Z punktów widokowych mogliśmy podziwiać z daleka zarysy pozostałych wysp czyli La Palmy, La Gomery i El Hierro były wyjątkowo wyraźne co nie zdarza się zbyt często.

Czas wizyty mojego syna szybko zleciał i niestety musiał wracać do Polski, a my wybraliśmy się w planowaną podróż do Szkocji, gdzie spędziliśmy całe 7 dni, ale to bardzo mało by można było docenić piękno tego miejsca. Mój partner zakochał się w krajobrazie pięknej i zielonej Szkocji, mnie również bardzo spodobały się widoki i historyczne miejsca które udało nam się odwiedzić.

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie, bo co to jest 7 dni z czego 2 spędziliśmy na podróży, jednak udało nam się obejść Edynburg, zobaczyć zamek i pałac królowej, górę Króla Artura i kilka innych cudownych miejsc. Największą atrakcją, którą zobaczyliśmy na żywo była przeprawa w Falkirk, o której wiedzieliśmy i widzieliśmy tylko w telewizji. Odwiedziliśmy też monument Williama Wallace i jego okolice. Pogoda wyjątkowo nam sprzyjała, jak na tę porę roku było wyjątkowo ciepło i słonecznie, choć i deszczowa aura nas nie ominęła.

Jednak wszystko co dobre szybko się kończy i czas było wracać do domu, gdzie czekała już na nas rodzina, czyli mój drugi syn z żoną i moją jedyną ukochaną wnusią, ale o tym następnym razem.

Nie umiem zbyt pięknie opisywać widoków i krajobrazu, ale mam nadzieję że choć odrobinkę udało mi się przekazać. Tymczasem pozdrawiam wszystkich i obiecuję od tej pory już systematyczne zaglądanie tutaj i na wasze blogi kochani.

Otagowane:  

W Dniu Wszystkich Świętych….

Dodano 1 listopada 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ten dzień to czas na zadumę, wspomnienie naszych bliskich którzy odeszli… Ja jednak osobiście nie mogę zapalić światełka na grobach moich najbliższych, więc chociaż tutaj dla moich dziadków, ukochanej mamy i moich dwóch maleńkich córeczek zapalam wirtualny znicz.

12191518_931806813553097_687705018724276563_n

Otagowane:  

Mamo, przepraszam śmietana się zbiła!

Dodano 24 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami pewną historyjką sprzed wielu, wielu lat gdy miałam jakieś 6-7 lat, a pamiętam ją jakby to było wczoraj.

Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie pewna fotka zamieszczona na FB nosząca tytuł: „Przysmaki mojego dzieciństwa”, ale nie o przysmakach chcę napisać gdyż zapewne każdy miał jakieś swoje ulubione.

No to zaczynam opowiadanie. Od najmłodszych lat jak pamiętam zawsze lubiłam chodzić sama do sklepu spożywczego, który znajdował się zaraz przy wyjściu z mojego bloku i dlatego, że był tak blisko rodzice wysyłali mnie po różne drobnostki, których akurat zabrakło w danym momencie. W tamtych czasach jak zapewne wielu z Was pamięta śmietana była sprzedawana w małych szklanych butelkach i nie można było kupować na zapas, więc pewnego dnia mama poprosiła soją małą córeczkę, aby pobiegła do sklepu i zakupiła ten niezbędny specyfik. Bardzo chętnie szybko pobiegłam do sklepu, kupiłam co miałam kupić i zadowolona wracałam do domu i tutaj stała się tragedia, tuż przed samymi drzwiami potknęłam się  i usłyszałam tylko jeden wielki huk i nagle na podłodze klatki schodowej zrobiło się narodowo, czyli biało-czerwono.

Moja mam, która w tym czasie przygotowywała w domu spokojnie jakiś obiad też usłyszała ten huk i zaraz wybiegła na klatkę i z przerażeniem w oczach zapytała: „Dziecko kochane, co się stało?” A ja ze łzami w oczach odpowiedziałam: ” Przepraszam, ale śmietana się zbiła.” Brzmiało to śmiesznie z dzisiejszej perspektywy, gdyż na podłodze było coraz więcej czerwonego niż białego, a ja się martwiłam tylko tym, ze się śmietana zbiła, a nie tym że z mojego nadgarstka wystawał kawał szkła i krew się lała na całego, oczywiście moja mama nie straciła swojego opanowania i szybciutko opatrzyła moją skaleczoną rękę, a ja płakałam mówiąc, że nie chciałam zbić tej śmietany.

Teraz to mogę się sama pośmiać z tej historyjki, ale naprawdę było niebezpiecznie, a przypomina mi o tym blizna na nadgarstku, która wygląda tak jakbym sobie żyły podcinała, na szczęście jednak nie było to tak poważne skaleczenie, gdyż nawet nie trzeba było szyć, choć ślad po przecięciu ma jakieś 2 cm lecz rana nie była głęboka.

Pozdrawiam serdecznie z ciągle słonecznej Teneryfy, mimo wczorajszego wpisu i alarmów ciągle świeci słońce.

Otagowane:  

Może się zdarzyć i taka sytuacja, że nagle nasze maleńkie dziecko dostanie wysokiej gorączki, a tu środek nocy i w domu nie ma nic aby zbić niemowlakowi gorączkę (np wywołaną przez ząbkowanie) bo tak było w moim przypadku. Otóż opowiem Wam jak to było w moim przypadku.
Pierwsze dni na obczyźnie, zatrzymaliśmy się w domu mojej koleżanki, totalne „zadupie” do najbliższego miasteczka 30km, późny wieczór więc nawet jeśli pojedziemy apteka może być zamknięta, gdzieś pewnie jakaś działa tylko nikt nie wie gdzie, co robić? ^ miesięczne dziecko ma ponad 39 stopni gorączki, ale tylko to nic innego, żadnych innych niepokojących objawów. Troszeczkę się przeraziłam, ale zachowując spokój i zdrowy rozsądek złapałam za telefon (nota bene musiałam wyjść na podwórko aby złapać zasięg) i dzwonię do Polski do mojej koleżanki, a zarazem super pediatry prosząc o ratunek, co zrobić gdy mamy w domu tylko Eferalgan do rozpuszczenia dla dorosłych. Wypytała o wszystko, pomyślała i dała odpowiedź, nie łamać tabletki, nie kombinować po prostu rozpuścić tabletkę tak jak trzeba dla dorosłego i podać małemu 1/10 do wypicia i powinno pomóc (ważył wtedy około 7kg, bo dawka zależna od wagi) tak jak radziła, tak zrobiłam temperatura spadła, a następnego dnia było już wszystko OK, jednak od tamtej pory zawsze staram się mieć coś na takie ewentualne sytuacje, czyli syropek dla dzieci. Jednak jeśli zdarzy mi się taka sytuacja gdzieś u znajomych na odludziu przynajmniej wiem co robić bez paniki. Być może i Wam przyda się taka rada, bo raczej nikt z nas jadąc w gości gdzieś na wieś daleko od apteki do domu ludzi gdzie nie ma małych dzieci nie zabiera profilaktycznie ze sobą syropu na zbicie gorączki, ale jak widać z każdej sytuacji jest wyjście.

Otagowane:  

Wspomnienie czarnego krążka…

Dodano 17 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Lata temu miałam w domu mnóstwo „czarnych krążków” czyli płyt winylowych, które można było odtworzyć na adapterze i chyba większość z moich rówieśników posiadało takie cudo w domu. Jednym takim krążkiem była składanka przeznaczona najprawdopodobniej na wesela, stare piękne nagrania, które prezentuję poniżej. Wszystkiego Najlepszego! mam nadzieję, że Wam również spodobają się te stare piosenki, choć tak stare ale zawsze aktualne.

 

I czwarta Mieczysława Fogga ” Niech bija wszystkie dzwony” (jednak nie udał mi się jej znaleźć.)

A poniżej słowa jednej z tych piosenek, która najbardziej wpadła mi w ucho.

 

Ożeniło się chłopisko,
szkoda chłopa, mimo wszystko…

Był swobodny jak motylek,
miał wspaniałych przygód tyle,
wszystko, co najradośniejsze,
wszystko, co najprzyjemniejsze,
z życia brał.
Brakowało mu zwierzchnika,
kontrolera, kierownika
– no i ma czego chciał,
no i ma czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.
No i ma, czego chciał,
no i ma, czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.

Jak zarobił, to zarobił,
pojadł sobie, popił sobie,
szedł na tańce z kociakami
lub całymi wieczorami
w karty grał.
Brakowało mu kasjera,
co pieniądze by zabierał
– no i ma czego chciał,
no i ma czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.
No i ma, czego chciał,
no i ma, czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.

Palił bez opamiętania
– nikt mu tego nie zabraniał,
mógł w swym domu palić wszędzie:
gdzie się ruszył,
gęste kłęby dymu słał.
Dziś go zaczną bez wątpienia
odzwyczajać od palenia
– no i ma czego chciał,
no i ma czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.
No i ma, czego chciał,
no i ma, czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.

Lubił w butach i ubraniu
legnąć sobie na tapczanie,
co dzień robił to z lubością,
teraz już by się z pewnością
trochę bał.
Teraz musi, trudna rada,
w przedpokoju kapcie wkładać
– no i ma czego chciał,
no i ma czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.

Cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha…

Ale szkoda gadać więcej,
gdy ktoś oczy ma cielęce,
gdy za jedną tylko lata
– jakby wszystkie skarby świata
los mu dał.
Taki jest rozanielony,
zapatrzony, zachwycony
– widać ma, czego chciał.,
widać ma czego chciał,
widać ma, widać ma, czego chciał.
Widać ma, czego chciał,
widać ma, czego chciał,
widać ma, widać ma, czego chciał.

Otagowane:  

Zna ktoś może ten wiersz, a może i autora…

Dodano 15 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Kiedyś jak byłam jeszcze nastolatką miałam takie różne zeszyty z wierszami, a bo to jakieś miłostki się zdarzały, a to jakiś chłopak rzucił albo i nie rzucił bo nic nie było, ale tak się wydawało jak to u nastolatek bywa. Ale nie o tym chciałam, pamiętam dobrze jeden z tych wierszy i w sieci jakoś nie udało mi się nic znaleźć na ten temat, może ktoś, coś pamięta. A oto i wierszyk.

Koniec już teraz z nami
Otulmy się więc wspomnieniami
Co prawda cierpię tylko ja
Historia miłości swój koniec ma
Ale ma tylko dla Ciebie
Mam coś jeszcze od siebie
Coś co przetrzyma czasu szmat
I co nie zginie jako kwiat
Eukaliptus, róża, gerbery
Bo musisz odczytać pierwsze litery
I wtedy zrozumiesz tylko TY
Eukaliptus, fiołek, bzy…

Otagowane:  

18 latka z trójką dzieci i to nie trojaczki….

Dodano 7 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj opowiem wam historię prawdziwą, choć coś tam sama widziałam, coś tam usłyszałam, jednak tak się zaczęło: Leżałam właśnie w szpitale po narodzinach mojego drugiego syna, byłam wtedy jeszcze młoda, bo miałam zaledwie 23 lata, gdy nagle na oddziale zrobił się straszny rumor i nagle ucichło, położna szybko uciszyła głośno gadające „baby”, jednak zaciekawiło mnie co tam się dzieje i wyszłam z sali zobaczyć o czym tak te kobitki plotkują, od razu mnie zagadały, a słyszała Pani że 13 latka właśnie urodziła córkę? Co to dzisiaj za czasy, że dzieci rodzą dzieci? No fakt, 13 lat to jeszcze dziecko, traf chciał że dziewczyna trafiła na moją salę więc co nie co udało mi się dowiedzieć. Otóż jej chłopak miał 16 lat, a dzieckiem gdy wyjdzie zaopiekuje się jej mama, bo oni nie mogą przecież są jeszcze za młodzi, a że ona bardzo go kocha to będą razem. Ja następnego dnia wychodziłam już do domu, a panna musiała zostać ciut dłużej więc tyle na temat pierwszego dziecka, szczerze myślałam że więcej o niej nie usłyszę, ani jej nie zobaczę jednak po 5 latach przez przypadek spotkałam ją w domu mojej znajomej, ot koleżanka jej córki, miała w tym momencie 18 lat i chodziła z brzuchem, zapytałam się więc znajomej co i jak u tej dziewczyny, gdyż pamiętam ją z porodówki, ona mnie nie poznała i oto czego się dowiedziałam: W wieku 15 lat ponownie trafiła do szpitale tym razem jej chłopak(ciągle ten sam) zawiózł ją do szpitala z atakiem wyrostka robaczkowego, gdy później dowiadywał się co i jak został połączony z izbą porodową i tam dowiedział się, ze ten wyrostek to chłopczyk i ważył 3410g, chłopak był zdziwiony, to może mało ale zszokowany, nikt w domu nie miała pojęcia, że dziewczyna jest w ciąży tak sprytnie to ukrywała. gdy wróciła do domu kolejnym dzieckiem musiała zająć się jej mama, a chłopak rzucił jej jedno zdanie: „Wszystko bym Ci wybaczył, ale nie to że ja do końca gumy używałem” , no cóż i tak bywa, byli za sobą może jeszcze z miesiąc, ale chłopak już nie umiał się z nią dogadać i odszedł. Po raz trzeci zaszła w ciąże mając 17 lat i to już z innym, ale sama nie wie z kim co się stało z trzecim dzieckiem nie wiem, bo straciłam kontakt ze znajomą, czy podrzuciła je matce czy wychowuje je sama tego nie jestem w stanie powiedzieć, a być może dorobiła się większej gromadki, niestety później już o niej nie słyszałam.

Otagowane:  

„Jaka ta dzisiejsza młodzież jest bezczelna!”

Dodano 6 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Jak dzisiaj oglądam telewizję i patrzę co wyprawia dzisiejsza młodzież to momentami, aż mnie ciarki przechodzą, ale cóż takie czasy. Jednak nie o tym chciałam pisać, patrząc na zachowanie dzisiejszej młodzieży przypomniała mi sie pewna moja przygoda sprzed lat. Miałam wtedy 28 lat więc jeszcze byłam młoda, a ze ponoć i teraz nie wyglądam na swoją 50tkę, więc wtedy tez nie wyglądałam na tyle ile miałam. Byłam wtedy w ostatnim miesiącu ciązy, była zima więc na sobie wiadomo kupa ciuchów, a nie zawsze na siedząco widać, że kobieta jest w ciązy. Tak więc musiałam gdzieś jechać środkami komunikacji miejskiej, wsiadłam spokojnie do tramwaju, a wręcz się wkulałam, bo ledwo już chodziłam, było wolne jedno, jedyne miejsce więc oczywiście usiadłam. Na następnym przystanku wsiadły dwie Panie w wieku około 50 lat, tak mi sie wydawało, nie były to staruszki, które nie mogły sobie postać, a ja szczerze nie mogłam stać, ale nie o to w tym chodzi. Tramwaj ruszył, Panie zatrzymały się przy mnie i byłam jedyną młodą osobą która spokojnie sobie siedziała z torebką na kolanach. Panie dyskutowały o różnych rzeczach, nagle jedna z nich niby mimochodem, oczywiście nie patrząc w moją stronę rzuciła:

„Jaka ta dzisiejsza młodzież jest bezczelna!”

Długo się nie zastanawiałam, podniosłam się z siedzenia i powiedziałam, bardzo grzecznie: „Proszę bardzo, niech Pani usiądzie”, kobieta spojrzała najpierw na moja twarz, potem zniżyła wzrok i zamurowało ją tak, ze z ledwością zdołała wybąkać: „Ale, ale to nie było do Pani”. Nie chciałam tego w żaden sposób komentować, bo nie było sensu, mam tylko nadzieje ze do kobieciny dotarło wtedy, że nie można tak ogólnikowo oceniać kogokolwiek, teraz jest to dla mnie śmieszna anegdota gdy przypomnę sobie minę starszej nie starszej Pani, to teraz mi się tylko śmiać chce.

Osobiście, nawet teraz gdy spędzałam wakacje w Polsce i byłam zmuszona do korzystania z komunikacji miejskiej zawsze starałam się ustąpić miejsca osobie, która wyglądala na taką, która musi usiąść z jakiegokolwiek powodu, choć sama mam problemu, aby stac dłużej w jednym miejscu, czasami znajdzie się człowiek który bardziej tego potrzebuje, ja w końcu nie jestem jeszcze taka stara, czasami i bardzo młody człowiek nie może stać na własnych nogach, gdy siedzi tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić, więc czasem lepiej dwa razy się zastanowić, zanim palniemy jakieś głupstwo.

Otagowane:  

Niespełniona miłość…..

Dodano 28 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Historia ta jest prawdziwa jednak opisana okiem obserwatora, więc być może niektóre uczucia mogą być wyrażone bardziej albo mniej, jeśli komuś z moich czytelników, tych którzy znają mnie osobiście wpadnie do głowy kto to może być proszę pozostawić tą informację dla siebie, nie chciałabym zrobić nikomu przykrości publikując ten wpis, nawet jeśli obie z przedstawionych par już dawno nie są razem.

Więc zacznijmy od początku, przedstawię Wam dwie teoretycznie kochające się pary:

1. Pierwsza para to Ania i Jacek. Ona to rozwódka z dwójką dzieci po wielu przejściach, On to młody kawaler. Żyli ze sobą razem, ale jednak osobno, wiele czasu spędzali wspólnie, jednak łączył ich tylko namiętny seks, bo raczej nie miłość po tym co wynikło później. Był czas, że mieszkali wspólnie w jej domu, układało się dobrze, jednak czegoś w tym związku przez cały czas brakowało i żadne z nich nie było tak naprawdę szczęsliwe.

2. Druga para to Beata i Andrzej, para z długoletnim stażem małżeńskim, z dziećmi i niby szczęśliwym życiem. Była to para żyjąca pod jednym dachem od wielu lat, wspólnie wychowywali dzieci, jednak zarazem zyli obok siebie. Dla otoczenia i przyjaciól byli szczęśliwym, udanym małżeństwem, swoje problemy pozostawiali w zaciszu domowym tak aby nigdy nie ujrzały światła dziennego, jednak oboje byli nieszczęśliwi w tym związku.

 

Po krótce przedstawiłam Wam bohaterów mojej opowieści, a teraz zaczynamy. Andrzej był długoletnim znajomym Ani, a nawet więcej jej pierwszą dziecięca miłością, nie widzieli się wiele lat i pewnego razu wpadli na siebie przypadkiem i od tego czasu odnowili swoja znajomość. Bardzo często spotykali się w czwórkę, a także razem z dziećmi Ani i Andrzeja. Razem bywali na imprezach, gościli jedni u drugich i dobrze się wspólnie bawili. Ania była bardzo bystrą osobą i od razu zauważyła, że małżeństwo Andrzeja to jedna wielka farsa, on tego przed nia nie ukrywał gdyż Ania również była dla niego kimś więcej niż tylko zwykłą szkolną znajomością. Beata i Jacek pozostawali z boku nie zauważając jak rozwija sie romans Anki i Andrzeja, którzy skrzętnie ukrywali swoje spotkania. Tak ta dwójka spotykała się po kryjomu, nikt nie poznał ich tajemnicy, gdyż oboje byli bardzo dyskretni i zarazem nie chcieli ranić swoich współpartnerów, każde z nich miało w pewien sposób poukładane życie i ani jedno, ani drugie nie chciało z niego rezygnować. Kochali się bezgranicznie, ale ważniejsze dla nich było życie ich dzieci, nie mogli ogłosić wszem i wobec, ze się kochają, że bardzo chcieliby być razem, gdyż zapewne nie ucierpiałaby za bardzo na tym druga połowa związku, ale ich dzieci. Tak więc przez kilka lat spotykali się sporadycznie w róznych miejscach i sytuacjach. Ta sytuacja ciążyła obojgu, gdyż oboje bardzo dbali o swoje dobre imię i dzieci i wszystko co robili, aby ukryć swój romans robili dla dzieci. Ich romans umarł śmiercią naturalną w momencie gdy Anka rozstała się definitywnie z Jackiem, nie chciała wtedy spotykać się z nikim, chciała poświęcić cały swój wolny czas dzieciom i tak też zrobiła, choć przez czas gdy była sama miała nadzieję że Andrzej podejmie ważną decyzję o rozwodzie i będą razem jednak tak się nie stało. Po kilku latach poznała mężczyznę z którym chciał ułożyć sobie życie, wtedy powiedziała Andrzejowi, że owszem mogą się widywać, ale tylko jako przyjaciele, jeśli on nie był w stanie podjąć tej ważnej decyzji ona tez nie będzie wiecznie czekać, na cos co może nigdy się nie spełni.

Od tamtej pory Ania i Andrzej są dobrymi przyjaciółmi, którzy mogą rozmawiać ze sobą o wszystkim jednak nic więcej ich nie łączy, natomiast Jacek cóz ułożył sobie życie jak chciał z inną kobietą. Żona Andrzeja była tak pewna swego, że nie spodziewała się tego co stało się w momencie gdy najmłodsze z ich dzieci ukończyło 18lat. Andrzej zmęczony, znudzony małżeństwem które przez x lat było dla niego koszmarem złozył pozew o rozwód,. jednak dla niego i Ani to było już za późno. Jednak Andrzej uwolnił się z toksycznego związku i mógł poswięcić swój czas pracy, znajomym temu co lubi, jednak przez jego brak zdecydowania, poprzez brak odwagi jak sam przyznał stracił miłość swojego życia.

No cóż jak widzicie różne są historie życia i czasami warto zawalczyć o to co kochamy inaczej stracimy to bezpowrotnie. A skąd znam tak dobrze ich historię, to już niestety tajemnica, gdyż ich związek był ukrywany latami i żadne z nich nie chce aby w tej chwili nawet po latach ujrzał światło dzienne, dlatego też imiona zostały zmienione i może niektóre fakty pominięte.

Napiszcie swoje refleksje na ten temat, co Wy myślicie.

Otagowane:  

Taka to refleksja wpadła mi po opublikowaniu ostatniego mojego wpisu i moim zdaniem nie możemy mierzyć każdego jedną miarą. Każdy facet jest inny i wbrew pozorom jak mówi przysłowie” Okazja czyni złodzieja” nie każdy z mężczyzn od razu zdradzi swoją ukochaną jeśli tylko trafi się okazja. Otóż będąc jeszcze w Polsce udzielałam się w Klubie Sportowym, wspominałam o tym we wpisie o żużlu, ale nie o tym chciałam pisać. Więc w grupie było wiele osób, mężczyźni, kobiety, pary i małżeństwa. Razem organizowaliśmy przeróżne spotkania związane z meczami, ale też towarzyskie na grilu czy tańcach i tak na pewnej z imprez dotarły do mnie słuchy, że jedna z koleżanek nota bene ponoć szczęśliwa mężatka bywająca na wszystkich spotkaniach razem ze swoim mężem uwodzi innych facetów. Nie bardzo chciałam wierzyć, aby była do tego zdolna, jednak po wszystkich moich przejściach wiem, że wszystko jest możliwe. Bawiliśmy się super, ja i mój partner, jednak w pewnym momencie wybuchła awantura bo ktoś doniósł mężowi owej Pani, że zachowuje się niestosownie i wtedy się dowiedziałam od mojego partnera, ze jemu tez robiła dwuznaczne propozycję jednak ją zbył, w to że spuścił ją na drzewo to wierzę, jednak zastanawia mnie czy powiedziałaby mi wtedy o tym gdyby nie wybuchła ta awantura, być może bo raczej nie ma przede mną tajemnic, jednak czasem nie mówi o wszystkim, ale wiem że nie wynika to ze złej woli ale z nadmiaru pracy i tego, że o takich błahostkach szybko zapomina i czasem przy jakiejś okazji to wychodzi, bo właśnie często dowiaduje się czegoś po czasie i jego zdziwienie wtedy jest najzabawniejsze, a co nie mówiłem Ci o tym, a myślałem że mówiłem, a czasem faktycznie mi powie, a ja wysłucham i zapomnę to będzie tak długo drążył temat, aż sobie przypomnę kiedy i gdzie mi o tym mówił. Ot taka refleksja.

Otagowane:  

„Najlepsza koleżanka, to męża kochanka”

Dodano 24 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak na początek to mam pytanie, czy zgadzacie się ze stwierdzeniem w tytule? Ja twierdzę, że coś w tym jest. Wiele razy spotkałam się z tym tematem w książkach, wszechobecnych teraz serialach, a zwłaszcza w serialu „Zdrady” emitowanym na Polsacie, kilka razy zdarzyło mi się obejrzeć ten serial i akurat ostatni odcinek przypomniał mi jedną z moich sytuacji życiowych, którą zamierzam Wam teraz przedstawić. Tak więc 22 lata poznałam pewną kobietę, która była w tamtym momencie w bardzo podobnej sytuacji życiowej jaka mnie wtedy spotkała, zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo często spędzałyśmy razem czas, ja w tamtym momencie byłam w ciąży z moim 3 synem, było mi bardzo ciężko gdyż wiedziałam już wtedy, że mój obecnie ex małżonek mnie oszukuje, koleżanka była dla mnie wielkim wsparciem przed i po porodzie. Została chrzestną mojego wtedy najmłodszego syna, bardzo często bywała u mnie w domu, spędzałyśmy razem miło czas, wydawało mi się że wszystko jest super, ale do czasu. Gdy mój syn miał jakieś pół roku moja wtedy najlepsza koleżanka została u mnie na noc z dziećmi (miała dwie córeczki 4 i 6 lat), w nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy, wstałam zaniepokojona aby sprawdzić co się dzieje i to co zobaczyła zaparło mi dech w piersi, (w tamtym czasie mój ex spał już w pokoju syna) w pokoju z którego dochodziły dziwne odgłosy spała moja koleżanka wraz ze swoimi córeczkami, ale gdy tam zajrzałam nie była sama, w najlepsze zabawiała się z moim jeszcze wtedy ślubnym, w tamtym momencie najchętniej złapałabym ją i wyrzuciła za drzwi, ale była 4 nad ranem i nie mogłam, nie miałam sumienia wyrzucić dwójki małych dzieci na ulicę, nie wiem jakim cudem udało mi się spokojnie wytrzymać do czasu kiedy dziewczynki wstały, zjadły śniadanie i całkiem spokojnie z mamą opuściły mój dom. Tak to zakończyła się moja „przyjaźń” z tą kobietą, od tamtej pory praktycznie nie mam z nią żadnego kontaktu, próbowała przepraszać, tłumaczyć się jakoś jednak dla mnie żadne wytłumaczenie nie było jej usprawiedliwieniem, wtedy bardziej zabolała mnie jej zdrada niż zdrada mojego ex. Na Pierwszą Komunię mojego syna wysłaliśmy jej zaproszenie jednak się nie zjawiła, po latach mój żal do nie minął, a chciałam by matka chrzestna mojego dziecka była na jego święcie, jednak chyba wstyd za to co zrobiła jej nie pozwolił aby stanęła ze mną twarzą w twarz, mimo iż wiedziała że już dawno jestem po rozwodzie (od swojej siostry) to nie odezwała się do mnie do tej pory, z jej siostrą mam luźny kontakt przez FB ale na jej temat nie dyskutujemy, jeśli ona nie chce mnie znać choć minęło już tyle lat ja się prosić nie będę, nie potrzebne mi takie osoby w moim otoczeniu, zawsze w życiu stawiałam na uczciwość i wiele z tego powodu wycierpiałam, jednak mimo wszystko uczciwość jest dla mnie najważniejszą cechą ludzką i tylko takimi ludźmi staram się otaczać. Pozdrawiam serdecznie!!!

Otagowane:  

Gril i spotkanie po latach…..

Dodano 21 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zorganizowanie grilla, czy to coś trudnego? No zapewne nie, jednak wszystko zależy od ekipy. Tak więc gdy spędzałam wakacje w Polsce w pewne słoneczne popołudnie z moją najukochańszą przyjaciółką postanowiłyśmy zorganizować grilla, oczywiście u niej w domu gdyż ma na to odpowiednie warunki, piękny ogród, ogromny stół osłonięty od słońca, jak to się mówi, żyć i nie umierać. Zaczęły się przygotowania, a więc pierwsze kto będzie? I tak oprócz mnie i mojej przyjaciółki będzie jej mąż, ma być druga moja najlepsza psiapsiółka i jeden z naszych wspólnych kolegów z podstawówki z żoną. umówiliśmy się mniej więcej na godzinę 16.00 jednak dom do którego jechałam jest kilka kilometrów poza miastem więc z Torunia zabieram moją druga przyjaciółkę i jeden z moich chłopaków zawozi nas na imprezę. Przyjechałyśmy kilka minut po 16tej, nasz wspólny kolega z podstawówki i jego żona już byli na miejscu. On jak on nie zmienił się za bardzo, wesoły jak zawsze, a jego żona no cóż jakaś dziwna, nie mogła się doczekać kiedy będzie ten grill (bo ona nic nie jadła), no ludzie jeśli umawiamy się popołudniu więc chyba należałoby coś zjeść z rana, a nie czekac cały dzień i poganiać właściciela, ale cóż różni są ludzie. W domu nie mogła wysiedzieć , bo dym z papierosów jej przeszkadza, ale nikt jej nie trzyma w domu, wszystko na zewnątrz już gotowe, więc zrobiła sobie drinka i wyszła na zewnątrz, zanim moja psiapsiółka przygotowała surówkę, abyśmy wyszli na dwór zdązyła wrócić i zrobić sobie kolejnego, a z tego c się dowiedziałyśmy od drugiej naszej przyjaciółki to siedziała na dworze i płakała, bo niby coś ją rozbolało, zjadła suchą bułkę z surówką bo była strasznie głodna, mięso na grillu dopiero się robiło, nikomu innemu to nie przeszkadzało tylko jej. W końcu wszyscy usiedliśmy przy stole, gospodarz domu serwował same smakołyki, była super atmosfera wśród nas przyjaciół jednak żona naszego kolegi chyba udawała bo marudziła, że chce wracać do domu itp Dyskutowaliśmy na różne tematy, było wesoło, gdy zrobiło się szaro nasz kolega z żoną pożegnali się i zapraszali nas na niedzielę do siebie, umówiliśmy się na telefon. My pozostali bawiliśmy się do białego rana, dyskutując i wspominając stare czasy. W niedzielę musiałam rano wyjechać gdyż dzieci postanowiły zabrać mnie nad jezioro. Więc pojechałam. Nasz kolega całą niedzielę nie zadzwonił, aby ponowić zaproszenie na basen, który ma w ogródku, ale nikt nie żałował iż się nie odezwał po tym co stało się w poniedziałek. Otóż nasz kolega przyjechał do właścicieli domu niby z towarzyską wizytą i pada pytanie: To jak się rozliczamy za tego grilla? Ja wydałem 40zł. (na jakieś 15 szaszłyków z czego zjedzonych zostało 6, reszte zabrali do domu i jakąś surówkę, którą jedli tylko oni i pewnie też na butelkę wódki grejfrutowej która piła tylko jego żona) Na to zbulwersowany pytaniem właściciel domu odpowiada, a ja wydałem 60zł na same mięso, a było tego sporo, bo karkówka, boczek, kiełbasa, kaszanka nie licząc surówki, dodatków typu musztarda, itp i alkohole, więc niby jak mamy się rozliczać, z resztą towarzystwa było uzgodnione że się składamy a Pan domu kupuje tylko oni chcieli sami coś przygotować więc to już ich sprawa. Niby normalnie wyszedł od nich z domu, moja psiapsiólka wręczyła mu jeszcze niedopitą wódkę żony i sok który pozostał, obiecał że zadzwoni ale niestety jakoś później już się nie odzywał. Na całe szczęście nie pojechaliśmy do niego do domu bo po takim numerze jaki wywinęli sami nie wiemy czego moglibyśmy się spodziewać. Ja jestem w stanie zrozumieć, że żona naszego kolegi (którego w sumie nie widzieliśmy XX lat) mogła czuć się obco w naszym towarzystwie, ale chyba zawsze można dostosować się do grupy, przecież grupa nie będzie dostosowywać się do jednej osoby. Co o tym wszystkim myślicie? Ja samą imprezkę wspominam bardzo miło, a cały incydent z rozliczeniem, my zamieniliśmy w śmiech w końcu nie musimy widywać się z ludźmi którym nie odpowiada nasze towarzystwo.

Otagowane:  

Wyprowadziłam się na „koniec świata”…

Dodano 16 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Czasami tak właśnie myślę, że wyprowadziłam się na koniec świata, tak bardzo daleko od bliskich, bo nie powiem od domu, iż dom to nie cztery ściany, a miejsce w którym mieszkamy, żyjemy i czujemy się szczęśliwi, spełnieni. Więc mój dom jest tutaj na Teneryfie, razem z moim partnerem i synkiem, choć bardzo brak mi moich starszych synów, za którymi bardzo tęsknię i tak bardzo chciałabym im pomóc, dać im wszystko na co zasługują, a sama muszę „walczyć o przetrwanie”. Może to tak dziwnie powiedziane, ale tak muszę żyć normalnie, a nie jest to łatwe gdyż z pracą ciężko, nie powiem aby mi czegoś brakowało, na życie wystarcza, jednak czuję jakiś niedosyt, brak możliwości pomocy dzieciom, już nie mówię tylko o stronie finansowej, ale również o swojej obecności. Mamy dobry kontakt, jednak czasem to za mało. tak mi brak moich synów, oni są częścią mojego życia i gdybym tylko mogła oddałabym wszystko, aby oni byli szczęśliwi. Bardzo się cieszę z każdego ich sukcesu, a czasami mnie zaskakują, jeden właśnie awansował w pracy, drugi zrobił kurs, aby znaleźć lepszą pracę i jeszcze robi 2 dodatkowe. sami doskonale dają sobie radę i za każdą moją pomoc serdeczne dziękują, nigdy o nic nie proszą bo wiedzą, że nam też nie jest lekko. Ja jednak gdy tylko mogę staram się im pomóc, wesprzeć radą i uśmiechem. Dla moich dzieciaków najważniejsze jest, abym zawsze była uśmiechnięta i szczęśliwa i dla nich będę, choćby na końcu świata, ale będę szczęśliwa, może kiedyś nadejdzie czas że nie będę się musiała martwić każdym dniem, czy wystarczy na wszystko i będę mogła wspomóc moje ukochane dzieciaki. Tutaj w miejscu tak odległym od rodzinnego miasta jestem szczęśliwa mimo tęsknoty za najbliższymi, żyje dniem dzisiejszym i nie zamartwiam się tym co będzie, jak na razie jest dobrze i aby tak dalej.

Otagowane:  

Ja, kochanka męża i moja teściowa….

Dodano 9 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No taki właśnie temat przyszedł mi do głowy, wczoraj cały dzień spędzilismy nad wodą więc nawet nie chciało się juz wieczorem zaglądać do komputera, ale dzisiaj troszeczkę chłodniej więc jestem. Otóż jak wszystkim moim czytelnikom wiadome jest z poprzednich wpisów, mój ex małżonek miał kochankę a w sumie to nie jedną, ale ta jedna została jego zona i ta jedna najbardziej napsuła krwi i w sumie stała się przyczyną mojego rozwodu. Gdy wspomniałam teściowej o tym ze jej synek mnie zdradza to mnie wyśmiała, gdzie przecieżby nie mógł, pewnego dnia nie wiem skąd i dlaczego zjawił się u mamusi ze swoją kochanicą, ale pech chciał że ja tam byłam i teściowa pokazała co potrafi, nakrzyczała na nią, na niego i praktycznie wyrzuciła na zbity pysk, w tamtym momencie podobała mi się jej postawa, ale oczywiście jak zwykle były to tylko pozory. Ja nie miałam zwyczaju siedzieć długo u teściowej z wiadomych powodów, chodziłam tam tylko ze względu na moje dzieci, a jej wnuki, więc spakowałam chłopaków i do domu. jak sie tego spodziewałam mój kochany męzuś nie dotarł do domu, dzwoniłam do teściów tam też niby go nie ma, ale ja nie odpuściłam i juz nie pamiętam o której godzinie, ale jakoś tak gdy w sumie wszyscy powinni juz spać, poszłam do mieszkania mojej teściowej, nie było daleko, pukam do drzwi no niechętnie mi je otworzono, a dlaczego? Bo mój kochany małzonek spał sobie w najlepsze z kochanką w domu mojej teściowej, a ona próbowała coś tam gadać ale dla mnie było wszystko jasne, zawinęłam się na pięcie i wyszłam. Tak właśnie podchodziła moja teściowa do mojego małżeństwa, do mnie słodko że tak nie można itp, do niej równie słodko, że jaka ja zołza, zw w końcu jej synuś znalazł porządną kobietę. Fałszu i zakłamania nie było granic, a ja wtedy jeszcze starałam się coś uratować bo dzieci, myslałam że robię to dla ich dobra, na szczęście moje i chłopaków ocknęłam się i zaczęłam szanować siebie, a moi synowie w tej chwili nie chcą nawet słyszeć o swoim ojcu, o swojej babci i praktycznie o prawie całej jego rodzinie, na tak wielkim wydarzeniu jak wesele, obecny ze strony ojca był jeden kuzyn chłopaków, jedna siostra męza ze swoimi dziećmi i co mnie bardzo zaskoczyło żona mojego ex ze swoimi dziećmi, ale nie wszystkimi, był jej najstarszy syn z którym mój sie przyjaźni i siostra moich chłopaków, najmłodszy wtedy chyba 9letni został z tatusiem w domu, tak mój syn nie zaprosił własnego ojca na wesele, a na złość zaprosił jego żone z dzieciakami. No to tyle na dzisiaj i pozdrowienia dla wszystkich!!

Otagowane: