Czyja to wina? Druga strona medalu.

Dodano 12 października 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Cofam się o 30 lat. Jako 19latka jestem w ciąży, niechcianej, nieplanowanej ale cóż jestem. Pisałam już o tym prędzej, teraz jednak postanowiłam napisać o tym z innego punktu widzenia, z innej perspektywy, na zimno bez emocji które wtedy mną targały.

Był rok 1985 w domu mam małe dziecko i kolejne w drodze. Z jednej strony byłam przerażona z drugiej zaś cieszyłam się choć bałam się bardzo, moja rodzina nie licząc męża nic nie wiedziała, było mi wstyd, jednak w tamtych czasach środki antykoncepcyjne były słabo dostępne, a prezerwatywa była dla mojego męża czymś czego się nie używa, ale nie o to mi chodzi, dotrwałam do 32 tygodnia ciąży, nie było wtedy jeszcze żadnych specjalistycznych badań, nie było USG i niby wszystko było w porządku. Jadę z bólami do szpitala, na izbie przyjęć wołają aby się spieszyć ale wszystko dobrze, ciekawostka no ale każdy ma prawo się pomylić. Na sali porodowej dosłownie wypluwam maleńką dziewczynkę, niestety nie słychać płaczu, położna z bardzo smutną miną informuje mnie, że córka nie żyje. Był to dla mnie ogromny szok, gdyż zawsze moim pragnieniem była córeczka. Z sali porodowej trafiam na oddział izolacyjny, gdzieś tam usłyszałam że dziecko nie zyje od tygodnia i miałam szczęście że akcja rozpoczęła się sama, bo inaczej mogłoby to się źle dla mnie skończyć.

Jakie z tego mozna wyciągnąć wnioski? Teraz całkiem na chłodno i po wielu doświadczeniach różnie się to odbiera. Wtedy nie zrobili nawet sekcji, nie można było stwierdzić powodu śmierci dziecka, jedyn fakt to było to że nie żyje, a może tak właśnie musiało być, może była tak bardzo chora że zmarła w łonie, mnóstwo pytań i brak odpowiedzi, być może gdyby była możliwość zrobienia wszystkich badań jakie w tej chwili są przeprowadzana możnaby było stwierdzić wcześniej że dziecko nie ma szans na przeżycie, że jest poważnie chore czy cokolwiek innego, gdybym wiedziała prędzej na pewno bym usunęła ciążę, byłby to dla mnie zdecydowanie mniejszy ból, gdybym nie znała płci dziecka, nie męczyłabym się tyle czasu, bo wbrew pozorom ciąża męczy choć cieszy i zdrowe silne dziecko rekompensuje cały ten ból, całe to zmęczenie.

Kolejną córkę urodziłam poprzez CC w rok i 2 mce później i tu też nie dane mi było cieszyć się zdrowym dzieckiem, być może nie byłam nigdy w stanie urodzić zdrowej, silnej córki jednak tego nie wiem. Moja maleńka córeczka zmarła w 3 dobie, tym razem jednak podobno zrobili sekcję i stwierdzili bardzo poważną wadę serca, która nie pozwoliłaby dziecku żyć, więc mimo wszystkich innych okoliczności i tak ta maleńka istotka byłaby skazana na śmierć, wtedy wyparłam z siebie te słowa, nie chciałam o nich pamiętać, bo strata kolejne córki bolała dużo bardziej.

Tak jak napisałam już wyżej gdybym miała możliwość i wiedziała na początku ciąży o tym że moje dziecko nie ma szans na życie usunęłabym, ale nie miałam takich możliwości, urodziłam i cierpiałam bardzo.

Bardzo mnie cieszy obecna technika i możliwości sprawdzenia jak rozwija się płód, czy ma szanse na normalne życie, czy ma szansę na to by cieszyć się tym życiem. Zdecydowanie większą traumą dla matki jest urodzić i zaraz stracić, niż podjąć decyzję o usunięciu rozwijającego się płodu, który nie ma szans na życie i szczęście, bywa że ma szanse na życie tylko pytanie jakie? Czy leżenie całe życie na łóżku, bez możliwości bycia samodzielnym to jest to czego byśmy chcieli dla swojego dziecka, raczej nie, raczej nikt nie chce takiego życia.

Otagowane:  

STOP ABORCJI czym grozi przepchnięcie ustawy, refleksje.

Dodano 27 września 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Bardzo długo nic nie pisałam, ale jakoś tak ani czasu, ani zdrowia do tego nie było.

Sama nawet nie wiem co mam pisać, moje życie jest stabilne i szczęśliwe, choć wiadomo wszędzie są jakieś zawiłości i problemy jednak to nic ciekawego. Troszeczkę się pochorowałam, ale mam nadzieję że wszystko będzie dobrze, jednak nie ten temat chciałam dzisiaj poruszyć.

Od jakiegoś czasu polskie społeczeństwo bulwersuje projekt ustawy obywatelskiej STOP ABORCJI .

Osobiście mnie ten temat nie dotknie, jestem juz za stara na dzieci i nie mieszkam w PL jednak martwi mnie los moich dzieci jeśli ta ustawa przejdzie, bo ogólnie sama jestem przeciwko aborcji na życzenie, ale każdy ma prawo decydować o sobie to jego będą dręczyły wyrzuty sumienia a nie mnie. Wiem też że wiele kobiet tych które sa przeciw tej ustawie same ot tak nie poddałyby się aborcji, chyba że właśnie sytuacja by je do tego zmusiła.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: Masz 12 letnią córkę, piękną dojrzewającą młodą kobietkę, nagle spotyka ją wielka krzywda zostaje zgwałcona przez kogokolwiek, nie można pomóc jej i tak już w wielkim cierpieniu musi cierpieć dalej, w pewnym momencie lekarz stwierdza ze dziecko nie będzie miało rączek, nóg ale i tak musi je urodzić, choć to zagraża jej życiu, musi bo tak ustanowili politycy. Twoje dziecko umiera na sali porodowej zostaje Ci po niej noworodek bez szans na normalne życie, bez rąk i bez nóg, będziesz w stanie je kochać i wychować?? I tylko pytanie po co??

Przypadków jest wiele i każdy inny i indywidualny, ja osobiście nie wyobrażam sobie aby mnie przesłuchiwano po stracie dziecka, a że sama 2 razy poroniłam dwie córki pochowałam jako noworodki (pisałam o tym w innych wpisach) i jeszcze za to że straciłam dziecko bo nosiłam starsze na rekach więc teoretycznie nieumyślnie ale to ja doprowadziłam do poronienia więc trzeba mnie ukarać, jak to w wielu przypadkach się mówi: znajdź mi człowieka,  a znajdę na niego paragraf.

Kolejny absurd: Jeśli dzieckiem jest zapłodniona komórka jajowa czyli jeśli zagnieździ się ona w jajowodzie a nie w macicy (czyli tzw ciąża pozamaciczna) według nowej ustawy nie będzie można jej usunąć, matka musi urodzić, ale niestety takiego dziecka nie urodzi, albo jakimś cudem poroni i jeszcze będzie miała z tego kłopot albo umrze.

Dla mnie ta ustawa to powrót do średniowiecza, a jak Wy myślicie??

Otagowane:  

Witam serdecznie, wiem ze zaniedbałam Was troszeczkę jednak czasem tak bywa. Nawał obowiązków i kłopoty czasem przytłaczają człowieka, że kompletnie na nic nie ma ochoty.

Otóż mam zamiar opisać całą sytuację ponieważ coś mi śmierdzi i ogólnie próbujemy rodzinnie ja rozwiązać, czy się uda to pokaże czas. Zacznijmy więc od początku, pisałam kilka wpisów wstecz o problemach w jakie wpakował się jeden z moich synów, fakt że wybrnął z tej sytuacji jest faktem, zrozumiał swoje błędy, przeprosił rodzinę i wszystkich tych którzy wyciągali do niego pomocną dłoń, a on ją odpychał żyjąc w innym świecie. Jednak kłopoty musiały go dopaść, gdyż popełnił zbyt wiele błędów za które trzeba zapłacić.

Nawiązując do kłopotów, było to tak w dniu 18.01.2016 pewien chłopak wziął bez pozwolenia kluczyki od auta mojego syna i pojechał sobie na miasto, człowiek ten nie posiadał prawa jazdy i niestety miał pecha i został zatrzymany przez patrol policji, co poskutkowało odholowaniem auta na parking strzeżony bez powiadomienia właściciela, dlaczego policja nie poinformowała właściciela  o zaistniałej sytuacji tego nikt nie wie, ale z tego co zdążyliśmy się zorientować powinni. No cóż nie zrobili tego i dopiero po dwóch miesiącach syn mógł odebrać auto z parkingu, gdyż otrzymał zezwolenie z policji, na zezwoleniu widniała adnotacja: „Koszty holowania i parkowania pojazdu płaci policja” , dokument to druk ścisłego zarachowania podpisany i z pieczęcią komendanta komisariatu. Z tym dokumentem syn jedzie odebrać auto,a tam niestety czeka go niespodzianka, czyli pracownicy parkingu kwestionują wydane zezwolenie i po wykonaniu pewnego telefonu informują syna, aby wrócił na policję tam zostanie mu wszystko wyjaśnione. Chłopak wrócił na komisariat jednak nie otrzymał żadnych wyjaśnień, tylko tyle że kolega się pomylił, wydany dokument zostaje mu odebrany, a w zamian za to dostaje inny tym razem z adnotacją :”Koszty holowania i parkowania pojazdu ponosi właściciel pojazdu”. Teraz pytanie czy policja ot tak sobie mogła zmienić wydane pismo? Oba pisma podpisał komendant komisariatu. Mimo że chłopak podłamany, bo koszty przewyższają zdecydowanie jego możliwości finansowe i wartość tego auta, nie przestajemy walczyć w tym temacie. Zostało złożone pismo z prośba o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji i przywrócenie poprzedniej decyzji ciut wyżej bo do komendanta głównego policji w mieście, w chwili obecnej pozostaje czekać na odpowiedź. Jeśli to nic nie da będziemy pisać jeszcze wyżej, policja nie może robić tego na co ma w danym momencie ochotę, za pomyłki też należy zapłacić. Gdy syn dzisiaj składał pismo, dowiedział się jedynie, że po pierwsze powinien zostać powiadomiony o zatrzymaniu auta, a po drugie w takim wypadku koszty powinna ponosić osoba zatrzymana a nie właściciel pojazdu, bo gdyby np ten człowiek miał uprawnienia, a był pod wpływem alkoholu, to co synowi zabraliby prawko czy temu gościowi? Logiczne chyba jest, że temu kto siedział w aucie, a nie temu co był w domu, jednak co będzie to się okaże :) Pozdrawiam serdecznie :)

Otagowane:  

6 latki w szkole – dobrze czy źle? Moje doświadczenia.

Dodano 23 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Temat z którym borykają się rodzice dzieciaczków, które w zeszłym roku skończył 6 lat i musiały iść do 1 klasy jak również tych co w tym roku dopiero ukończą 6 lat. Co zrobić? Zostawić dziecko kolejny rok w 1 klasie? Wysłać swojego 6latka do szkoły? Takie pytanie zapewne zadaje sobie wielu rodziców. Postaram się na podstawie moich doświadczeń podsunąć kilka podpowiedzi, a może rad, jeśli ktoś zechce może skorzystać lub też nie. Wiadomo i tak każdy zrobi to co uzna za najlepsze dla swojego dziecka.

Sięgając daleko do tyłu mój najstarszy syn rozpoczął naukę w szkole podstawowej od tzw „zerówki” w wieku 6 lat, do 1 klasy poszedł mając 7 lat i chodził jeszcze całe 8 lat według starego systemu. Zanim poszedł do „zerówki” w szkole od momentu ukończenia 3 lat uczęszczał do przedszkola, więc jakoś sobie radził z nauką.

Kolejny z moich chłopaków niestety do przedszkola nie chodził, bo mama była w domu a on miał totalne uczulenie na przedszkole. Jak każde dziecko w wieku 6 lat poszedł do „:zerówki” po jej ukończeniu bez najmniejszych problemów poszedł do 1 klasy i tutaj zaczął się problem. Dziecko nie znało literek, nie umiało ani czytać, ani liczyć. Generalnie chłopak od urodzenia robił wszystko z niewielkim opóźnieniem. Pod koniec 1 klasy wychowawczyni wysyła dziecko do psychologa, czy może dać promocję do 2 klasy? Opinią psychologa dziecko powinno powtarzać 1 klasę, w wyjaśnieniu czytamy że dziecko nie zostało dobrze przygotowane przez klasę „0″ i nie powinno trafić do klasy 1. Zgodnie z zaleceniami syn powtarza 1 klasę, ale już w innej szkole, ponieważ sama dobrze pamiętam jak jako dzieci śmialiśmy się z taki co powtarzali rok, a co dopiero 1 klasę. Zaliczył spokojnie całą podstawówkę, gimnazjum, szkołę zawodową i średnią teraz wybiera się na studia, ma rodzinę i pracuje.

Trzeci mój syn urodzony w lutym od momentu ukończenia 3 lat uczęszczał do przedszkola, do września w grupie 3 letnie i od września razem ze swoim rocznikiem również w grupie 3 letniej, następny rok normalnie z 4 latkami. Ostatni rok w przedszkolu syn jest w grupie 5  i 6 latków idących programem 6 latka, dziecko wyjątkowo zdolne i bardzo szybko przyswaja podstawowy program zerówki. Chciałam, aby poszedł do szkoły jako 6 latek jednak do tego potrzebna opinia psychologa, więc udajemy się do poradni i tam niestety odmowa. Pani psycholog stwierdza, że dziecko pod względem nauki oczywiście poradzi sobie bez najmniejszych problemów, jednak jest zbyt ruchliwy i nie wysiedzi 45 minut w ławce, więc chciał czy nie chciał syn trafia po raz kolejny do klasy „0″. W szkole więcej problemów niż to warte, Pani nauczycielka mówi, że on nie ma się czego uczyć, ponieważ wszystko już wie i tylko przeszkadza w prowadzeniu zajęć bo jest bardzo ruchliwy, a ona przecież ma gromadkę dzieci do nauczenia. Poszedł do 1 klasy jako 7 latek i radził sobie bardzo dobrze zawsze wyprzedzając inne dzieciaki do czasu kiedy miał ochotę, później trochę „usiadł na laurach” i trzeba było nadrabiać, ale nigdy nie musiał powtarzać klasy.

No i dotarłam do historii mojej najmłodszej pociechy, która przygodę ze szkołą rozpoczęła w wieku 3 lat. Tak właśnie w wieku 3 lat, gdyż taki system nauczania jest w Hiszpanii. Obowiązek nauki jest tu od 6 do 16go roku życia i są to dwa etapy 6 letnia szkoła podstawowa i 4 letnie gimnazjum. Nauka w najmłodszej grupie 3-5 lat nie jest obowiązkowa jednak korzysta z niej 90% dzieci. Pierwszą przygodę rozpoczynają dzieci które w danym roku kończą 3 latka i idą do szkoły, gdzie uczą się współpracy z innymi dziećmi, pierwszych cyferek i literek, oczywiście wszystko czego uczą się te dzieci jest w formie zabawy, ale te maluszki wiedzą, że aby się uczyć należy siedzieć przy stoliku i słuchać swojej Pani. Kończąc tą grupę każde dziecko potrafi napisać swoje imię, zna cyferki 1-3 i samogłoski. Następnie jest grupa 4 i 5 latków które się bawią i uczą tego wszystkiego co dzieci w Polsce w klasie zero. Cały program nauki jest rozłożony na 3 lata, dzieciaczki mają swoje książki i zeszyty dostosowane do wieku. 90% dzieci opuszczających „Infantil” czyli najmłodszą grupę nauczania umie czytać i pisać. Dodam jeszcze, że nauka jest na terenie szkoły podstawowej i jest bezpłatna, dzieci przebywają w szkole tak samo jak i uczniowie szkoły podstawowej od 9.00 do 14.00. Rozpoczynając obowiązkowy etap nauki wszystkie dzieciaki mają 6 lat jednak bardzo dużym plusem jest to, że cała grupa dzieci razem rozpoczyna naukę w podstawówce zmienia się tylko nauczyciel.

Moim zdaniem Polska nie jest gotowa na naukę tak małych dzieci w szkołach, gdyż niestety większość z tych dzieci nie ma możliwości uczęszczania do przedszkoli. 3 latek szybciej poradzi sobie z rozstaniem z mamą niż takie dziecko 5-6 lat pozostawione nagle i zmuszone do nauki ogromnej ilości materiału. Wiem ile w tej chwili dzieci w Polsce muszą opanować materiału gdyż mój syn oprócz tego, że tutaj uczęszcza do 3 klasy uczy się również w Polskiej Szkole Internetowe, udało mu się zdać egzamin z 1 klasy, ale szczerze wątpię aby zaliczył drugą gdyż to już jest dla niego zbyt trudne jeśli nie posługuje się tym językiem przez cały czas, sama rozmowa z mamą i tatą w domu to zdecydowanie za mało. Pomimo moich starań w nauczaniu go języka polskiego widzę, że ma z tym ogromny problem choć się bardzo stara.

Mam nadzieję, że tym wpisem pomogę podjąć niektórym rodzicom rozsądną decyzję odnośnie swojego dziecka.

Otagowane:  

To może przydażyć się każdemu z nas – rodziców!

Dodano 3 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

     Bardzo długo zastanawiałam się czy dodać ten wpis czy nie, jednak w końcu zdecydowałam że napiszę dlaczego tak długo nie dodawałam nic konkretnego, dlaczego nie czytałam innych blogów.

Otóż wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące temu, zaczęły do mnie dochodzić słuchy, że coś złego dzieje się z jednym z moich synów, że rozstał się z dziewczyną z którą mieszkał od 4 lat, że wyprowadził się nie wiadomo gdzie i że wpadł w nieciekawe towarzystwo. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, gdyż zawsze uważałam chłopaka za bardzo rozsądnego i myślącego realnie.

     Pewnego wieczoru jednak okazało się, że to wszystko prawda, a co gorsze to najprawdopodobniej oprócz tych wszystkich złych wiadomości to nie dość, że wyprowadził się do jednej z najgorszych i najniebezpieczniejszych dzielnic Torunia to jeszcze zaczął brać narkotyki. To ostatnie to jednak było tylko podejrzenie, a nie sprawdzony fakt, szczerze ciężko mi było w to wszystko uwierzyć. Dziewczyna mojego syna była załamana, nie wiedziała co robić, jak mu pomóc wydostać się z tej sytuacji, poprosiła mnie o pomoc. Jednak w sumie cóż ja mogę na odległość?

      Rozmawiając z synem poprzez Facebooka wyczuwałam w jego głosie dziwne zachowanie, również podczas pisania jego wypowiedzi były niespójne, chaotyczne i czasami pozbawione sensu. Na każdą moją, nawet najmniejszą krytykę zaraz się obrażał.

Postanowiłam zafundować mu wycieczkę do mamy, na Teneryfę. Jak postanowiłam tak i zrobiłam kupiłam bilet w obie strony na 10 dni, aby go rozgryźć, aby się czegoś dowiedzieć, aby w jakikolwiek sposób pomóc.

Przyleciał, po pewnych problemach z dotarciem na lotnisko ale to mało ważne, najważniejsze że był. Ucieszyłam się bardzo choć na dzień dobry o mało nie poznałam syna, wychudzony, zakatarzony dosłownie cień człowieka, jednak on twierdził że wszystko jest w porządku i że przed wyjazdem pogodził się ze swoją dziewczyną, że wszystko już zrozumiał i teraz już będzie tylko dobrze. Zbił mnie tymi słowami z tropu, więc nie drążyła tematu ponieważ każdego wieczoru bardzo długo i  normalnie rozmawiał ze swoją dziewczyną za pomocą skypa, byłam zadowolona, że wszystko wróciło do normy. Widać było, że jest szczęśliwy i nie może doczekać się powrotu do ukochanej, ale jak się później okazało to wszystko było chyba tylko na pokaz, aby mama nie marudziła, aby nie drążyła tematu.

Po 10 dniach chłopak wrócił do Polski przez jeden dzień wszystko było super, jednak następnego dnia pojechał niby po swoje rzeczy i już nie wrócił, łaskawie napisał tylko smsa do dziewczyny, że to koniec. W tym czasie ja z moim partnerem i najmłodszym synkiem byliśmy w Szkocji i w sumie niewiele mogłam zrobić, na dniach mój starszy syn z żoną i córeczką mieli wyruszyć do nas na Teneryfę więc też nic nie mógł poradzić na zachowanie młodszego brata.

Wróciliśmy z wycieczki do domu gdzie czekała już na mnie rodzina, cieszyła się bardzo z nadchodzących świąt i z tego że spędzę je razem z wnusią i jej rodzicami, ale jednak nie przestawałam się martwić o młodszego chłopaka. Co będzie robił na święta? Czy się ogarnie i wróci do mimo wszystko czekającej  na niego dziewczyny? Pytania i brak odpowiedzi nie dawały mi spokoju, tym bardziej że z Polski wcale nie było ciekawych wiadomości.

Nadeszły święta, mój syn obrażony na cały świat, nie zauważał życzeń mu składanych twierdząc, że wszyscy o nim zapomnieli. Doniesienia o tym, że bierze narkotyki stawały się coraz bardziej pewne, a ja popadałam w coraz większą nostalgię i taką jakby niemoc, przecież nie mogłam nic zrobić, w żaden sposób pomóc.

  Nadszedł czas kiedy dzieciaki musiały już wracać do domu czyli ostatni dzień starego roku, mój młodszy syn informuje mnie że tę noc ma zamiar spędzić ze swoją dziewczyną, ale co się jednak okazuje tak się nie stało. Po raz kolejny mnie okłamał, choć przedtem nigdy tego nie robił, zawsze był szczery i uczciwy.

Nowy rok przynosi tragiczne wiadomości, podobno został złapany w sklepie na kradzieży choć oczywiście wszystkiego się wypiera, na domiar tego wszystkiego dostaję wiadomość że rozbił samochód, gdzie za miastem dachował i wylądował w rowie. Jedyną dobrą w tym wszystkim wiadomości to było to, że nikomu nic się nie stało podczas tego wypadku. Po tym wypadku wrócił mieszkać do swojej dziewczyny, jednak jego zachowanie wymagało wiele do życzenia, znikał gdzieś na całe dnie, dom traktował jak stołówkę i hotel mimo to jego dziewczyna miała anielską cierpliwość, aby to wszystko znosić gdyż bała się o niego, aby nie zrobił nic głupiego.

     Pewnego dnia pojechał do „kolegów” najprawdopodobniej po pieniądze na ratę w banku (gdyż był na tyle głupi iż pobrał coś dla kolegów na raty) i co się okazało to nie dość, że nie dadzą mu żadnych pieniędzy, że sam ma się martwić o swoje kredyty to jeszcze go pobili i zniszczyli auto, który na dodatek wracając do domu (za zbite lusterka i światła) dostał mandat jakby mało miał na głowie. Jednak jakby to większość powiedziała „ma czego chciał” albo „a nie mówiłam”.

Po tej nauczce, którą otrzymał od swoich pseudo kolegów chyba coś dotarło do tej opustoszałej głowy, zaczął myśleć jednak powoli, przestał jeździć nie wiadomo gdzie, przestał brać jakiekolwiek narkotyki (przynajmniej na to wskazuje zachowanie i wygląd), w ciągu tygodnie znalazł pracę na razie na umowę 3 miesięczną, a czy przedłużą to zależy już tylko od niego. Od tygodnia pracuje i widać, że próbuje naprawić swoje błędy, jednak mimo wszystko twierdzi że był zbyt dobry, nie widzi w sobie winy, a to źle niestety. Mam jednak nadzieję, że z czasem wróci ten kochany i rozsądny chłopak który wyjechał z Teneryfy, aby zamieszkać z dziewczyną w Polsce.

Tak w wielkim skrócie opisałam problem który mnie dotknął, a nigdy nie przypuszczałam że właśnie mnie może spotkać coś takiego, teraz jednak myślę że każdego może to spotkać nawet jak się najbardziej dba o dzieci.

Otagowane:  

Niedzielne popołudnie wśród pijanych facetów….

Dodano 28 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zaczęłam ten wpis już w poniedziałek jednak jak sami mogliście zobaczyć zabrakło mi czasu i zdecydowałam się opublikować coś innego. natomiast wczorajszy dzień spędziłam przed komputerem, jednak nie znalazłam nawet chwili na napisanie czegokolwiek czy nawet czytanie, a wieczorem po porostu padłam.

Tak więc to co zaplanowałam sobie w poniedziałek pisze dopiero dzisiaj i nawiązując do tematu chcę Wam napisać jak spędziłam niedzielne popołudnie.

Plany mieliśmy zupełnie inne, gdy nagle zadzwonił telefon mojego partnera i prośba, aby kupić pizzę (gdyż akurat obok naszego domu jest najtańsza i chyba najlepsza pizzeria w okolicy). No cóż jak to facet, ok kupię i przyjedziemy. Mój synuś już prędzej pojechał w miejsce do którego my mieliśmy jechać, do kolegi więc pojechaliśmy we dwoje. Miałam od razu iść do koleżanki gdzie miał być mój synek jednak ona jeszcze gdzieś pojechała z dziećmi i zmuszona (w skutek okoliczności) byłam, aby iść odwiedzić towarzystwo, które za bardzo mi nie pasowało, jednak umiem się zachować nawet tam gdzie mi się nie podoba. Było tam już 3 podchmielonych facetów na temat jednego pisałam w poniższych linkach, a pozostałych dwóch nie znałam.


http://smutek21.blog.pl/2015/06/19/po-raz-kolejny-pomaganie-innym-wychodzi-mi-bokiem/ 
i
http://smutek21.blog.pl/2015/06/22/jestem-falszywa-wredna-jedza/

Nie pasował mi właśnie ten człowiek, którego opisywałam, ale cóż miałam zrobić stać godzinę pod drzwiami koleżanki, grzecznie usiadłam z nimi przy stoliku i przyjęłam postawione mi piwo. Raczej słuchałam głupiej gadaniny niż się udzielałam w dyskusji, bo raczej nie chciałam się wypowiadać. Ten, którego znałam przez ostatnie trzy miesiące był w miarę dobrych stosunkach ze swoją Panią, jakoś się dogadywali osobiście, na moje szczęście gdyż nie miałam ochoty mieszać się w nie swoje sprawy.

Panowie siedzieli i pili od trzech dni, a dlaczego? Pan na temat którego pisałam wcześniej dzień przed swoimi urodzinami gościł w swoim domu swoją Panią i własnego brata, oczywiście nie obyło się bez alkoholu, zmęczony położył się niby spać jednak słyszał całą rozmowę, która odbywała się w sąsiednim pokoju pomiędzy jego Panią i jego bratem. Jednak gdy „weszli” na jego temat i ona zaczęła się żalić nie wytrzymał, wstał zrobił karczemną awanturę i nawet uderzył kobietę i o 4 nad ranem wyrzucił oboje ze swojego domu. Taki był powód do picia tychże Panów.

Jednak to nie wszystko, jednym z nich nowo poznany przeze mnie człowiek (nota bene wolę nie mieć z nim nic wspólnego) okazał się „typowym samcem”, opowiadał o swoich podbojach łóżkowych, bez względu na to czy był w jednym związku, czy nie i tak miał zawsze kilka panienek na boku, ale broń Boże aby któraś spojrzała na innego. Jemu wolno wszystko, a kobiecie już nic tylko służyć w domu i w łóżku, jak ja nie cierpię takich ludzi. Możecie sobie wyobrazić co mówił, bo mówił bez ogródek i podsumować go można jednym zdaniem: „Pieprzy wszystko, co się rusza!”

Na moje szczęście koleżanka wróciła i dała mi znać, że już jest w domu i mogłam opuścić to towarzystwo, bo wcale miło się tam nie czułam. Mój Pan został z nimi jak to facet, a niech tam się rozerwie przecież ja mu nie zabraniam. Gdy już skończyli balować, panowie udali się gdzieś na „wyrywanie” panienek, a ja razem z moim partnerem i synkiem wróciliśmy do domu i oczywiście ja musiałam prowadzić auto, gdyż mój Pan niestety już nie był w stanie usiąść za kierownicę, na szczęście jest rozsądny i nie ma problemu, abym prowadziła jego ukochane auto.

Ot to tyle na temat mojej niedzieli. Serdecznie pozdrawiam!!

Otagowane:  

Przecież każda matka kocha swoje dziecko, ale czy na pewno?

Dodano 14 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ciut długo mnie nie było, ale tak czasem bywa jednak nie zatrzymała mnie praca czy nadmiar obowiązków, a obietnica której musiała dotrzymać, bo taka już jestem jak coś obiecuję to staję na głowie, ale musi być jak powiedziałam i udało mi się na szczęście choć pochłonęło sporo czasu. Jednak wróćmy do tematu, czytając dzisiaj wpis pewnej bardzo młodej mamy http://sercabiciem.blogujaca.pl/ jak pięknie opisywała miłość i oczekiwanie do swojego dziecka przypomniała mi się historia życia mojego obecnego partnera i matki jego dzieci.

Pierwsze jego dziecko to zwyczajna wpadka, choć po czasie można powiedzieć, że został wrobiony w dziecko, gdyż jego partnerka niestety „robiła” sobie dzieci by żyć na ich koszt, ale cóż urodziła się śliczna córeczka którą kochali oboje jednak po półtora roku na świecie zjawił się pierwszy syn tej kobiety, zaraz po urodzeniu nie był ślicznym niemowlakiem i jej pierwsza reakcja była: „Ja nie chcę go oglądać” i niby zajmowała się dzieckiem ale z wielką niechęcią, gdy chłopiec miał 3 miesiące pojechała niby do pracy do Niemiec zostawiając dwójkę maleńkich dzieci i swoją 7 letnią córkę z pierwszego związku pod opieką ojca, zajmował się całą trójką jak umiał najlepiej kochając bezgranicznie każde z tych dzieci.

Mamusia wróciła po roku do Polski i tu niespodzianka „z brzuchem” wpadła do domu rodzinnego ojca jej dzieci i stwierdziła, że zabiera córki, a syna może sobie zatrzymać, która matka tak postępuje? No cóż, sprawa sądowa na której kobieta wyrzeka się syna, po prostu stwierdza, że ona go nie chce i nigdy nie chciała, oraz że nigdy go nie pokocha. Z przyczyn niezawinionych przez ojca był moment kiedy nie mógł się zająć chłopcem, musiał zarabiać na jego utrzymanie, chwilami maluchem opiekowała się babcia.

Kobieta urodziła kolejnego syna, który tym razem był dla niej wszystkim, jakimś nie wyjaśnionym sposobem (mój partner nie umie mi tego wyjaśnić, sprzeczki rodzinne jej zdolność przekonywania) znowu zamieszkali razem i kolejne dziecko, tym razem córka, jego syn miał wtedy 5 lat. Kobieta rodzi córkę i rejestruje w USC na swoje nazwisko, a ojciec „nieznany” bo tak dostanie więcej kasy na dziecko. Ojciec dzieci pracuje poza domem, bywa w nim 2 razy w miesiącu po 2 dni, jednak gdy najmłodsza córeczka kończy 3 latka dochodzi do niego, że pracuje ciężko na dzieci, a „jego kobieta” co i rusz spotyka się z innymi facetami więc wyprowadza się do domu swojej matki, nie ma tam warunków do zabrania syna, który w domu matki jest niechcianym złem, wszystko co się zdarzy to jego wina, dziecko jest traktowane jak popychadło i jak to dziecko na swój sposób próbuje się bronić, matka nie interesuje się wynikami ani zachowaniem dziecka w szkole, po prostu jest to jest i tyle. I po pól roku od jego rozstania z matką swoich dzieci mój obecny partner wiąże się ze mną, zamieszkujemy razem jednak cały czas pracuje w delegacjach.

Kilka miesięcy później dostają zlecenie w naszym mieście więc przynajmniej pół roku będzie na miejscu i co się dziej, gdy matka jego dzieci orientuje się w sytuacji, pakuje syna i bez zbędnych ceregieli każe mu iść mieszkać sobie do tatusia, co miałam zrobić zgodziłam się bo przecież nie zostawię dziecka na ulicy. Starałam się jak mogłam, traktowałam go na równi z moimi dziećmi, jednak to był strasznie zbuntowany mały chłopiec, który w obronie zawsze kłamał, starałam się to zrozumieć i tłumaczyć dziecku, choć niestety odbierał to inaczej.

Wyjechał z nami za granicę. Był z nami 5 lat choć miał bardzo trudny charakter starałam się zawsze go zrozumieć i pomóc, niestety przekonywania „mamusi” były silniejsze obiecała mu złote góry i nie wrócił z wakacji w Polsce, miał wtedy 15lat, zamieszkał ponownie z matką, ale szczęście trwało krótko bo zaledwie pół roku i mamusia ponownie wyrzuciła go z domu bo nie było z niego żadnych korzyści materialnych, w międzyczasie „zrobiła” sobie kolejne dziecko z 18latkiem (39letnia kobieta). Chłopak poszedł mieszkać do cioci, która starała się aby jakoś dotrwać do ukończenia przez niego 18 lat, aby nie trafił do żadnego ośrodka, do ojca miał żal, nie wiadomo za co, obrażał i ubliżał, mnie obwiniał o rozpad jego rodziny, o to że zabrałam im ojca, nie będę już przytaczać słów jakimi określił mnie i swojego ojca bo każdy jest w stanie wyobrazić sobie do jakich słów jest zdolny obecny nastolatek.

Dopiero gdy chłopak skończył 18lat odezwał się do ojca normalnie jednak z jego ust nie padło słowo „przepraszam”, cóż ojciec mu wybaczył całe zło, ja nie umiem niestety bo jeśli on nie umie przeprosić za swoje czyny ja nie jestem w stanie ich wybaczyć, mój partner o tym wie i nie ma do mnie za to żalu, rozumie moje podejście do sprawy, obecnie chłopak ma 19 lat i mieszka w Anglii chce przyjechać do ojca na święta, ja powiedziałam wyraźnie, nie chcę go widzieć dopóki nie przeprosi, co będzie zobaczymy, czas pokaże, ale jak sami widzicie nie każda matka kocha swoje dziecko.

Otagowane:  

Zakazane słowa, jak na nie reagować?

Dodano 29 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Czytając notkę na http://blogrodzinny.blog.pl/ pt; „Oczami dziecka -z zakazane słowa” przypomniał mi się pewien epizod z mojego życia, który po krótce postaram się Wam teraz opisać.
Gdy mój najmłodszy z dorosłych synów miał około 3-4 lat dokładnie nie pamiętam momentu, jego siostra, a córka mojego byłego męża miała o 10 miesięcy mniej, często ze swoją matką odwiedzała moją teściową, ja raczej rzadko tam zaglądałam, ale tego dnia były to chyba urodziny mojej teściowej, a ze nigdy nie byłam wredna to choć w ten dzień starałam się do niej zaglądać bo mimo wszystko czasami zdarzało się, że potrzebowałam jej pomocy w opiece nad dziećmi, ale wróćmy do tematu. Otóż impreza w domu, śmiech i zabawa, dzieci się bawią, w pewnym momencie obecna zona mojego byłego męza woła po coś swoją córeczkę, ta nie chce przyjść, gdy zdenerwowana matka próbuje ją wyciągnąć spod stołu ta mała istotka odzywa się do niej takimi słowami: „zostaw mnie ty kulwo!”, a co na to mamusia, a więc totalnie nic, a może jednak dużo więcej bo zaczęła się smiać, a za nią wszyscy zgromadzeni, mnie zatkało jednak nie było sensu komentować takiego zachowania posiedziałam trochę, zabrałam dzieci i wyszłam. Po jakimś czasie, gdy byłam zmuszona zostawić moje dziecko na jakieś dwie, trzy godziny u mojej teściowej idąc z synkiem do babci, już nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale mój synek nie chciał iść do babci choć nie wiedział że bedzie musiał tam zostać sam przez jakiś czas i gdy się z nim przekomarzałam, że musimy iścć moje własne dziecko wyskakuje do mnie ze słowami: „Ty jesteś kulwa”, a że w tym czasie doskonale wymawiał „r” więc zabrzmiało to zupełnie inaczej, spojrzałam się na niego dosyć groźnym wzrokiem i powiedziałam, że teraz to idzie do babci i zostanie już tam na zawsze, że ja nie chcę dziecka, które tak brzydko mówi na swoją mamę, że jest to bardzo obraźliwe słowo. Synek spojrzał się na mnie zapłakanymi oczami, ale nic nie powiedział gdyż wchodziliśmy już do domu mojej teściowej, weszliśmy powiedziałam tylko zostawiam go i wyszłam bez słowa. Gdy wróciłam mniej więcej po dwóch godzinach od teściowej dowiedziałam się, ze mój synek przez cały ten czas siedział w kącie i płakał, strasznie mi się żal go zrobiło, podeszłam do niego i gdy mnie zobaczył rzucił mi się na szyję i przepraszał obiecując, że nigdy więcej tak nie powie, ja wiedziałam gdzie i w jakich okolicznościach to usłyszał, jednak w jakiś sposób musiałam zareagować. Jakiś czas potem, nie pamiętam dokładnie ile czasu minęło oglądaliśmy wspólnie film : „koszmar z ulicy wiązów” był to odcinek w którym była pokazana matka Frediego i gdy był obok niej rzucił do niej słowa: dziwka, a mój synek na to: mamusiu, ale on tak nie może mówić przecież to jest jego mama. Tak to właśnie utkwiło mojemu synkowi w głowie, to że nie można obrażać nikogo takimi słowami, a tym bardziej mamy, do tej pory (a ma 21 lat) w stosunku co do mnie w zasadzie nie używa słowa: mama, zawsze jest mamusia albo mamuś. Teraz oboje potrafimy się śmiać z tej historii, choć wtedy ani jemu, ani mnie nie było do śmiechu.

Otagowane:  

„Najlepsza koleżanka, to męża kochanka”

Dodano 24 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak na początek to mam pytanie, czy zgadzacie się ze stwierdzeniem w tytule? Ja twierdzę, że coś w tym jest. Wiele razy spotkałam się z tym tematem w książkach, wszechobecnych teraz serialach, a zwłaszcza w serialu „Zdrady” emitowanym na Polsacie, kilka razy zdarzyło mi się obejrzeć ten serial i akurat ostatni odcinek przypomniał mi jedną z moich sytuacji życiowych, którą zamierzam Wam teraz przedstawić. Tak więc 22 lata poznałam pewną kobietę, która była w tamtym momencie w bardzo podobnej sytuacji życiowej jaka mnie wtedy spotkała, zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo często spędzałyśmy razem czas, ja w tamtym momencie byłam w ciąży z moim 3 synem, było mi bardzo ciężko gdyż wiedziałam już wtedy, że mój obecnie ex małżonek mnie oszukuje, koleżanka była dla mnie wielkim wsparciem przed i po porodzie. Została chrzestną mojego wtedy najmłodszego syna, bardzo często bywała u mnie w domu, spędzałyśmy razem miło czas, wydawało mi się że wszystko jest super, ale do czasu. Gdy mój syn miał jakieś pół roku moja wtedy najlepsza koleżanka została u mnie na noc z dziećmi (miała dwie córeczki 4 i 6 lat), w nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy, wstałam zaniepokojona aby sprawdzić co się dzieje i to co zobaczyła zaparło mi dech w piersi, (w tamtym czasie mój ex spał już w pokoju syna) w pokoju z którego dochodziły dziwne odgłosy spała moja koleżanka wraz ze swoimi córeczkami, ale gdy tam zajrzałam nie była sama, w najlepsze zabawiała się z moim jeszcze wtedy ślubnym, w tamtym momencie najchętniej złapałabym ją i wyrzuciła za drzwi, ale była 4 nad ranem i nie mogłam, nie miałam sumienia wyrzucić dwójki małych dzieci na ulicę, nie wiem jakim cudem udało mi się spokojnie wytrzymać do czasu kiedy dziewczynki wstały, zjadły śniadanie i całkiem spokojnie z mamą opuściły mój dom. Tak to zakończyła się moja „przyjaźń” z tą kobietą, od tamtej pory praktycznie nie mam z nią żadnego kontaktu, próbowała przepraszać, tłumaczyć się jakoś jednak dla mnie żadne wytłumaczenie nie było jej usprawiedliwieniem, wtedy bardziej zabolała mnie jej zdrada niż zdrada mojego ex. Na Pierwszą Komunię mojego syna wysłaliśmy jej zaproszenie jednak się nie zjawiła, po latach mój żal do nie minął, a chciałam by matka chrzestna mojego dziecka była na jego święcie, jednak chyba wstyd za to co zrobiła jej nie pozwolił aby stanęła ze mną twarzą w twarz, mimo iż wiedziała że już dawno jestem po rozwodzie (od swojej siostry) to nie odezwała się do mnie do tej pory, z jej siostrą mam luźny kontakt przez FB ale na jej temat nie dyskutujemy, jeśli ona nie chce mnie znać choć minęło już tyle lat ja się prosić nie będę, nie potrzebne mi takie osoby w moim otoczeniu, zawsze w życiu stawiałam na uczciwość i wiele z tego powodu wycierpiałam, jednak mimo wszystko uczciwość jest dla mnie najważniejszą cechą ludzką i tylko takimi ludźmi staram się otaczać. Pozdrawiam serdecznie!!!

Otagowane:  

Ciąża urojona….

Dodano 10 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć historię mojej chrześnicy, a co za tym idzie najmłodszej córki mojej teściowej. Mamy maj roku 2005 zostaję zaproszona na ślub, nie miałam pojęcia że w ogóle panna ma jakiegoś chłopaka, gdyż po rozwodzie już prawie nie utrzymywałam kontaktów z moja teściową, jedynie na urodziny mojej chrześnicy, a to było w sierpniu zeszłego roku, a wtedy to jeszcze o niczym nie było wiadomo. Ślub cywilny jak ślub potem małe przyjęcie, o dziwo w mieszkaniu chłopaka, a w sumie jego rodziców i była to jedna wielka pomyłka, bo nawet na święta w prawie każdym polskim domu jest więcej na stole, zero alkoholu (choć ja nie piję), atmosfera nijaka i dość szybko opuściliśmy  to przyjęcie, jednak kilka chwil rozmawialiśmy no i jakoś tak pochwaliłam się, ze jestem w ciąży. Panna młoda wtedy stwierdziła, że też już planują dziecko, ale jeszcze nie jest w ciąży. Normalne jak się zawiera małżeństwo myśli się o dziecku, ja niestety miesiąc później poroniłam i życie toczyło się dalej. Na początku następnego roku doszły mnie słuchy że moja chrześnica jest w ciąży i jakoś w październiku będzie rodzić, ucieszyłam się jednak sama zajęta własnym życiem nie bardzo miałam czasu aby ich odwiedzić, zbliżał się sierpień i urodziny Doroty i jak co roku chciałam się do niej wybrać, dowiedziałam się że jej małżeństwo się rozpadło, a ona uciekła do mamusi podobno mąż ją bił i znęcał się nad nią, więc chciał czy nie chciał poszłam do domu mojej teściowej. Przyszła matka wyglądała na kobietę w 7-8 miesiącu ciąży, nic nie wskazywało tragedii, mijał czas, mieliśmy już listopad a ona dalej w ciąży, zaniepokojona pytam się teściowej co mówi lekarz, w odpowiedzi słyszę ze się pomylił i termin jest na grudzień. Ja wtedy byłam już w ciąży z moim najmłodszym synkiem, ale nic im nie mówiłam, bo w końcu co ich to obchodzi. Nie odwiedzałam teściowej jednak wiedziałam co się tam dzieje bo jeszcze wtedy moi chłopcy odwiedzali babcię, mijają kolejne miesiące a Dorota dalej w ciąży, spuchnięta, z ogromnym brzuchem, a dziecka nie widać. Zdenerwowana całą sytuacją już w widocznej ciąży udałam się do domu teściowej, w sumie spędziłam tam parę minut bo to co usłyszałam po prostu mnie powaliło z nóg, na moje pytanie czy Dorota w ogóle była u lekarza usłyszałam ależ oczywiście i wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale lekarz się pomylił. Ile razy i o ile miesięcy może pomylić się lekarz. Gdy w czerwcu 2007 urodził się mój synuś, a moja chrześnica dalej była w ciąży, nie miałam już żadnych wątpliwości, że to ciąża urojona, już prędzej pytałam się mojego lekarza co zrobić z tym fantem, powiedział mi że tutaj tylko psycholog jest w stanie pomóc, więc nawet nie przekazałam tego mojej byłej teściowej wiedząc, że to i tak do niej nie dotrze. Było mi bardzo żal Doroty, ale nic nie mogłam dla niej zrobić, ostatni raz widziałam ją w sierpniu 2007 ciągle w zaawansowanej ciąży, ona sama nie chciała o tym rozmawiać, według niej wszystko było w porządku. Wyjechałam z Polski, od moich synów dowiedziałam się, że w święta 2007 już nie była w ciąży, że dziecko urodziła się martwe, po 2 latach ciąży, a dziewczyna no niestety pozostała zdecydowanie gruba już do dzisiaj z tego co mi wiadomo. Przez ostatnie 8 lat widziałam ją raz jeden 4 lata temu i z tego co wiem to wiąże się z różnymi facetami, niestety zbyt często zagląda do kieliszka, zaniedbała swój wygląd i wygląda na zdecydowanie więcej lat niż ma, no cóż ja nie umiałam jej pomóc, matka miała ostatnie zdanie i w końcu dziewczyna też była już dorosłą kobietą. Nie mam pojęcia w jaki sposób rozwiązała się ta ciąża urojona, ale wiem jedno na pewno bardzo odbiło się to na psychice i wyglądzie młodej dziewczyny. I takim to sposobem moja „kochana” teściowa zniszczyła życie kolejnemu dziecku.

Otagowane:  

Problem, gdzie zamieszkają młodzi???

Dodano 4 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Jak to zazwyczaj bywa, odwieczny problem gdzie zamieszkają młodzi po ślubie, przecież dziecko w drodze, muszą mieć odpowiednie warunki. W mieszkaniu  mojej teściowej nie ma miejsca, a u mojego ojca jest więc decyzja zapadła. Tutaj zaczyna się problem, do czasu narodzin dziecka jest w miarę Ok, potem zaczynają się schodki, gdyż mój ojciec się we wszystko wtrąca, zdeterminowana postanawiam zamieszkać u teściowej, błąd, który jednak pokazał mi prawdziwe oblicze tej kobiety. Niby opiekuńcza, pomocna, ale awantury w domu na porządku dziennym, gdy jej mąż wraca z pracy pod wpływem alkoholu ( a zdarzało się to dosyć często), awantura gotowa, wrzaski, krzyki, latające talerze i człowiek w sumie niczego nie winien ląduje za drzwiami, gdyż ten człowiek owszem lubił wypić, ale zawsze był potulny jak baranek, to ona wszczynała awanturę z byle powodu, a sama nie wylewała za kołnierz, minimum raz w tygodniu alkoholowa libacja w domu oczywiście kończąca się awanturą. Jestem w 7 mcu drugiej ciąży, kolejna awantura, tym razem byłam zbyt blisko, mój teść sprowokowany przez wyzwiska zaczyna obrażać mojego ojca, wypominać że mieszkamy z nimi a on sam nawet nie mieszka w dużym mieszkaniu, które stoi puste, nie wytrzymuje i odzywam się w obronie, było nie było mojego taty i….. stała się tragedia, dziecko które nosiłam w łonie zmarło,(pisałam o tej sytuacji dokładniej w jednym z postów) nie wytrzymałam, uprosiłam ojca aby pozwolił mi wrócić do domu. W czasie zamieszkiwania pod jednym dachem z tą kobietą zginęły mi wszystkie kosztowności, ale winny niestety się nie znalazł, straciłam wszystko łącznie z zaufaniem, ale to dało mi do myślenia kim jest ta kobieta, potrafi być aniołem, a z drugiej strony wcielonym diabłem, nigdy nie przyznała mi racji, że winnym śmierci mojego dziecka był jej mąż, zawsze i wszędzie go broniła, a sama jechała po nim jak po psie, wyzywała, biła itp. Tak skończył się dylemat gdzie będą mieszkać młodzi i przygoda z mieszkaniem u teściowej.

Otagowane:  

Siedem osób, jeden pokój, cos z tym trzeba zrobić…..

Dodano 1 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak własnie mieszkała moja teściowa, 7 osób w jednym wcale nie wielkim pokoju w tym niemowle, a na dodatek mieszkanie nie posiadało łazienki, kibelek na korytarzu wspólnie z sąsiadami. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, ze nie sa to warunki do godnego mieszkania, ale to co zrobiła moja bohaterka….. Otóż na scianach wychodziła wilgoć więc trzeba było jej pomóc, moczyła ściany tak mocno, że doprowadziła do spięcia instalacji elektrycznej i groziło to pozarem, wezwane na miejsce słuzby zdecydowały o wyprowadzce rodziny do hotelu, tymczasowo, no to jeden krok do przodu. Teraz trzeba tylko wywalczyc odpowiednie mieszkanie, wyrzucali ja jednymi drzwiami, wchodziła drugimi i tak chyba z trzy tygodnie, mieszkajac w hotelu, wybrzydzała w proponowanych mieszkaniach, bo to, bo tamto, w końcu jednak znalazło się coś co jej się spodobało, 3 pokoje, kuchnia, ubikacja w domu, no łazienki brak, ale z tym umie sobie radzić, więc nie problem. Takim to sposobem dostała od miasta nowe lokum, oszustwem, płaczem ale i stanowczością, w tamtych czasach jeszcze podziwiałam tą kobietę za upartość w działaniu i dążeniu do celu jednak nie przypuszczałam ile złego może uczynic w moim zyciu..

Otagowane:  

Czy samotna matka może wychować syna……

Dodano 18 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ot, taka włąśnie mysl mi się nasunęła, czy samotna matka może wychować syna na porządnego człowieka, aby nie był tzw. „maminsynkiem”. Powiedzmy, ze mam troszkę w tym doświadczenia, pisze troszkę bo nie cały czas byłam samotną matką, ale jednak byłam i w tamtym momencie miałam do wychowania trzech, a nie tylko jednego chłopaka. Wiem, na pewno nie jest to łatwe każda matka stara się dbać o swoje dziecko, aby nic złego się mu nie przytrafiło, ale nie mozna tylko chuchać i dmuchać zwłaszcza na jedynaka. Mój najstarszy syn był wychowywany razem z ojcem do 14go roku życia i niestety przejął od niego najgorsze cechy charakteru, młodsi juz nie, nie zdążyli poznać aż tak dobrze swojego taty. Zawsze każdego z moich synów od najmłodszego uczyłam tego, że nalezy się dzielić tym co mamy, więc jeśli kupuję np batonika dla dziecka zawsze kupowałam również dla siebie, gdy nie było mnie na to stać i tak kupowałam dwa w obecności dziecka, jeden dla mnie drugi dla Ciebie i jakos udało mi się tak wykombinować, aby synek myslał że mama swojego zjadła a ten następny to już kolejny kupiony. Uczyłam chłopaków samodzielności, aby sami sprzątali swój pokój, aby sami robili sobie kanapki, a przede wszystkim szacunku dla drugiego człowieka i samego siebie. Starałam się być matką i przyjaciółką zarazem, zawsze chętnie wysłuchałam, ale nigdy nie narzucałam swojej woli nawet jeśli chodziło o naukę, cały czas im powtarzałam że uczą się dla siebie nie dla mnie i najważniejsze jest aby zdawali z klasy do klasy bez względu na wyniki, gdyż narzucanie musisz być najlepszy wcale nie wychodzi na dobre. Czasem chłopaki muszą dorosnąć, aby zrozumieć że wykształcenie jest ważne. Moi chłopcy zrozumieli to dopiero jako dorośli, bo sami wybierali takie szkoły byle szybciej skończyć, ale potem wkraczając w dorosłe życie stwierdzili, że brak tego wykształcenia blokuje jakieś drogi, którymi chcieliby iśc, więc nadrabiali i wszyscy zdali maturę i coś tam jeszcze dalej. Ale z czego najbardziej się cieszę to to że są samodzielni, nie trzymają się maminej spódnicy, bo mamusia najlepiej gotuje, bo mamusia wszystko poda itp Sami potrafią utrzymać dom, ugotować, uprać itp Jednak jeśli mają jakiś problem zawsze do mamy, bo mama zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie pomoże, a i owszem staram się jednak nigdy nie mówię musisz, zawsze jest tak że ja doradze a Ty i tak zrobisz jak zechcesz, jeśli popełnią błąd i stwierdzą że jednak mama miała rację potrafią się do tego przyznac, ale nie mają żalu do mamy, wiem że mnie kochają i darzą ogromnym szacunkiem i sa moją dumą.

Otagowane:  

2013, czy ta 13 na końcu może być szczęśliwa? Chyba nie, a może jednak…. Zaczęło się od tego, że najpierw ja zostałam okradziona, skradli mi portfel w którym nie było wiele pieniędzy, ale wszystkie dokumenty, dowód, prawo jazdy, karta rezydenta, karty płatnicze itp, co ja teraz zrobię, nie mogę prowadzić auta, jedziemy więc z Mateuszem do Trafico czyli miejsca gdzie wydają prawa jazdy, aby się dowiedzieć co teraz można zrobić i jedyne co mogę zrobić bez innych dokumentów to złożyć wniosek o weryfikację moich uprawnień z Polski, gdybym zgłosiła prędzej posiadanie prawa jazdy dostałabym papierek i mogłabym prowadzić auto, na wszelki wypadek prosimy również o weryfikację uprawnień dla Mateusza czym jednocześnie poświadczamy jego uprawnienia. Jak na złość 2 tygodnie później w niewyjaśniony sposób ginie portfel Mateusza i teraz oboje jesteśmy bez dokumentów, na szczęście na podstawie doniesienia na policji Mateusz może prowadzić auto, bez tego nie można tu żyć. Co robimy, co możemy zrobić, przecież jakoś musimy zdobyć nowe dokumenty, mój dowód czeka w Polsce, ale musze się tam dostać tylko jak? Podróż do Madrytu z wielkimi przygodami udaje nam się otrzymać paszport tymczasowy, dla mnie na miesiąc, (bo miałam właśnie w planach lot do Polski) dla Mateusza na pół roku gdyż dopiero wtedy miał tam być. Krok do przodu możemy wyrobić wszystkie pozostałe dokumenty, po pół roku mam w końcu prawo jazdy już hiszpańskie wydane na 10 lat. Na szczęście na tych przygodach skończyły się złe sytuacje z 2013 roku,a dobra wiadomość przyszła trochę nieoczekiwanie, trochę się jej spodziewaliśmy. Mój średni syn się żeni, we wrześniu lecimy na wesele i co w tym wszystkim najciekawsze Mateusz występuje w roli ojca, taka jest wola mojego syna i jego przyszłej żony, własnego biologicznego ojca nie chce znać, nigdy więcej nie chce go widzieć. No, a u nas znowu ciut ciężka sytuacja finansowa, warsztat w którym pracował Mateusz upadł, został zamknięty, jednak mój w 100% zaradny partner daje radę, pracuje całymi dniami jeżdżąc do klientów, których jako dobry fachowiec odebrał tym dla których pracował po 3 miesiacach takiej pracy postanawiamy wynając garaż, gdzie będzie prościej pracować i tak pracuje do tej pory, teraz ma już tylu klientów, że od roku pracuje z kolegą, albo lepiej wspólnikiem, nie ma z tego może wielkiego majątku, ale da się żyć. Weselisko w Polsce, było udane, ale o tym napiszę kiedy indziej jako ciekawostka, osobne wydarzenie z mojego życia…

Otagowane: