Na ludzką głupotę chyba nie ma rady :)

Dodano 25 kwietnia 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Muszę to napisać, bo normalnie szlag mnie trafi.

Jakieś dwa tygodnie temu pod naszym domem miał miejsce
wypadek samochodowy z udziałem Guardii Civil czyli w sumie

jednego z główniejszych organów Policji.

O 1.30 w nocy obudził mnie straszliwy
hałas jakby się coś waliło i za moment okropne krzyki.
Nie mieliśmy pojęcia co się stało, a z okna nie bardzo było widać
więc szybko wrzuciliśmy coś na siebie i na dach by zobaczyć
co stało się na ulicy, gdyż bardzo często dochodziło tutaj
do kolizji drogowych.
To co ukazało się naszym oczom to była masakra, ulica pełna

lamentujących ludzi, auto Guardii Civil z rozbitym jednym

przednim światłem stało  przy znaku STOP a jakieś 200 metrów

dalej stał kompletnie  zmasakrowany inny samochód.

Oczywiście z ciekawości zeszliśmy na dół.
Okazało się, że najprawdopodobniej Guardia nie zatrzymała się
na znaku STOP i uderzyła w jadące prawidłowo auto, kierujący
autem młody chłopak nie opanował swojego auta i wpadł

na barierki po  czym dachowali i zatrzymali się na kołach.

Niestety jego kuzyn siedzący na tylnym siedzeniu 21 letni

chłopak zginął na miejscu.
Jednak nie o to mi chodziło, winą marnej widoczności na tym

dziwnym skrzyżowaniu jest wielki klomb z drzewami i palmami
zasłaniający widoczność, ludzie po tym wypadku napisali na
murku otaczającym klomb (około 1 metra do góry) wielkie napisy
FUERA YA czyli wynocha już, a co zrobili drogowcy?
Za pomalowanie żółtych widocznych pasów i wielkiego napisu STOP
na drodze można ich pochwalić jednak 2 dni temu dostawili
barierki murowane, że z koła zrobił się kwadrat i teraz już
kompletnie nic nie widać. Aby skręcić w lewo niestety musimy
wysunąć się na ulicę z pierwszeństwem przejazdu, a co za tym

idzie narazić się na uderzenie przez auto jadące tą drogą.
Mój Pan zazwyczaj jeździ tamtędy, ja zawsze wolałam inną drogą
wjeżdżać do domu, ale teraz sam ma obawy i stwierdził że chyba

będzie  wracał z pracy drugą drogą, aby ominąć teraz

bardziej niebezpieczne  miejsce.

Zamiast poprawić widoczność na skrzyżowaniu by

nie doprowadzić do kolejnej tragedii zrobili coś zupełnie odwrotnego.

Masakra i totalny brak myślenia.

Otagowane:  

W Dniu Wszystkich Świętych….

Dodano 1 listopada 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ten dzień to czas na zadumę, wspomnienie naszych bliskich którzy odeszli… Ja jednak osobiście nie mogę zapalić światełka na grobach moich najbliższych, więc chociaż tutaj dla moich dziadków, ukochanej mamy i moich dwóch maleńkich córeczek zapalam wirtualny znicz.

12191518_931806813553097_687705018724276563_n

Otagowane:  

Przecież każda matka kocha swoje dziecko, ale czy na pewno?

Dodano 14 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ciut długo mnie nie było, ale tak czasem bywa jednak nie zatrzymała mnie praca czy nadmiar obowiązków, a obietnica której musiała dotrzymać, bo taka już jestem jak coś obiecuję to staję na głowie, ale musi być jak powiedziałam i udało mi się na szczęście choć pochłonęło sporo czasu. Jednak wróćmy do tematu, czytając dzisiaj wpis pewnej bardzo młodej mamy http://sercabiciem.blogujaca.pl/ jak pięknie opisywała miłość i oczekiwanie do swojego dziecka przypomniała mi się historia życia mojego obecnego partnera i matki jego dzieci.

Pierwsze jego dziecko to zwyczajna wpadka, choć po czasie można powiedzieć, że został wrobiony w dziecko, gdyż jego partnerka niestety „robiła” sobie dzieci by żyć na ich koszt, ale cóż urodziła się śliczna córeczka którą kochali oboje jednak po półtora roku na świecie zjawił się pierwszy syn tej kobiety, zaraz po urodzeniu nie był ślicznym niemowlakiem i jej pierwsza reakcja była: „Ja nie chcę go oglądać” i niby zajmowała się dzieckiem ale z wielką niechęcią, gdy chłopiec miał 3 miesiące pojechała niby do pracy do Niemiec zostawiając dwójkę maleńkich dzieci i swoją 7 letnią córkę z pierwszego związku pod opieką ojca, zajmował się całą trójką jak umiał najlepiej kochając bezgranicznie każde z tych dzieci.

Mamusia wróciła po roku do Polski i tu niespodzianka „z brzuchem” wpadła do domu rodzinnego ojca jej dzieci i stwierdziła, że zabiera córki, a syna może sobie zatrzymać, która matka tak postępuje? No cóż, sprawa sądowa na której kobieta wyrzeka się syna, po prostu stwierdza, że ona go nie chce i nigdy nie chciała, oraz że nigdy go nie pokocha. Z przyczyn niezawinionych przez ojca był moment kiedy nie mógł się zająć chłopcem, musiał zarabiać na jego utrzymanie, chwilami maluchem opiekowała się babcia.

Kobieta urodziła kolejnego syna, który tym razem był dla niej wszystkim, jakimś nie wyjaśnionym sposobem (mój partner nie umie mi tego wyjaśnić, sprzeczki rodzinne jej zdolność przekonywania) znowu zamieszkali razem i kolejne dziecko, tym razem córka, jego syn miał wtedy 5 lat. Kobieta rodzi córkę i rejestruje w USC na swoje nazwisko, a ojciec „nieznany” bo tak dostanie więcej kasy na dziecko. Ojciec dzieci pracuje poza domem, bywa w nim 2 razy w miesiącu po 2 dni, jednak gdy najmłodsza córeczka kończy 3 latka dochodzi do niego, że pracuje ciężko na dzieci, a „jego kobieta” co i rusz spotyka się z innymi facetami więc wyprowadza się do domu swojej matki, nie ma tam warunków do zabrania syna, który w domu matki jest niechcianym złem, wszystko co się zdarzy to jego wina, dziecko jest traktowane jak popychadło i jak to dziecko na swój sposób próbuje się bronić, matka nie interesuje się wynikami ani zachowaniem dziecka w szkole, po prostu jest to jest i tyle. I po pól roku od jego rozstania z matką swoich dzieci mój obecny partner wiąże się ze mną, zamieszkujemy razem jednak cały czas pracuje w delegacjach.

Kilka miesięcy później dostają zlecenie w naszym mieście więc przynajmniej pół roku będzie na miejscu i co się dziej, gdy matka jego dzieci orientuje się w sytuacji, pakuje syna i bez zbędnych ceregieli każe mu iść mieszkać sobie do tatusia, co miałam zrobić zgodziłam się bo przecież nie zostawię dziecka na ulicy. Starałam się jak mogłam, traktowałam go na równi z moimi dziećmi, jednak to był strasznie zbuntowany mały chłopiec, który w obronie zawsze kłamał, starałam się to zrozumieć i tłumaczyć dziecku, choć niestety odbierał to inaczej.

Wyjechał z nami za granicę. Był z nami 5 lat choć miał bardzo trudny charakter starałam się zawsze go zrozumieć i pomóc, niestety przekonywania „mamusi” były silniejsze obiecała mu złote góry i nie wrócił z wakacji w Polsce, miał wtedy 15lat, zamieszkał ponownie z matką, ale szczęście trwało krótko bo zaledwie pół roku i mamusia ponownie wyrzuciła go z domu bo nie było z niego żadnych korzyści materialnych, w międzyczasie „zrobiła” sobie kolejne dziecko z 18latkiem (39letnia kobieta). Chłopak poszedł mieszkać do cioci, która starała się aby jakoś dotrwać do ukończenia przez niego 18 lat, aby nie trafił do żadnego ośrodka, do ojca miał żal, nie wiadomo za co, obrażał i ubliżał, mnie obwiniał o rozpad jego rodziny, o to że zabrałam im ojca, nie będę już przytaczać słów jakimi określił mnie i swojego ojca bo każdy jest w stanie wyobrazić sobie do jakich słów jest zdolny obecny nastolatek.

Dopiero gdy chłopak skończył 18lat odezwał się do ojca normalnie jednak z jego ust nie padło słowo „przepraszam”, cóż ojciec mu wybaczył całe zło, ja nie umiem niestety bo jeśli on nie umie przeprosić za swoje czyny ja nie jestem w stanie ich wybaczyć, mój partner o tym wie i nie ma do mnie za to żalu, rozumie moje podejście do sprawy, obecnie chłopak ma 19 lat i mieszka w Anglii chce przyjechać do ojca na święta, ja powiedziałam wyraźnie, nie chcę go widzieć dopóki nie przeprosi, co będzie zobaczymy, czas pokaże, ale jak sami widzicie nie każda matka kocha swoje dziecko.

Otagowane:  

„Najlepsza koleżanka, to męża kochanka”

Dodano 24 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak na początek to mam pytanie, czy zgadzacie się ze stwierdzeniem w tytule? Ja twierdzę, że coś w tym jest. Wiele razy spotkałam się z tym tematem w książkach, wszechobecnych teraz serialach, a zwłaszcza w serialu „Zdrady” emitowanym na Polsacie, kilka razy zdarzyło mi się obejrzeć ten serial i akurat ostatni odcinek przypomniał mi jedną z moich sytuacji życiowych, którą zamierzam Wam teraz przedstawić. Tak więc 22 lata poznałam pewną kobietę, która była w tamtym momencie w bardzo podobnej sytuacji życiowej jaka mnie wtedy spotkała, zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo często spędzałyśmy razem czas, ja w tamtym momencie byłam w ciąży z moim 3 synem, było mi bardzo ciężko gdyż wiedziałam już wtedy, że mój obecnie ex małżonek mnie oszukuje, koleżanka była dla mnie wielkim wsparciem przed i po porodzie. Została chrzestną mojego wtedy najmłodszego syna, bardzo często bywała u mnie w domu, spędzałyśmy razem miło czas, wydawało mi się że wszystko jest super, ale do czasu. Gdy mój syn miał jakieś pół roku moja wtedy najlepsza koleżanka została u mnie na noc z dziećmi (miała dwie córeczki 4 i 6 lat), w nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy, wstałam zaniepokojona aby sprawdzić co się dzieje i to co zobaczyła zaparło mi dech w piersi, (w tamtym czasie mój ex spał już w pokoju syna) w pokoju z którego dochodziły dziwne odgłosy spała moja koleżanka wraz ze swoimi córeczkami, ale gdy tam zajrzałam nie była sama, w najlepsze zabawiała się z moim jeszcze wtedy ślubnym, w tamtym momencie najchętniej złapałabym ją i wyrzuciła za drzwi, ale była 4 nad ranem i nie mogłam, nie miałam sumienia wyrzucić dwójki małych dzieci na ulicę, nie wiem jakim cudem udało mi się spokojnie wytrzymać do czasu kiedy dziewczynki wstały, zjadły śniadanie i całkiem spokojnie z mamą opuściły mój dom. Tak to zakończyła się moja „przyjaźń” z tą kobietą, od tamtej pory praktycznie nie mam z nią żadnego kontaktu, próbowała przepraszać, tłumaczyć się jakoś jednak dla mnie żadne wytłumaczenie nie było jej usprawiedliwieniem, wtedy bardziej zabolała mnie jej zdrada niż zdrada mojego ex. Na Pierwszą Komunię mojego syna wysłaliśmy jej zaproszenie jednak się nie zjawiła, po latach mój żal do nie minął, a chciałam by matka chrzestna mojego dziecka była na jego święcie, jednak chyba wstyd za to co zrobiła jej nie pozwolił aby stanęła ze mną twarzą w twarz, mimo iż wiedziała że już dawno jestem po rozwodzie (od swojej siostry) to nie odezwała się do mnie do tej pory, z jej siostrą mam luźny kontakt przez FB ale na jej temat nie dyskutujemy, jeśli ona nie chce mnie znać choć minęło już tyle lat ja się prosić nie będę, nie potrzebne mi takie osoby w moim otoczeniu, zawsze w życiu stawiałam na uczciwość i wiele z tego powodu wycierpiałam, jednak mimo wszystko uczciwość jest dla mnie najważniejszą cechą ludzką i tylko takimi ludźmi staram się otaczać. Pozdrawiam serdecznie!!!

Otagowane:  

Wyprowadziłam się na „koniec świata”…

Dodano 16 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Czasami tak właśnie myślę, że wyprowadziłam się na koniec świata, tak bardzo daleko od bliskich, bo nie powiem od domu, iż dom to nie cztery ściany, a miejsce w którym mieszkamy, żyjemy i czujemy się szczęśliwi, spełnieni. Więc mój dom jest tutaj na Teneryfie, razem z moim partnerem i synkiem, choć bardzo brak mi moich starszych synów, za którymi bardzo tęsknię i tak bardzo chciałabym im pomóc, dać im wszystko na co zasługują, a sama muszę „walczyć o przetrwanie”. Może to tak dziwnie powiedziane, ale tak muszę żyć normalnie, a nie jest to łatwe gdyż z pracą ciężko, nie powiem aby mi czegoś brakowało, na życie wystarcza, jednak czuję jakiś niedosyt, brak możliwości pomocy dzieciom, już nie mówię tylko o stronie finansowej, ale również o swojej obecności. Mamy dobry kontakt, jednak czasem to za mało. tak mi brak moich synów, oni są częścią mojego życia i gdybym tylko mogła oddałabym wszystko, aby oni byli szczęśliwi. Bardzo się cieszę z każdego ich sukcesu, a czasami mnie zaskakują, jeden właśnie awansował w pracy, drugi zrobił kurs, aby znaleźć lepszą pracę i jeszcze robi 2 dodatkowe. sami doskonale dają sobie radę i za każdą moją pomoc serdeczne dziękują, nigdy o nic nie proszą bo wiedzą, że nam też nie jest lekko. Ja jednak gdy tylko mogę staram się im pomóc, wesprzeć radą i uśmiechem. Dla moich dzieciaków najważniejsze jest, abym zawsze była uśmiechnięta i szczęśliwa i dla nich będę, choćby na końcu świata, ale będę szczęśliwa, może kiedyś nadejdzie czas że nie będę się musiała martwić każdym dniem, czy wystarczy na wszystko i będę mogła wspomóc moje ukochane dzieciaki. Tutaj w miejscu tak odległym od rodzinnego miasta jestem szczęśliwa mimo tęsknoty za najbliższymi, żyje dniem dzisiejszym i nie zamartwiam się tym co będzie, jak na razie jest dobrze i aby tak dalej.

Otagowane:  

# Get Well Darcy # 43 Darcy jesteśmy z Tobą!

Dodano 27 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj raczej nie na wesoło chciałam ten temat ruszyć już wcześniej, ale tak jakoś zeszło, nie wiem ilu z moich czytelników jest fanami czarnego sportu, ale wiem że wszyscy jesteście ludźmi, dobrymi ludźmi i wierzę że będziecie z nami w tym bardzo trudnym momencie dla tego sportu. Na poczatek przedstawię Wam obraz pewnego młodego i bardzo utalentowanego sportowca, nie będą to moje słowa lecz cytaty najtrafniej opisujące tego chłopaka.

Darcy Ward

635728143095280241

„To geniusz, wysłannik niebios. Urodził się, aby ścigać się na motocyklach. To także wspaniały człowiek”

O umiejętnościach…

 

Darcy Ward jest geniuszem. Urodził się po to, aby ścigać się na motocyklu. Wielu zawodników, którzy spędzili lata w szkółkach pod okiem świetnych trenerów, nie potrafi zrobić naparstka tego, co potrafi Australijczyk. On ma wielką lekkość w jeździe, w pojmowaniu aspektów mechaniki. Ma tchnienie Boga, coś jak Ayrton Senna. Kiedy Warda podpatrują wielcy mistrzowie, którzy mają więcej tytułów niż on, nie są w stanie pojąć, jak on balansuje ciałem, jak się ustawia, jak puszcza sprzęgło. Wszystko jest spoza tej galaktyki. Nie można tego objąć umysłem.

O charakterze…

 

To człowiek o gołębim sercu, który nawet w trudnych chwilach – a przecież był zawieszony na 10 miesięcy – potrafił znaleźć jasny odcień życia. Kiedy ktoś mu mówił, że we Wrocławiu zginął Lee Richardson, to on szukał sensu tej śmierci. To człowiek, który ma niespożyte siły, odporność, energię, jest skory do żartów. To gość, który wciąż chce coś robić. Kiedy mówiliśmy mu, żeby posiedział spokojnie w hotelu i zrobił barbecue odpowiedział, że może to zrobić, ale jeżdżąc na deskorolce! To jest twórczy umysł; tym obarczeni są ludzie o niewyobrażalnej dla nas, śmiertelników, skali talentu. Darcy w każdej sytuacji potrafił dostrzec coś niezwykłego.

 

O mistrzostwach świata juniorów…

 

Dwa mistrzostwa świata, które Darcy zdobył, jakby przed chwilą wstał od stołu zjadłszy kromkę chleba z masłem, pokazują skalę jego talentu.

 

O żużlu…

 

Speedway to sport ekstremalny, który niemal 100 lat temu wymyślili Australijczycy… A żużlowcy kochają żużel ponad życie. Ward to wysłannik niebios, ale jak to z nimi bywa są także naznaczeni, podatni, wrażliwi na kaprysy losu. Przesuwają też granicę, jak Marco Simoncelli, który zginął na torze MotoGP pod kołami motocyklu swojego przyjaciela Valentino Rossiego. Sporty ekstremalne udowadniają, że nie ma żartów – takiemu Travisowi Pastranie kręgosłup oderwał się od miednicy! Geniusze pokazują nam jednak rozwój dyscypliny. Ktoś, kto ma dar od Boga i umiejętności nabyte w drodze rozwoju, jest postacią epokową, taką jak Darcy Ward.

 

A teraz może wyjaśnie dlaczego przedstawiłam jego sylwetkę, również słowani innych bo chcąc pisać swoimi słowami i tak musiałabym wszystko powtórzyć.



Darcy Ward doznał urazu kręgosłupa wskutek wypadku, do którego doszło w niedzielnym meczu PGE Ekstraligi pomiędzy SPAR Falubazem Zielona Góra a MRGARDEN GKM Grudziądz. Australijczyk jest przytomny i samodzielnie oddycha.

Niewykluczone, że już w środę Ward zostanie przetransportowany ze szpitala w Zielonej Górze do Wielkiej Brytanii. – Współpracujemy z firmami ubezpieczeniowymi z Australii, aby sprowadzić Darcy’ego jak najszybciej do Wielkiej Brytanii. Darcy jest już po operacji nadgarstka i miejmy nadzieję, że będziemy mogli go przetransportować. Jego stan jest stabilny i pozwala na to – powiedział Mark Lemon, menedżer reprezentacji Australii.

Lemon nie ukrywa, że w Wielkiej Brytanii Ward mógłby liczyć na wsparcie najbliższych. – Chcemy tylko, by był blisko domu. To pomaga, jeśli jesteś w anglojęzycznym kraju. Wiemy, że polskie szpitale są dobre, ale chcemy go z powrotem w Wielkiej Brytanii, aby przebywał w znajomym otoczeniu. Jeśli będzie miał wsparcie bliskich, to wszystko będzie łatwiejsze - dodał menedżer australijskiej reprezentacji.

Lemon nawiązał również współpracę z fundacją „Wings for Life”, która mieści się w Salzburgu. Niewykluczone, że pomoże ona w leczeniu Warda. – Pracujemy z nimi od poniedziałkowego poranka. Byli bardzo pomocni od początku i mają dużą wiedzę w kwestii medycyny. Staraliśmy się znaleźć jakąś pomoc i tak trafiliśmy do nich. Oni pomagają sportowcom z czołówki i są na bieżąco z wszelkimi badaniami i technikami, jeśli chodzi o urazy kręgosłupa – poinformował Lemon.

Nie mogę zebrać myśli, pracować, funkcjonować. Wciąż nie dociera do mnie to co stało się z Darcym Wardem. Jednak nie tylko ja tak silnie to przeżywam. Czytam i wiem, jak bardzo ta tragedia przeniknęła i poruszyła ludzi. Tysiące ciepłych i otwartych serc pełnych wrażliwości, człowieczeństwa, przyzwoitości. Tego, czego w momencie wypadku Darcy’ego zabrakło grupie psycholi, którzy krzycząc obraźliwe słowa pod adresem zawodnika pokazali swój upadek moralny, prymitywizm i brak godności. Ważne, że odwrócił się od nich cały stadion, odwrócili się wszyscy!!!
Darcy jesteśmy przy tobie zjednoczeni bez podziału na kibiców z Zielonej Góry, Torunia czy Leszna. Jest z tobą cała sportowa Polska, cały sportowy świat. Jest z tobą ciepła i szczera energia przekazywana przez młodych i starych, kibiców i zwykłych ludzi, którzy z szacunku do Ciebie wyrażają swój ból, dowody wsparcia okazują przez internet, media czy przychodząc na poniedziałkowe spontaniczne spotkanie pod oknami szpitala, w którym przebywasz.
To ciężkie chwile dla całego środowiska, ale przede wszystkim dla samego żużlowca. Wspaniałego człowieka i niesamowitego talentu. Młodego chłopaka, który za sportową ambicję i chęć bycia najlepszym zapłacił bardzo wysoką cenę.
Jesteś jednym z nas, cząstką każdego sportowca, kibica i zwykłego człowieka. Nie zostawimy cię tak samo, jak ty nie zostawiłeś nas do końca ostatniego biegu. Jesteśmy i będziemy z tobą zawsze.
Głęboko wierzę w to, że medycyna tak bardzo poszła do przodu, że to co niedawno było niemożliwe (przeszczep twarzy czy serca) dziś będzie do zrobienia. Wierzę, że takim ludziom jak Darcy będzie można pomóc.

Otagowane:  

Ja, kochanka męża i moja teściowa….

Dodano 9 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No taki właśnie temat przyszedł mi do głowy, wczoraj cały dzień spędzilismy nad wodą więc nawet nie chciało się juz wieczorem zaglądać do komputera, ale dzisiaj troszeczkę chłodniej więc jestem. Otóż jak wszystkim moim czytelnikom wiadome jest z poprzednich wpisów, mój ex małżonek miał kochankę a w sumie to nie jedną, ale ta jedna została jego zona i ta jedna najbardziej napsuła krwi i w sumie stała się przyczyną mojego rozwodu. Gdy wspomniałam teściowej o tym ze jej synek mnie zdradza to mnie wyśmiała, gdzie przecieżby nie mógł, pewnego dnia nie wiem skąd i dlaczego zjawił się u mamusi ze swoją kochanicą, ale pech chciał że ja tam byłam i teściowa pokazała co potrafi, nakrzyczała na nią, na niego i praktycznie wyrzuciła na zbity pysk, w tamtym momencie podobała mi się jej postawa, ale oczywiście jak zwykle były to tylko pozory. Ja nie miałam zwyczaju siedzieć długo u teściowej z wiadomych powodów, chodziłam tam tylko ze względu na moje dzieci, a jej wnuki, więc spakowałam chłopaków i do domu. jak sie tego spodziewałam mój kochany męzuś nie dotarł do domu, dzwoniłam do teściów tam też niby go nie ma, ale ja nie odpuściłam i juz nie pamiętam o której godzinie, ale jakoś tak gdy w sumie wszyscy powinni juz spać, poszłam do mieszkania mojej teściowej, nie było daleko, pukam do drzwi no niechętnie mi je otworzono, a dlaczego? Bo mój kochany małzonek spał sobie w najlepsze z kochanką w domu mojej teściowej, a ona próbowała coś tam gadać ale dla mnie było wszystko jasne, zawinęłam się na pięcie i wyszłam. Tak właśnie podchodziła moja teściowa do mojego małżeństwa, do mnie słodko że tak nie można itp, do niej równie słodko, że jaka ja zołza, zw w końcu jej synuś znalazł porządną kobietę. Fałszu i zakłamania nie było granic, a ja wtedy jeszcze starałam się coś uratować bo dzieci, myslałam że robię to dla ich dobra, na szczęście moje i chłopaków ocknęłam się i zaczęłam szanować siebie, a moi synowie w tej chwili nie chcą nawet słyszeć o swoim ojcu, o swojej babci i praktycznie o prawie całej jego rodzinie, na tak wielkim wydarzeniu jak wesele, obecny ze strony ojca był jeden kuzyn chłopaków, jedna siostra męza ze swoimi dziećmi i co mnie bardzo zaskoczyło żona mojego ex ze swoimi dziećmi, ale nie wszystkimi, był jej najstarszy syn z którym mój sie przyjaźni i siostra moich chłopaków, najmłodszy wtedy chyba 9letni został z tatusiem w domu, tak mój syn nie zaprosił własnego ojca na wesele, a na złość zaprosił jego żone z dzieciakami. No to tyle na dzisiaj i pozdrowienia dla wszystkich!!

Otagowane:  

Wpadłam w sieci na bardzo ciekawy artykuł i chciałabym się z Wami nim podzielić.

Oto rzeczy najczęściej mówione przez osoby umierające, naprawdę otwiera oczy!

Po wielu latach pracy bez satysfakcji, Bronnie Ware postanowiła poszukać czegoś, co byłoby zgodne z jej wartościami. Podjęła się pracy w hospicjum, gdzie przez wiele lat pomagała osobom umierającym. Jakiś czas później spisała listę pięciu rzeczy najczęściej żałowanych przez jej pacjentów.

1. Szkoda, że nie miałem odwagi żyć tak jak naprawdę chciałem, a nie tak jak inni tego ode mnie chcieli.

„To jest rzecz najczęściej żałowana. Gdy ludzie zdają sobie sprawę, że ich życie dobiega końca patrzą wstecz i widzą wyraźnie jak wiele z ich marzeń nigdy się nie spełniło. Większość ludzi nie wypełniła nawet połowy swoich marzeń i umarli z przekonaniem, że było tak przez wybory których dokonali. Zdrowie daje nam wolność, której nie doceniamy dopóki jej nie stracimy.”

2. Żałuje, że tyle pracowałem

„Każdy mężczyzna którym się opiekowałam tego żałował. Ominęło ich dorastanie swoich dzieci czy czas spędzony z partnerką. Kobiety czasem też wyrażały żal, że za dużo pracowały, ale ponieważ większość była ze starszego pokolenia to zwykle zamiast pracować opiekowały się domem. Wszyscy mężczyźni, którymi się opiekowałam żałowali, że spędzili tyle czasu na pracy”

3. Szkoda, że nie miałem odwagi wyrazić prawdziwych uczuć

„Wiele osób chowa prawdziwe uczucia z obawy by nie wywołać konfliktu z innymi. W wyniku tego zgadzają się na średnie życie i nigdy nie osiągają tego co mogliby osiągnąć. Wiele z tych osób rozchorowało się między innymi przez gorycz, którą nosili w sobie. ”

4. Mogłem więcej czasu poświęcić na utrzymanie kontaktu z przyjaciółmi

„Często ludzie nie dostrzegają korzyści jakie dają im starzy przyjaciele, aż do ostatnich chwil życia. Często nie jest nawet możliwe odnalezienie takich przyjaciół. Wiele osób dało się tak porwać wirowi życia, że utracili w międzyczasie swoich przyjaciół. Widziałam wiele żalu o niepoświęcanie przyjaciołom wystarczającej ilości czasu. Każda osoba tęskni za przyjaciółmi gdy odchodzi”

5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszym

„To jest zaskakujące częste zdanie. Wiele osób dopiero na końcu życia zdało sobie sprawę, że bycie szczęśliwym to wybór. Tak bardzo trzymali się schematów i nawyków. Tak zwany „komfort” znajomych rzeczy zwyciężył nad emocjami, a także nad ich życiem. Obawa przed zmianą zmusiła ich, by udawali przed innymi, a także przed samymi sobą, że są szczęśliwi, podczas gdy gdzieś głęboko w środku tęsknili do tego by w ich życiu znów pojawiło się beztroskie śmianie się”

Te rady są piękne i prawdziwe. Nawet jeśli trudno nam w tej chwili myśleć o tak ciężkich sprawach jak umieranie, warto przemyśleć te kilka zdań. Ludzie którzy je wypowiadali mieli zupełnie inną perspektywę niż my, zabiegani i zatraceni w codzienności. Nie popełniajmy tych samych błędów.

 

 

I co Wy na to, jakie jest Wasze zdanie, bo ja się zgadzam, gdybym w pewnym momencie mojego życie nie zrobiła wielu, moze i bardzo głupich rzeczy, teraz bym pewnie żałowała, że nie spróbowałam bo na dzień dzisiejszy już bym wielu z tych rzeczy nie zrobiła…

Otagowane:  

Przyznaj się, inaczej Cię zabiję…..

Dodano 13 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Chciałabym wam dzisiaj opisać pewną sytuację z którą zapewne nie jedna kobieta w swoim życiu się spotkała, patrząc na różnego typu tragedie w rodzinach, że mąz zabija żonę, a nawet dzieci z jakiegoś tylko sobie znanego powodu. Ale ja zacznę od początku, w zeszłym roku dowiedziałam się, ze jeszcze przed moim slubem mój przyszły mąż wynajął jakiegoś chłopaka, aby dobitnie pobił chłopaka mojej koleżanki, którego podejrzewał o to, ze się ze mną spotyka, co było nie prawdą, na szczęscie w samą porę dotarła moja koleżanka i jakoś się sytuacja rozwiązała polubownie, ale to jest tylko wstęp do tego co chciałam napisać. Byliśmy juz po ślubie, mój synek miał może z 8 mcy, gdy mój wtedy jeszcze mąż przyszedł do domu pijany i zaczął sie awanturować, gdy zobaczył w domu mojego kuzyna. Mój kuzyn nie chcąc sprawiać kłopotu po prostu pożegnał się i wyszedł, gdy się zamknęły drzwi dopiero zaczęło się piekło, mój mąz złapał mnie za szyję i kazał się przyznać do romansu z wcześniej wspomnianym kolegą, ja oczywiście zaprzeczałam bo niby mam się przyznać do tego co nie istnieje, podejrzewam ze już wtedy mnie zdradzał, ale to tylko moje podejrzenia. Gdy ja mówiłam, ze to nie prawda on coraz bardziej jedną reką ściskał mnie za ręce, a drugą trzymał na szyi  i po prostu uderzał w twarz, zaprzeczałam, pamiętam ze mówiłam wtedy że dla jego przyjemności nie przyznam się do czegoś czego nigdy nie zrobiłam, jednak moje słowa wywoływały tylko jego większą wściekłość. Szczerze mówiąc nie wiem jakby się skończyła ta sytuacja gdyby nie mój kuzyn, który wyszedł co prawda z mojego mieszkania, ale coś go niepokoiło i wrócił, słysząc za drzwiami jego wrzaski że mnie zabije, nie bacząc na nic wpadł do mieszkania złapał mojego męza i wyprowadził z domu, chyba zawiózł do do jego matki, teraz juz nie wiem, ale wiem jedno uratował mi życie. No i standardowo jak to bywało następnego dnia po pracy mój małżonek przychodzi nie do domu, a do swojej matki (bo wiedział dobrze, że ja tam będę) z wielkim bukietem kwiatów i na kolanach przeprasza i przyrzeka, że to się nigdy nie powtórzy, a ja oczywiście głupia i naiwna uwierzyłam, wybaczyłam. Fakt taka sytuacja może i już nie miała miejsca, ale były inne może mniej łagodne. Dopiero gdy poszedł do wojska ataki agresji z jego strony ustały, wtedy uwierzyłam że się zmienił, tak ale chyba na gorsze, bo czasem nękanie psychiczne jest gorsze od nękania fizycznego, bardziej boli i niszczy człowieka. Teraz to wiem i nigdy juz nikomu nie pozwolę aby mna pomiatał w żaden sposób. :lol:

Otagowane:  

Wszyscy o mnie zapomnieli….

Dodano 12 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak właśnie czasem bywa, że wokół pełno ludzi, a Ty czujesz że wszyscy o Tobie zapomnieli. Pewnie nie ja jedna przeżyłam taki dzień, ale to bolało i to bardzo. Był rok 1988, dzień moich 22 urodzin, nie było wtedy internetu, portali społecznościowych, telefonów komórkowych jedynie telefon stacjonarny w domu i poczta. Dzień zaczął się normalnie, wstałam odprowadziłam syna do przedszkola i do pracy, kolezanki w pracy nie musiały wiedzieć o moich urodzinach więc nie dziwiło mnie, ze nikt nie złozył mi zyczeń. Po pracy odebrałam małego i powedrowałam do teściowej, dom pełen ludzi, ale nikt z domowników nie pamietał o moim swięcie, było mi bardzo przykro jednak nic nikomu nie powiedziałam, nie chciałam się narzucać więc po jakimś czasie poszłam spokojnie do domu. W domu postanowiłam zadzwonić do taty, ot tak aby porozmawiać, rozmawiałam z nim kilka minut o wszystkim i o niczym, też zapomniał, wtedy dopiero zrobiło mi się bardzo smutno, a przecież tego dnia obchodziliśmy urodziny ja i mój o 7 lat starszy brat, który od roku przebywał za granicami Polski, więc nie liczyłam na to że się do mnie odezwie, ja też nie mogłam złożyć mu życzeń. Do wieczora siedziałam w domu wpatrzona w telefon, może jednak ktoś zadzwoni ze skromnymi zyczeniami, telefon jednak milczał… Nie miałam innego wyjścia jak po prostu położyć się spać, dopiero następnego dnia po powrocie z pracy czekała mnie miła niespodzianka, w skrzynce na listy znalazłam kartkę z zyczeniami urodzinowymi od mojego męża, który odbywał zasadniczą służbę wojskową, jedyna osoba ktora pamiętała o dniu moich urodzin, jednak dzień ten zapamiętałam jako najsmutniejsze urodziny w moim życiu…

Otagowane:  

Czyja to wina? Nie, raczej nie moja….

Dodano 4 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zastanawiałam się nad tematem tego wpisu, ale nic nie przychodziło mi do głowy, wiedziałam o czym chce napisać tylko brakowało mi tematu i tak to postawiłam pytanie, może ktos z Was wyciągnie odpowiedź z mojej historii. Otóż mając 6 miesięczne dziecko zorientowałam się, że znowu jestem w ciąży, byłam przerażona, z jednym jest ciężko a co dopiero z dwójką, ale cóż nigdy nie pozbyłabym się dziecka. Było cieżko, ale nie źle jakos dawalismy radę, ciaza przebiegała prawidłowo, byłam już w 7 miesiącu, dzieciatko było tak żywe, ze nie dawało spokoju i nagle znalazłam się w nieodpowiednim miejscu o nie odpowiedniej porze w samym centrum pijackiej awantury w domu moich teściów, gdy mój teść zaczął obrażać mojego ojca nie wytrzymałam i odezwałam się, nie bacząc na to iz jestem w ciąży teść popchnął mnie na ciezką platę węglową, uderzyłam plecami i przerażający ból, który minął jednak ruchy dziecka były od tego momentu jakieś dziwne, niby czułam że sie rusza jednak nie wystawiało juz ani rączek, ani nóżek, czuła sie bardzo dziwnie. Po tygodniu zaczęłam krwawić i zaczęła się bardzo intensywna akcja porodowa, trafiłam do szpitala, niby na izbie przyjęć wszystko było Ok, tętno dziecka wyczuwalne więc szybko na porodówkę, tam dosłownie po kilku minutach „wyplułam” maleńką córeczkę (900 gram), ale nie słychać płaczu, nie słychać nic. No i porażająca wiadomość, dziecko nie żyje mniej więcej od tygodnia. Czyja to wina? Mnie nasuwała się tylko jedna odpowiedź, ale nic nie mogłam zrobić, nic powiedzieć, nic udowodnić pozostało pochować maleństwo i żyć dalej. Minęło kilka kolejnych miesięcy i znowu niespodzianka, kolejna ciąza, tym razem juz bardziej kontrolowana, uważałam na wszystko w koło, starałam sie aby nic złego mi się nie przytrafiło i tak w ostatnim miesiącu ciązy trafiłam do szpitala na patologie ciąży, w badaniach wszystko dobrze, tylko dziecko jak na wiek ciąży bardzo malutkie, być może jakaś pomyłka w obliczeniach, nie wiem. Codzienne badania i czekanie, nie puszczą mnie do domu bo trzeba monitorować, no dobrze w szpitalu czuję się bezpieczniej, pewnego poranka obecny ordynator oddziału położniczego przeprowadza badanie i kątem oka udaje mi się zobaczyć moją kartę wyraźnie widzę na niej 9 czyli ułozenie odwrotne, lekarz delikatnie kręcił moim brzuchem to w jedna to w drugą stronę i po chwili wpisuje w kartę 6, czyżby udało mu się przekręcic dziecko? Najbliżej nocy połozna ma jakieś wątpliwości co do rytmu tętna dziecka, podłącza pod aparat KTG rytm jest nierówny, wzywa lekarza który chyba jest już zmeczony została mu godzina dyżuru więc decyduje że zostawiamy tak jak jest i czekamy na rozwój wypadków. Jakoś w południe pojawiają się pierwsze skórcze zapowiadające poród, decyzja lekarza, zatrzymujemy gdyż dziecko jest zbyt małe i tak do wieczornej wizyty, kroplówka i zastrzyki a akcja jedynie osłabła, ale nie ustała. Na wieczornej wizycie lekarz nakazuje podłączenie aparatu KTG, nie znam się na tym nie wiedziałam co się dzieje, z ust lekarza pada pytanie : „Czy zgadza się Pani na cięcie?” A jakie niby wtedy miałam wyjście, zmęczona a wręcz wykończona pod wpływem środków hamujących poród sama nie urodzę, zgodziłam się. Urodziłam córeczkę 1800 i 41cm dokładnie tak jak ja gdy się urodziłam, 9 na 10 możliwych punktów, tylko trudności z oddychaniem, dziecko było tak pozwijane pępowiną, że ta zaczynała ją dusić. Trafiam na oddział połozniczy, dziecko do inkubatora, jestem szczęśliwa, mam w końcu upragnioną córkę, jednak moja radość nie trwała zbyt długo, w 3 dobie (to wiem z opowiadania starszej pielęgniarki) mała została odłączona od podawanego tlenu, młoda pielęgniarka miała stać i pilnować aby dziecko nie zasnęło, a ta co poszła sobie, fakt wróciła po kilku minutach, ale dziecko już spało i niestety nie udało się już jej wybudzić, po kilku godzinach zmarła. Była to dla mnie wielka tragedia, cięzko nawet dzisiaj jest to pisać i znów pytanie, czyja to była wina? Przecież nie moja, ja się starałam, dałam z siebie wszystko aby było dobrze, ale od tej pory dorosłam na tyle aby zadbać o to by nie przytrafiła mi się kolejna „nie chciana” ciąża. Nie chciałam po raz kolejny przezywać tego co przeżyłam na przełomie 2 lat, a gdybym tak usunęła pierwszą ciąże, nawet nie chcę myśleć wtedy mogłabym winić tylko siebie, nawet gdyby nie była to moja wina… Na szczęście ja nie czułam się winna, na szczeście w domu miałam syna, który w tamtym momencie był moim jedynym pocieszeniem, całym moim zyciem.

 

P.S. Mam ogromną prośbę do czytających ten wpis, proszę napiszcie mi jak na niego trafiliscie?

Otagowane: