No to zostałam okrzyknięta zawodową oszustką…..

Dodano 28 czerwca 2017, w Problemy, Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Witam, dzisiaj spotkała mnie super opinia na mój temat, zostałam okrzyknięta zawodową oszustką, a tylko dlatego że musiałam zadbać o swoje interesy. Pisałam w jednym z poprzednich wpisów jak kulturalnie potraktował mnie Pan X dla którego pracowałam, otóż miałam jedno mieszkanie wynajęte na moje nazwisko z którego korzystał Pan X dla swoich pracowników i właśnie jeden z nich opuścił mieszkanie więc wymieniłam zamki w drzwiach bo oczywiście kluczy mi nie oddał aby nie wprowadził nikogo innego bo to ja prawnie odpowiadam za to mieszkanie przed właścicielem, a dzisiaj żona Pana X zrobiła mi karczemną awanturę za to że zabrałam im dostęp do mieszkania (gdzie dwa dni prędzej pytała się mnie czy musi się dalej martwic tym aby za nie płacić, więc jej odpowiedziałam że tym już nie musi się martwić) i powiedziała mi w oczy ze jestem oszustką bo nic innego nie zrobiłam tylko ich oszukiwałam to mieszkanie na swoje nazwisko, ich sprawa i właściciela, nie moja właściciel mieszkania ma prawo zrobić co chce z tym mieszkaniem tylko aby potem nie żałował podjętej decyzji, bo ja osobiście słabo to widzę ale na szczęście to już nie mój problem. Odnośnie Pana X mam jeszcze wiele sytuacji do opisania ale to wszystko z czasem postaram się napisać.

Otagowane:  

Witam serdecznie po bardzo długiej przerwie, jakoś nie miałam czasu ani nastroju na pisanie bo życie toczyło się spokojnym torem i w sumie nie było za bardzo co pisać. Jednak w ostatnim czasie sporo sie wydarzyło w moim życiu zarówno dobrego jak i złego.

Tak jak napisałam w tytule wpisu Teneryfa jest przepięknym i spokojnym miejscem dożycia, ale nie jest to miejsce gdzie w krótkim czasie można się dorobić, niestety nie do wszystkich to dociera. Zacznę więc od początku, jakoś pod koniec zeszłego roku mój małżonek poznał pewnego człowieka, który chciał otworzyć z nim biznes i zaczęliśmy rozmowy, poszukiwania miejsca itd. Wkładając całą moją wiedzę i serce udało mi się znaleźć duży lokal za niewielkie pieniądze, aby otworzyć warsztat elektryczno-mechaniczny. Człowiek z którym rozmawiałam przez skypa wydawał się bardzo rozsądnym i inteligentnym człowiekiem, zakreśliłam mu wszystkie możliwości pracy tutaj i jak to mniej więcej wygląda. Mój mąż w tamtej chwili miał jeszcze własną działalność, ogromną bazę klientów, jednak koszty utrzymania firmy są tutaj bardzo wysokie i bez dobrego, oficjalnie otwartego lokalu nie bardzo się da na to wszystko zarobić, więc rozmowy potoczyły sie w tym kierunku. Pan X (tak go nazwę) zaproponował mi na wstepie umowę o pracę, abym prowadziła całą dokumentację firmy, obsługę klienta i tłumaczenie, zgodziłam się ponieważ widziałam w tym przyszłość zarówno dla mnie jak i dla mojego męża. Nie bardzo było nas stać na samodzielne otwarcie takiego warsztatu, więc jeśli ktoś się zaoferował do współpracy, że wyloży kasę i będziemy pracować aby spokojnie żyć i powoli odrabiac to co włożył nam to pasowało. Mąż zrezygnował z autonomo, gdyż miał zostać zatrudniony jako mechanik w nowo otwartym warsztacie, pod nieobecność (jeszcze był w PL) Pana X załatwiłam wynajęcie lokalu, znalazłam bardzo taniego inżyniera, który przygotuje cały projekt i wszystkie inne sprawy związane z licencjami i otwarciem. Tak dla porównania, znajomy za projekt i licencje za lokal około 60-70 metrów zapłacił inżynierowi około 3500 euro, ja znalazłam takiego który za to samo tyle że lokal 500 metrów chciał tylko 2000 euro.

Oprócz lokalu załatwiłam Panu X mieszkanie z 3 sypialniami, nad samym warsztatem (ok 120 metrów) za zaledwie 500 euro w tym wliczone wszystkie opłaty (prąd i woda), ponadto załatwiłam drugie mieszkanie z dwoma sypialniami za 410 euro dla pracownika bo miał przyjechac z super elektrykiem samochodowym. Wszystko było gotowe, lokal, mieszkania a nawet na poczatek dałam im od siebie, kubki, talerzyki i inne rzeczy do kuchni niezbędne na początek. Wiadomo, że odnośnie lokalu nie mogłam zrobić nic więcej oprócz wynajęcia bo aby zacząć działać potrzebna jest na miejscu osoba za to odpowiedzialna i oczywiście otwarta firma.

No i na początku marca zjawił się Pan X razem z żona i dzieckiem, na początku wszystko było super, jeździłam z nimi, załatwialiśmy sprawy związane z otwarciem firmy, dokumenty, konto bankowe itd. Według projektu trzeba było troszkę zmodyfikować lokal bo inaczej byłby bardzo wysokie koszty pociągnięcia instalacji przeciwpożarowej, ale wszystko zostało uzgodnione , co i jak i inżynier pracował nad projektem, mój mąż razem z nowo przybyłym elektrykiem zajowali się naprawą samochodów, niestety okazłao się że nie jest to żaden super elektryk ale samouk i praktycznie z czasem wszystkie auta, których się dotknął wróciły na poprawkę, a człowiek pieniądze skasował, ale niestety w momencie gdy auta zaczęły wracać jego już na wyspie nie było, nie wytrzymał nawet miesiąca, bo miał obiecane przez Pana ZX, że zarobi na początku minimum 1500 a nawet 2000 euro, a tutaj niestety to nie realne nawet przy najlepszych wiatrach.

Pan X chciał się pokazać z jak najlepszej strony i oczywiście na początku szastał pieniędzmi na prawo i lewo kupując do warsztatu kompletnie nie potrzebne rzeczy, które kosztowały sporo, ale się dublowały gdyż mój mąż to wszystko już miał. Właścicielką firmy jest żona Pana X, ale jak wyszło z czasem nie ma nic do powiedzenia widnieje tylko na papierze. Mieliśmy mieć z męzem umowy o pracę już w marcu, ale wszystkie sprawy z otwarciem firmy trochę się przeciągały jak to na Teneryfie bywa i zostało uzgodnione, że umowy bedą o kwietnia, nie widzieliśmy w tym żadnego problemu w końcu chodziło nam bardziej o spokojną pracę a nie o sam papier, który choć ważny to jednak nie najważniejszy.

Cały styczeń, luty i marzec stawałam na głowie, aby wszystko było jak najlepiej, nie upomniałam się o zapłatę bo wiadomo początek itp, Pan X zapłacił za marzec i kwiecień za moje mieszkanie (po 500 euro za mc) więc jakoś tam się dogadamy. Od kwietnia zaczęliśmy w miarę normalną pracę ale przy drzwiach zamkniętych ponieważ przygotowanie lokalu do otwarcia tutaj nie jest zbyt prostą i szybką sprawą, trzeba było położyć całkowicie nową instalację elektryczną, elektryk którego polecił Pan X zaśpiewał sobie za tę usługę 7000 euro, no bardzo dużo niestety znalazłam takiego, który zrobił dokładnie to samo za zaledwie 2300 euro, jednak jak się potem okazało ja wszystko robiłam źle. Pierwsze problemy zaczęły się już na  początku maja, już zaczęły się gadki że on nie będzie wykładał ze swojej kasy na wynajęcie lokalu i mieszkań. Pytając się o moją wypłatę za kwiecień Pan X juz miał wielki problem, aby cokolwiek wypłacić bo musi zapłacić za lokal, mieszkanie itp ale jeszcze było w miarę poszłam na ugodę że za kwiecień moją wypłatą będzie 500 euro za mieszkanie i opłata tutejszego ZUS od umów o pracę ponieważ warsztat jeszcze zamknięty a my z mężem mamy już umowy. Oczywiście co do umów już na początku kwietnia były kłótnie, gdyz Pan X stwierdził, że to ja sama się zatrudniłam bo on o tym nic nie wiedział, ale mojego męża to już zatrudnił, stale miał jakieś pretensje tylko do mnie bo moja praca niestety nie przynosiła mu żadnego zysku. Kupując cześci w sklepach uzyskał na dzień dobry bardzo wysokie upusty jakby to powiedzieć w spadku po moim męzu, ale dla niego to wszystko było za mało, on chciał na częściach zarabiać minimum 50% a to jest jawne oszukiwanie klientów, tak samo za pracę chciał kasować nie wiadomo ile, bo niestety pieniądze mu się skończyły, a opłaty trzeba robić.

Cały maj minął praktycznie w bardzo nerwowej atmosferze, ale pracowałam robiąc wszystko jak najlepiej umiem aby wszystko było czytelne i jasne do zrozumienia, oczywiście Panu X nic nie pasowało, wszystko robię źle, nic nie umiem, nie znam języka, nie umiem tłumaczyć ot nie umiem nic i na początku czerwca stwierdził, że nie zapłaci mi za moją pracę ani centa i jeśli chcę pracować to mam pracować za darmo, tylko za to że mam umowę o pracę, więc nie wiele się zastanawiając zabrałam wszystkie moje rzeczy i się wyniosłam, mało brakowało aby mnie uderzył chcąc wyrwać mi klucze i moje notatki, ale miał szczęście że się wywinęłam,  był to piatek w poniedziałek poszłam do lekarza i dostałam zwolnienie lekarskie, tego samego dnia żona Pana X pytała mnie co może zrobić abym nie zgłaszała sprawy do żadnych inspekcji, powiedziałam jej wyraźnie że oczekuję wypłaty za maj i kontynuację kontraktu przez miesiąc aby mieć prawo do pomocy, której mnie w tym momencie pozbawili zawierając ze mną umowę o pracę, niestety następnego dnia Pan X zaciągnął swoją żonę z jakimś tłumaczem do księgowego i z wielkim zadowoleniem po powrocie do warsztatu zakomunikował mojemu męzowi, że zostałam zwolniona i nie musi mi nic płacić, oj tutaj się bardzo pomylił albo miał tak wspaniałego tłumacza. Tego samego dnia na szczęście poszłam do księgowej i dostałam wszystkie dokumenty dotyczące mojego zwolnienia, które podpisałam z adnotację że się z tym nie zgadzam ponieważ nie zostały mi wypłacone pieniądze. Panu X w tym momencie oprócz wypłaty za maj doszło jeszcze do wypłacenia około 500 euro, za 5 dni czerwca, 5 dni urlopu i odszkodowanie za rozwiązanie kontraktu na stałe, ale niestety nie poczuwa się do tego że trzeba to zapłacić. Mój małżonek też jest bardzo już zmęczony całą sytuacją i tylko czeka aż Pan X go zwolni, przez tydzień czerwca nie pracował i w tym czasie do warsztatu przyjechał aż jeden klient ponieważ wszyscy klienci przyjeżdżają do mojego męza a nie do warsztatu, a to Pana X bardzo denerwuje, ściągnął drugiego mechanika z PL któremu również obiecywał 2000 euro wiedząc dobrze, że to nie możliwe, do dnia dzisiejszego nie wypłacił mojemu mężowi całej pensji, twierdząc że nie ma kasy. Ja nie zastanawiając się wiele złożyłam doniesienie do inspekcji pracy i w tym wypadku Pan X ma dwa wyjścia, albo dobrowolnie zapłaci mi wszystko co mi się należy, albo w przeciwnym wypadku sprawa przeciwko jego żonie trafi do sądu. Do dnia dzisiejszego nie otworzył jeszcze drzwi warsztatu, bo wszystko nie jest załatwione, nikt nie umie obsługiwać programu do fakturowania, jeden wielki bałagan ale mnie to już nie interesuje. niech robi co chce, żal mi tylko że mój mąż musi się jeszcze z nim użerać,

Przepraszam za chaotyczny wpis, ale chcialam to wyrzucić z siebie, jutro napiszę co dobrego wydarzyło się w tym czasie w moim życiu :)

Otagowane:  

Czyja to wina? Druga strona medalu.

Dodano 12 października 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Cofam się o 30 lat. Jako 19latka jestem w ciąży, niechcianej, nieplanowanej ale cóż jestem. Pisałam już o tym prędzej, teraz jednak postanowiłam napisać o tym z innego punktu widzenia, z innej perspektywy, na zimno bez emocji które wtedy mną targały.

Był rok 1985 w domu mam małe dziecko i kolejne w drodze. Z jednej strony byłam przerażona z drugiej zaś cieszyłam się choć bałam się bardzo, moja rodzina nie licząc męża nic nie wiedziała, było mi wstyd, jednak w tamtych czasach środki antykoncepcyjne były słabo dostępne, a prezerwatywa była dla mojego męża czymś czego się nie używa, ale nie o to mi chodzi, dotrwałam do 32 tygodnia ciąży, nie było wtedy jeszcze żadnych specjalistycznych badań, nie było USG i niby wszystko było w porządku. Jadę z bólami do szpitala, na izbie przyjęć wołają aby się spieszyć ale wszystko dobrze, ciekawostka no ale każdy ma prawo się pomylić. Na sali porodowej dosłownie wypluwam maleńką dziewczynkę, niestety nie słychać płaczu, położna z bardzo smutną miną informuje mnie, że córka nie żyje. Był to dla mnie ogromny szok, gdyż zawsze moim pragnieniem była córeczka. Z sali porodowej trafiam na oddział izolacyjny, gdzieś tam usłyszałam że dziecko nie zyje od tygodnia i miałam szczęście że akcja rozpoczęła się sama, bo inaczej mogłoby to się źle dla mnie skończyć.

Jakie z tego mozna wyciągnąć wnioski? Teraz całkiem na chłodno i po wielu doświadczeniach różnie się to odbiera. Wtedy nie zrobili nawet sekcji, nie można było stwierdzić powodu śmierci dziecka, jedyn fakt to było to że nie żyje, a może tak właśnie musiało być, może była tak bardzo chora że zmarła w łonie, mnóstwo pytań i brak odpowiedzi, być może gdyby była możliwość zrobienia wszystkich badań jakie w tej chwili są przeprowadzana możnaby było stwierdzić wcześniej że dziecko nie ma szans na przeżycie, że jest poważnie chore czy cokolwiek innego, gdybym wiedziała prędzej na pewno bym usunęła ciążę, byłby to dla mnie zdecydowanie mniejszy ból, gdybym nie znała płci dziecka, nie męczyłabym się tyle czasu, bo wbrew pozorom ciąża męczy choć cieszy i zdrowe silne dziecko rekompensuje cały ten ból, całe to zmęczenie.

Kolejną córkę urodziłam poprzez CC w rok i 2 mce później i tu też nie dane mi było cieszyć się zdrowym dzieckiem, być może nie byłam nigdy w stanie urodzić zdrowej, silnej córki jednak tego nie wiem. Moja maleńka córeczka zmarła w 3 dobie, tym razem jednak podobno zrobili sekcję i stwierdzili bardzo poważną wadę serca, która nie pozwoliłaby dziecku żyć, więc mimo wszystkich innych okoliczności i tak ta maleńka istotka byłaby skazana na śmierć, wtedy wyparłam z siebie te słowa, nie chciałam o nich pamiętać, bo strata kolejne córki bolała dużo bardziej.

Tak jak napisałam już wyżej gdybym miała możliwość i wiedziała na początku ciąży o tym że moje dziecko nie ma szans na życie usunęłabym, ale nie miałam takich możliwości, urodziłam i cierpiałam bardzo.

Bardzo mnie cieszy obecna technika i możliwości sprawdzenia jak rozwija się płód, czy ma szanse na normalne życie, czy ma szansę na to by cieszyć się tym życiem. Zdecydowanie większą traumą dla matki jest urodzić i zaraz stracić, niż podjąć decyzję o usunięciu rozwijającego się płodu, który nie ma szans na życie i szczęście, bywa że ma szanse na życie tylko pytanie jakie? Czy leżenie całe życie na łóżku, bez możliwości bycia samodzielnym to jest to czego byśmy chcieli dla swojego dziecka, raczej nie, raczej nikt nie chce takiego życia.

Otagowane:  

To może przydażyć się każdemu z nas – rodziców!

Dodano 3 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

     Bardzo długo zastanawiałam się czy dodać ten wpis czy nie, jednak w końcu zdecydowałam że napiszę dlaczego tak długo nie dodawałam nic konkretnego, dlaczego nie czytałam innych blogów.

Otóż wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące temu, zaczęły do mnie dochodzić słuchy, że coś złego dzieje się z jednym z moich synów, że rozstał się z dziewczyną z którą mieszkał od 4 lat, że wyprowadził się nie wiadomo gdzie i że wpadł w nieciekawe towarzystwo. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, gdyż zawsze uważałam chłopaka za bardzo rozsądnego i myślącego realnie.

     Pewnego wieczoru jednak okazało się, że to wszystko prawda, a co gorsze to najprawdopodobniej oprócz tych wszystkich złych wiadomości to nie dość, że wyprowadził się do jednej z najgorszych i najniebezpieczniejszych dzielnic Torunia to jeszcze zaczął brać narkotyki. To ostatnie to jednak było tylko podejrzenie, a nie sprawdzony fakt, szczerze ciężko mi było w to wszystko uwierzyć. Dziewczyna mojego syna była załamana, nie wiedziała co robić, jak mu pomóc wydostać się z tej sytuacji, poprosiła mnie o pomoc. Jednak w sumie cóż ja mogę na odległość?

      Rozmawiając z synem poprzez Facebooka wyczuwałam w jego głosie dziwne zachowanie, również podczas pisania jego wypowiedzi były niespójne, chaotyczne i czasami pozbawione sensu. Na każdą moją, nawet najmniejszą krytykę zaraz się obrażał.

Postanowiłam zafundować mu wycieczkę do mamy, na Teneryfę. Jak postanowiłam tak i zrobiłam kupiłam bilet w obie strony na 10 dni, aby go rozgryźć, aby się czegoś dowiedzieć, aby w jakikolwiek sposób pomóc.

Przyleciał, po pewnych problemach z dotarciem na lotnisko ale to mało ważne, najważniejsze że był. Ucieszyłam się bardzo choć na dzień dobry o mało nie poznałam syna, wychudzony, zakatarzony dosłownie cień człowieka, jednak on twierdził że wszystko jest w porządku i że przed wyjazdem pogodził się ze swoją dziewczyną, że wszystko już zrozumiał i teraz już będzie tylko dobrze. Zbił mnie tymi słowami z tropu, więc nie drążyła tematu ponieważ każdego wieczoru bardzo długo i  normalnie rozmawiał ze swoją dziewczyną za pomocą skypa, byłam zadowolona, że wszystko wróciło do normy. Widać było, że jest szczęśliwy i nie może doczekać się powrotu do ukochanej, ale jak się później okazało to wszystko było chyba tylko na pokaz, aby mama nie marudziła, aby nie drążyła tematu.

Po 10 dniach chłopak wrócił do Polski przez jeden dzień wszystko było super, jednak następnego dnia pojechał niby po swoje rzeczy i już nie wrócił, łaskawie napisał tylko smsa do dziewczyny, że to koniec. W tym czasie ja z moim partnerem i najmłodszym synkiem byliśmy w Szkocji i w sumie niewiele mogłam zrobić, na dniach mój starszy syn z żoną i córeczką mieli wyruszyć do nas na Teneryfę więc też nic nie mógł poradzić na zachowanie młodszego brata.

Wróciliśmy z wycieczki do domu gdzie czekała już na mnie rodzina, cieszyła się bardzo z nadchodzących świąt i z tego że spędzę je razem z wnusią i jej rodzicami, ale jednak nie przestawałam się martwić o młodszego chłopaka. Co będzie robił na święta? Czy się ogarnie i wróci do mimo wszystko czekającej  na niego dziewczyny? Pytania i brak odpowiedzi nie dawały mi spokoju, tym bardziej że z Polski wcale nie było ciekawych wiadomości.

Nadeszły święta, mój syn obrażony na cały świat, nie zauważał życzeń mu składanych twierdząc, że wszyscy o nim zapomnieli. Doniesienia o tym, że bierze narkotyki stawały się coraz bardziej pewne, a ja popadałam w coraz większą nostalgię i taką jakby niemoc, przecież nie mogłam nic zrobić, w żaden sposób pomóc.

  Nadszedł czas kiedy dzieciaki musiały już wracać do domu czyli ostatni dzień starego roku, mój młodszy syn informuje mnie że tę noc ma zamiar spędzić ze swoją dziewczyną, ale co się jednak okazuje tak się nie stało. Po raz kolejny mnie okłamał, choć przedtem nigdy tego nie robił, zawsze był szczery i uczciwy.

Nowy rok przynosi tragiczne wiadomości, podobno został złapany w sklepie na kradzieży choć oczywiście wszystkiego się wypiera, na domiar tego wszystkiego dostaję wiadomość że rozbił samochód, gdzie za miastem dachował i wylądował w rowie. Jedyną dobrą w tym wszystkim wiadomości to było to, że nikomu nic się nie stało podczas tego wypadku. Po tym wypadku wrócił mieszkać do swojej dziewczyny, jednak jego zachowanie wymagało wiele do życzenia, znikał gdzieś na całe dnie, dom traktował jak stołówkę i hotel mimo to jego dziewczyna miała anielską cierpliwość, aby to wszystko znosić gdyż bała się o niego, aby nie zrobił nic głupiego.

     Pewnego dnia pojechał do „kolegów” najprawdopodobniej po pieniądze na ratę w banku (gdyż był na tyle głupi iż pobrał coś dla kolegów na raty) i co się okazało to nie dość, że nie dadzą mu żadnych pieniędzy, że sam ma się martwić o swoje kredyty to jeszcze go pobili i zniszczyli auto, który na dodatek wracając do domu (za zbite lusterka i światła) dostał mandat jakby mało miał na głowie. Jednak jakby to większość powiedziała „ma czego chciał” albo „a nie mówiłam”.

Po tej nauczce, którą otrzymał od swoich pseudo kolegów chyba coś dotarło do tej opustoszałej głowy, zaczął myśleć jednak powoli, przestał jeździć nie wiadomo gdzie, przestał brać jakiekolwiek narkotyki (przynajmniej na to wskazuje zachowanie i wygląd), w ciągu tygodnie znalazł pracę na razie na umowę 3 miesięczną, a czy przedłużą to zależy już tylko od niego. Od tygodnia pracuje i widać, że próbuje naprawić swoje błędy, jednak mimo wszystko twierdzi że był zbyt dobry, nie widzi w sobie winy, a to źle niestety. Mam jednak nadzieję, że z czasem wróci ten kochany i rozsądny chłopak który wyjechał z Teneryfy, aby zamieszkać z dziewczyną w Polsce.

Tak w wielkim skrócie opisałam problem który mnie dotknął, a nigdy nie przypuszczałam że właśnie mnie może spotkać coś takiego, teraz jednak myślę że każdego może to spotkać nawet jak się najbardziej dba o dzieci.

Otagowane:  

Na kogo głosować?

Dodano 22 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Wielkimi krokami zbliżają się wybory (chciałam już pisać słowo wybory i jakimś cudem nacisnęłam sama nie wiem na co i wyłączyłam sobie przeglądarkę, chyba coś nie chce abym się mieszała w wybory), pełno tego wszędzie gdzie się nie obejrzymy, internet szaleje, prasa i telewizja też i dylematy na kogo głosować, a dlaczego na tą właśnie partię, pewnie gdybym była w Polsce miałabym ten sam problem, bo daleko mi do polityki. Jednak na moje szczęście na wyspie nie zorganizowano żadnego lokalu wyborczego dla Polaków, a przecież nie będę specjalnie lecieć 3000km do Madrytu, aby oddać swój głos, nie dość że bym straciła cały dzień, to jeszcze kupę kasy i na kogo? Jak tu nawet nie wiadomo na kogo głosować, przekrzykują się, obiecują „gruszki na wierzbie” a potem z tych obietnic nici i pokażą nam:

Więc na kogo głosować? Szczerze, nie mam pojęcia, ale tez nie mam problemu….

Otagowane:  

Przecież każda matka kocha swoje dziecko, ale czy na pewno?

Dodano 14 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ciut długo mnie nie było, ale tak czasem bywa jednak nie zatrzymała mnie praca czy nadmiar obowiązków, a obietnica której musiała dotrzymać, bo taka już jestem jak coś obiecuję to staję na głowie, ale musi być jak powiedziałam i udało mi się na szczęście choć pochłonęło sporo czasu. Jednak wróćmy do tematu, czytając dzisiaj wpis pewnej bardzo młodej mamy http://sercabiciem.blogujaca.pl/ jak pięknie opisywała miłość i oczekiwanie do swojego dziecka przypomniała mi się historia życia mojego obecnego partnera i matki jego dzieci.

Pierwsze jego dziecko to zwyczajna wpadka, choć po czasie można powiedzieć, że został wrobiony w dziecko, gdyż jego partnerka niestety „robiła” sobie dzieci by żyć na ich koszt, ale cóż urodziła się śliczna córeczka którą kochali oboje jednak po półtora roku na świecie zjawił się pierwszy syn tej kobiety, zaraz po urodzeniu nie był ślicznym niemowlakiem i jej pierwsza reakcja była: „Ja nie chcę go oglądać” i niby zajmowała się dzieckiem ale z wielką niechęcią, gdy chłopiec miał 3 miesiące pojechała niby do pracy do Niemiec zostawiając dwójkę maleńkich dzieci i swoją 7 letnią córkę z pierwszego związku pod opieką ojca, zajmował się całą trójką jak umiał najlepiej kochając bezgranicznie każde z tych dzieci.

Mamusia wróciła po roku do Polski i tu niespodzianka „z brzuchem” wpadła do domu rodzinnego ojca jej dzieci i stwierdziła, że zabiera córki, a syna może sobie zatrzymać, która matka tak postępuje? No cóż, sprawa sądowa na której kobieta wyrzeka się syna, po prostu stwierdza, że ona go nie chce i nigdy nie chciała, oraz że nigdy go nie pokocha. Z przyczyn niezawinionych przez ojca był moment kiedy nie mógł się zająć chłopcem, musiał zarabiać na jego utrzymanie, chwilami maluchem opiekowała się babcia.

Kobieta urodziła kolejnego syna, który tym razem był dla niej wszystkim, jakimś nie wyjaśnionym sposobem (mój partner nie umie mi tego wyjaśnić, sprzeczki rodzinne jej zdolność przekonywania) znowu zamieszkali razem i kolejne dziecko, tym razem córka, jego syn miał wtedy 5 lat. Kobieta rodzi córkę i rejestruje w USC na swoje nazwisko, a ojciec „nieznany” bo tak dostanie więcej kasy na dziecko. Ojciec dzieci pracuje poza domem, bywa w nim 2 razy w miesiącu po 2 dni, jednak gdy najmłodsza córeczka kończy 3 latka dochodzi do niego, że pracuje ciężko na dzieci, a „jego kobieta” co i rusz spotyka się z innymi facetami więc wyprowadza się do domu swojej matki, nie ma tam warunków do zabrania syna, który w domu matki jest niechcianym złem, wszystko co się zdarzy to jego wina, dziecko jest traktowane jak popychadło i jak to dziecko na swój sposób próbuje się bronić, matka nie interesuje się wynikami ani zachowaniem dziecka w szkole, po prostu jest to jest i tyle. I po pól roku od jego rozstania z matką swoich dzieci mój obecny partner wiąże się ze mną, zamieszkujemy razem jednak cały czas pracuje w delegacjach.

Kilka miesięcy później dostają zlecenie w naszym mieście więc przynajmniej pół roku będzie na miejscu i co się dziej, gdy matka jego dzieci orientuje się w sytuacji, pakuje syna i bez zbędnych ceregieli każe mu iść mieszkać sobie do tatusia, co miałam zrobić zgodziłam się bo przecież nie zostawię dziecka na ulicy. Starałam się jak mogłam, traktowałam go na równi z moimi dziećmi, jednak to był strasznie zbuntowany mały chłopiec, który w obronie zawsze kłamał, starałam się to zrozumieć i tłumaczyć dziecku, choć niestety odbierał to inaczej.

Wyjechał z nami za granicę. Był z nami 5 lat choć miał bardzo trudny charakter starałam się zawsze go zrozumieć i pomóc, niestety przekonywania „mamusi” były silniejsze obiecała mu złote góry i nie wrócił z wakacji w Polsce, miał wtedy 15lat, zamieszkał ponownie z matką, ale szczęście trwało krótko bo zaledwie pół roku i mamusia ponownie wyrzuciła go z domu bo nie było z niego żadnych korzyści materialnych, w międzyczasie „zrobiła” sobie kolejne dziecko z 18latkiem (39letnia kobieta). Chłopak poszedł mieszkać do cioci, która starała się aby jakoś dotrwać do ukończenia przez niego 18 lat, aby nie trafił do żadnego ośrodka, do ojca miał żal, nie wiadomo za co, obrażał i ubliżał, mnie obwiniał o rozpad jego rodziny, o to że zabrałam im ojca, nie będę już przytaczać słów jakimi określił mnie i swojego ojca bo każdy jest w stanie wyobrazić sobie do jakich słów jest zdolny obecny nastolatek.

Dopiero gdy chłopak skończył 18lat odezwał się do ojca normalnie jednak z jego ust nie padło słowo „przepraszam”, cóż ojciec mu wybaczył całe zło, ja nie umiem niestety bo jeśli on nie umie przeprosić za swoje czyny ja nie jestem w stanie ich wybaczyć, mój partner o tym wie i nie ma do mnie za to żalu, rozumie moje podejście do sprawy, obecnie chłopak ma 19 lat i mieszka w Anglii chce przyjechać do ojca na święta, ja powiedziałam wyraźnie, nie chcę go widzieć dopóki nie przeprosi, co będzie zobaczymy, czas pokaże, ale jak sami widzicie nie każda matka kocha swoje dziecko.

Otagowane:  

„Jaka ta dzisiejsza młodzież jest bezczelna!”

Dodano 6 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Jak dzisiaj oglądam telewizję i patrzę co wyprawia dzisiejsza młodzież to momentami, aż mnie ciarki przechodzą, ale cóż takie czasy. Jednak nie o tym chciałam pisać, patrząc na zachowanie dzisiejszej młodzieży przypomniała mi sie pewna moja przygoda sprzed lat. Miałam wtedy 28 lat więc jeszcze byłam młoda, a ze ponoć i teraz nie wyglądam na swoją 50tkę, więc wtedy tez nie wyglądałam na tyle ile miałam. Byłam wtedy w ostatnim miesiącu ciązy, była zima więc na sobie wiadomo kupa ciuchów, a nie zawsze na siedząco widać, że kobieta jest w ciązy. Tak więc musiałam gdzieś jechać środkami komunikacji miejskiej, wsiadłam spokojnie do tramwaju, a wręcz się wkulałam, bo ledwo już chodziłam, było wolne jedno, jedyne miejsce więc oczywiście usiadłam. Na następnym przystanku wsiadły dwie Panie w wieku około 50 lat, tak mi sie wydawało, nie były to staruszki, które nie mogły sobie postać, a ja szczerze nie mogłam stać, ale nie o to w tym chodzi. Tramwaj ruszył, Panie zatrzymały się przy mnie i byłam jedyną młodą osobą która spokojnie sobie siedziała z torebką na kolanach. Panie dyskutowały o różnych rzeczach, nagle jedna z nich niby mimochodem, oczywiście nie patrząc w moją stronę rzuciła:

„Jaka ta dzisiejsza młodzież jest bezczelna!”

Długo się nie zastanawiałam, podniosłam się z siedzenia i powiedziałam, bardzo grzecznie: „Proszę bardzo, niech Pani usiądzie”, kobieta spojrzała najpierw na moja twarz, potem zniżyła wzrok i zamurowało ją tak, ze z ledwością zdołała wybąkać: „Ale, ale to nie było do Pani”. Nie chciałam tego w żaden sposób komentować, bo nie było sensu, mam tylko nadzieje ze do kobieciny dotarło wtedy, że nie można tak ogólnikowo oceniać kogokolwiek, teraz jest to dla mnie śmieszna anegdota gdy przypomnę sobie minę starszej nie starszej Pani, to teraz mi się tylko śmiać chce.

Osobiście, nawet teraz gdy spędzałam wakacje w Polsce i byłam zmuszona do korzystania z komunikacji miejskiej zawsze starałam się ustąpić miejsca osobie, która wyglądala na taką, która musi usiąść z jakiegokolwiek powodu, choć sama mam problemu, aby stac dłużej w jednym miejscu, czasami znajdzie się człowiek który bardziej tego potrzebuje, ja w końcu nie jestem jeszcze taka stara, czasami i bardzo młody człowiek nie może stać na własnych nogach, gdy siedzi tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić, więc czasem lepiej dwa razy się zastanowić, zanim palniemy jakieś głupstwo.

Otagowane:  

Taka to refleksja wpadła mi po opublikowaniu ostatniego mojego wpisu i moim zdaniem nie możemy mierzyć każdego jedną miarą. Każdy facet jest inny i wbrew pozorom jak mówi przysłowie” Okazja czyni złodzieja” nie każdy z mężczyzn od razu zdradzi swoją ukochaną jeśli tylko trafi się okazja. Otóż będąc jeszcze w Polsce udzielałam się w Klubie Sportowym, wspominałam o tym we wpisie o żużlu, ale nie o tym chciałam pisać. Więc w grupie było wiele osób, mężczyźni, kobiety, pary i małżeństwa. Razem organizowaliśmy przeróżne spotkania związane z meczami, ale też towarzyskie na grilu czy tańcach i tak na pewnej z imprez dotarły do mnie słuchy, że jedna z koleżanek nota bene ponoć szczęśliwa mężatka bywająca na wszystkich spotkaniach razem ze swoim mężem uwodzi innych facetów. Nie bardzo chciałam wierzyć, aby była do tego zdolna, jednak po wszystkich moich przejściach wiem, że wszystko jest możliwe. Bawiliśmy się super, ja i mój partner, jednak w pewnym momencie wybuchła awantura bo ktoś doniósł mężowi owej Pani, że zachowuje się niestosownie i wtedy się dowiedziałam od mojego partnera, ze jemu tez robiła dwuznaczne propozycję jednak ją zbył, w to że spuścił ją na drzewo to wierzę, jednak zastanawia mnie czy powiedziałaby mi wtedy o tym gdyby nie wybuchła ta awantura, być może bo raczej nie ma przede mną tajemnic, jednak czasem nie mówi o wszystkim, ale wiem że nie wynika to ze złej woli ale z nadmiaru pracy i tego, że o takich błahostkach szybko zapomina i czasem przy jakiejś okazji to wychodzi, bo właśnie często dowiaduje się czegoś po czasie i jego zdziwienie wtedy jest najzabawniejsze, a co nie mówiłem Ci o tym, a myślałem że mówiłem, a czasem faktycznie mi powie, a ja wysłucham i zapomnę to będzie tak długo drążył temat, aż sobie przypomnę kiedy i gdzie mi o tym mówił. Ot taka refleksja.

Otagowane:  

„Najlepsza koleżanka, to męża kochanka”

Dodano 24 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak na początek to mam pytanie, czy zgadzacie się ze stwierdzeniem w tytule? Ja twierdzę, że coś w tym jest. Wiele razy spotkałam się z tym tematem w książkach, wszechobecnych teraz serialach, a zwłaszcza w serialu „Zdrady” emitowanym na Polsacie, kilka razy zdarzyło mi się obejrzeć ten serial i akurat ostatni odcinek przypomniał mi jedną z moich sytuacji życiowych, którą zamierzam Wam teraz przedstawić. Tak więc 22 lata poznałam pewną kobietę, która była w tamtym momencie w bardzo podobnej sytuacji życiowej jaka mnie wtedy spotkała, zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo często spędzałyśmy razem czas, ja w tamtym momencie byłam w ciąży z moim 3 synem, było mi bardzo ciężko gdyż wiedziałam już wtedy, że mój obecnie ex małżonek mnie oszukuje, koleżanka była dla mnie wielkim wsparciem przed i po porodzie. Została chrzestną mojego wtedy najmłodszego syna, bardzo często bywała u mnie w domu, spędzałyśmy razem miło czas, wydawało mi się że wszystko jest super, ale do czasu. Gdy mój syn miał jakieś pół roku moja wtedy najlepsza koleżanka została u mnie na noc z dziećmi (miała dwie córeczki 4 i 6 lat), w nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy, wstałam zaniepokojona aby sprawdzić co się dzieje i to co zobaczyła zaparło mi dech w piersi, (w tamtym czasie mój ex spał już w pokoju syna) w pokoju z którego dochodziły dziwne odgłosy spała moja koleżanka wraz ze swoimi córeczkami, ale gdy tam zajrzałam nie była sama, w najlepsze zabawiała się z moim jeszcze wtedy ślubnym, w tamtym momencie najchętniej złapałabym ją i wyrzuciła za drzwi, ale była 4 nad ranem i nie mogłam, nie miałam sumienia wyrzucić dwójki małych dzieci na ulicę, nie wiem jakim cudem udało mi się spokojnie wytrzymać do czasu kiedy dziewczynki wstały, zjadły śniadanie i całkiem spokojnie z mamą opuściły mój dom. Tak to zakończyła się moja „przyjaźń” z tą kobietą, od tamtej pory praktycznie nie mam z nią żadnego kontaktu, próbowała przepraszać, tłumaczyć się jakoś jednak dla mnie żadne wytłumaczenie nie było jej usprawiedliwieniem, wtedy bardziej zabolała mnie jej zdrada niż zdrada mojego ex. Na Pierwszą Komunię mojego syna wysłaliśmy jej zaproszenie jednak się nie zjawiła, po latach mój żal do nie minął, a chciałam by matka chrzestna mojego dziecka była na jego święcie, jednak chyba wstyd za to co zrobiła jej nie pozwolił aby stanęła ze mną twarzą w twarz, mimo iż wiedziała że już dawno jestem po rozwodzie (od swojej siostry) to nie odezwała się do mnie do tej pory, z jej siostrą mam luźny kontakt przez FB ale na jej temat nie dyskutujemy, jeśli ona nie chce mnie znać choć minęło już tyle lat ja się prosić nie będę, nie potrzebne mi takie osoby w moim otoczeniu, zawsze w życiu stawiałam na uczciwość i wiele z tego powodu wycierpiałam, jednak mimo wszystko uczciwość jest dla mnie najważniejszą cechą ludzką i tylko takimi ludźmi staram się otaczać. Pozdrawiam serdecznie!!!

Otagowane:  

Gril i spotkanie po latach…..

Dodano 21 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zorganizowanie grilla, czy to coś trudnego? No zapewne nie, jednak wszystko zależy od ekipy. Tak więc gdy spędzałam wakacje w Polsce w pewne słoneczne popołudnie z moją najukochańszą przyjaciółką postanowiłyśmy zorganizować grilla, oczywiście u niej w domu gdyż ma na to odpowiednie warunki, piękny ogród, ogromny stół osłonięty od słońca, jak to się mówi, żyć i nie umierać. Zaczęły się przygotowania, a więc pierwsze kto będzie? I tak oprócz mnie i mojej przyjaciółki będzie jej mąż, ma być druga moja najlepsza psiapsiółka i jeden z naszych wspólnych kolegów z podstawówki z żoną. umówiliśmy się mniej więcej na godzinę 16.00 jednak dom do którego jechałam jest kilka kilometrów poza miastem więc z Torunia zabieram moją druga przyjaciółkę i jeden z moich chłopaków zawozi nas na imprezę. Przyjechałyśmy kilka minut po 16tej, nasz wspólny kolega z podstawówki i jego żona już byli na miejscu. On jak on nie zmienił się za bardzo, wesoły jak zawsze, a jego żona no cóż jakaś dziwna, nie mogła się doczekać kiedy będzie ten grill (bo ona nic nie jadła), no ludzie jeśli umawiamy się popołudniu więc chyba należałoby coś zjeść z rana, a nie czekac cały dzień i poganiać właściciela, ale cóż różni są ludzie. W domu nie mogła wysiedzieć , bo dym z papierosów jej przeszkadza, ale nikt jej nie trzyma w domu, wszystko na zewnątrz już gotowe, więc zrobiła sobie drinka i wyszła na zewnątrz, zanim moja psiapsiółka przygotowała surówkę, abyśmy wyszli na dwór zdązyła wrócić i zrobić sobie kolejnego, a z tego c się dowiedziałyśmy od drugiej naszej przyjaciółki to siedziała na dworze i płakała, bo niby coś ją rozbolało, zjadła suchą bułkę z surówką bo była strasznie głodna, mięso na grillu dopiero się robiło, nikomu innemu to nie przeszkadzało tylko jej. W końcu wszyscy usiedliśmy przy stole, gospodarz domu serwował same smakołyki, była super atmosfera wśród nas przyjaciół jednak żona naszego kolegi chyba udawała bo marudziła, że chce wracać do domu itp Dyskutowaliśmy na różne tematy, było wesoło, gdy zrobiło się szaro nasz kolega z żoną pożegnali się i zapraszali nas na niedzielę do siebie, umówiliśmy się na telefon. My pozostali bawiliśmy się do białego rana, dyskutując i wspominając stare czasy. W niedzielę musiałam rano wyjechać gdyż dzieci postanowiły zabrać mnie nad jezioro. Więc pojechałam. Nasz kolega całą niedzielę nie zadzwonił, aby ponowić zaproszenie na basen, który ma w ogródku, ale nikt nie żałował iż się nie odezwał po tym co stało się w poniedziałek. Otóż nasz kolega przyjechał do właścicieli domu niby z towarzyską wizytą i pada pytanie: To jak się rozliczamy za tego grilla? Ja wydałem 40zł. (na jakieś 15 szaszłyków z czego zjedzonych zostało 6, reszte zabrali do domu i jakąś surówkę, którą jedli tylko oni i pewnie też na butelkę wódki grejfrutowej która piła tylko jego żona) Na to zbulwersowany pytaniem właściciel domu odpowiada, a ja wydałem 60zł na same mięso, a było tego sporo, bo karkówka, boczek, kiełbasa, kaszanka nie licząc surówki, dodatków typu musztarda, itp i alkohole, więc niby jak mamy się rozliczać, z resztą towarzystwa było uzgodnione że się składamy a Pan domu kupuje tylko oni chcieli sami coś przygotować więc to już ich sprawa. Niby normalnie wyszedł od nich z domu, moja psiapsiólka wręczyła mu jeszcze niedopitą wódkę żony i sok który pozostał, obiecał że zadzwoni ale niestety jakoś później już się nie odzywał. Na całe szczęście nie pojechaliśmy do niego do domu bo po takim numerze jaki wywinęli sami nie wiemy czego moglibyśmy się spodziewać. Ja jestem w stanie zrozumieć, że żona naszego kolegi (którego w sumie nie widzieliśmy XX lat) mogła czuć się obco w naszym towarzystwie, ale chyba zawsze można dostosować się do grupy, przecież grupa nie będzie dostosowywać się do jednej osoby. Co o tym wszystkim myślicie? Ja samą imprezkę wspominam bardzo miło, a cały incydent z rozliczeniem, my zamieniliśmy w śmiech w końcu nie musimy widywać się z ludźmi którym nie odpowiada nasze towarzystwo.

Otagowane:  

Ciąża urojona….

Dodano 10 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć historię mojej chrześnicy, a co za tym idzie najmłodszej córki mojej teściowej. Mamy maj roku 2005 zostaję zaproszona na ślub, nie miałam pojęcia że w ogóle panna ma jakiegoś chłopaka, gdyż po rozwodzie już prawie nie utrzymywałam kontaktów z moja teściową, jedynie na urodziny mojej chrześnicy, a to było w sierpniu zeszłego roku, a wtedy to jeszcze o niczym nie było wiadomo. Ślub cywilny jak ślub potem małe przyjęcie, o dziwo w mieszkaniu chłopaka, a w sumie jego rodziców i była to jedna wielka pomyłka, bo nawet na święta w prawie każdym polskim domu jest więcej na stole, zero alkoholu (choć ja nie piję), atmosfera nijaka i dość szybko opuściliśmy  to przyjęcie, jednak kilka chwil rozmawialiśmy no i jakoś tak pochwaliłam się, ze jestem w ciąży. Panna młoda wtedy stwierdziła, że też już planują dziecko, ale jeszcze nie jest w ciąży. Normalne jak się zawiera małżeństwo myśli się o dziecku, ja niestety miesiąc później poroniłam i życie toczyło się dalej. Na początku następnego roku doszły mnie słuchy że moja chrześnica jest w ciąży i jakoś w październiku będzie rodzić, ucieszyłam się jednak sama zajęta własnym życiem nie bardzo miałam czasu aby ich odwiedzić, zbliżał się sierpień i urodziny Doroty i jak co roku chciałam się do niej wybrać, dowiedziałam się że jej małżeństwo się rozpadło, a ona uciekła do mamusi podobno mąż ją bił i znęcał się nad nią, więc chciał czy nie chciał poszłam do domu mojej teściowej. Przyszła matka wyglądała na kobietę w 7-8 miesiącu ciąży, nic nie wskazywało tragedii, mijał czas, mieliśmy już listopad a ona dalej w ciąży, zaniepokojona pytam się teściowej co mówi lekarz, w odpowiedzi słyszę ze się pomylił i termin jest na grudzień. Ja wtedy byłam już w ciąży z moim najmłodszym synkiem, ale nic im nie mówiłam, bo w końcu co ich to obchodzi. Nie odwiedzałam teściowej jednak wiedziałam co się tam dzieje bo jeszcze wtedy moi chłopcy odwiedzali babcię, mijają kolejne miesiące a Dorota dalej w ciąży, spuchnięta, z ogromnym brzuchem, a dziecka nie widać. Zdenerwowana całą sytuacją już w widocznej ciąży udałam się do domu teściowej, w sumie spędziłam tam parę minut bo to co usłyszałam po prostu mnie powaliło z nóg, na moje pytanie czy Dorota w ogóle była u lekarza usłyszałam ależ oczywiście i wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale lekarz się pomylił. Ile razy i o ile miesięcy może pomylić się lekarz. Gdy w czerwcu 2007 urodził się mój synuś, a moja chrześnica dalej była w ciąży, nie miałam już żadnych wątpliwości, że to ciąża urojona, już prędzej pytałam się mojego lekarza co zrobić z tym fantem, powiedział mi że tutaj tylko psycholog jest w stanie pomóc, więc nawet nie przekazałam tego mojej byłej teściowej wiedząc, że to i tak do niej nie dotrze. Było mi bardzo żal Doroty, ale nic nie mogłam dla niej zrobić, ostatni raz widziałam ją w sierpniu 2007 ciągle w zaawansowanej ciąży, ona sama nie chciała o tym rozmawiać, według niej wszystko było w porządku. Wyjechałam z Polski, od moich synów dowiedziałam się, że w święta 2007 już nie była w ciąży, że dziecko urodziła się martwe, po 2 latach ciąży, a dziewczyna no niestety pozostała zdecydowanie gruba już do dzisiaj z tego co mi wiadomo. Przez ostatnie 8 lat widziałam ją raz jeden 4 lata temu i z tego co wiem to wiąże się z różnymi facetami, niestety zbyt często zagląda do kieliszka, zaniedbała swój wygląd i wygląda na zdecydowanie więcej lat niż ma, no cóż ja nie umiałam jej pomóc, matka miała ostatnie zdanie i w końcu dziewczyna też była już dorosłą kobietą. Nie mam pojęcia w jaki sposób rozwiązała się ta ciąża urojona, ale wiem jedno na pewno bardzo odbiło się to na psychice i wyglądzie młodej dziewczyny. I takim to sposobem moja „kochana” teściowa zniszczyła życie kolejnemu dziecku.

Otagowane:  

Czy z normalnego dziecka można zrobić idiotę??

Dodano 7 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Chciałabym Wam przedstawić totalną nieodpowiedzialność, aby nie powiedziec głupotę mojej teściowej. otóż jak się orientujecie wśród jej dzieci jest o 5 lat młodsza siostra mojego męża upośledzona w jakis tam sposób, nie chodziła do zadnej szkoły, wykorzystywano ja do chodzenia po zakupy, a nawet żebrania na ulicy, no ale to za mało najlepiej byłoby pozbyc się jej z domu tylko jak to zrobić? A może znajdzie sie ktoś kto ja poslubi? Dziewczyna ze względu na chorobę urodą nie grzeszyła, niestety inteligencji za grosz, gdyż umysł dziecka, a ciało dorosłej kobiety, ale moja teściowa potrafi postawić na swoim. Znalazł się kandydat na męza, wpuściła go do domu, pozwoliła zrobić niepełnosprawnej córce dziecko więc szybko ślub, a potem problemy nikt z tą dziewczyną nie mógł zyć, ona nie nadawała się do samodzielnego wychowywania dziecka, więc oczywiście teściowa bierze dziecko pod swoje skrzydła (rodzina zastepcza), po 3 latach jakimś sposobem córka znowu spotyka się ze swoim męzem i bach kolejna ciąza, więc kolejne dziecko na barkach teściowej, starszy syn był traktowany normalnie, jeśli mozna by tak to nazwać natomiast z młodszego zrobili kompletnego idiotę i tak jest do tej pory. W tej chwili chłopcy mają 25 i 22 lata, starszy zrozumiał kilka lat temu jaka jest babcia i uciekł z tego koszmaru, natomiast młodszy wykorzystywany i sterowany w całym swoim zyciu siedzi tam i robi co babcia karze, aby tylko babcia miała na niego pieniądze. Skończył szkołę specjalną z bardzo dobrymi wynikami, ale co z tego? To całkiem normalny chłopak, a u lekarzy musi grać idiotę, co ten chłopak będzie miał z życia no raczej nic ciekawego to ja nie widze. A gdzie tu ja w tej całej sytuacji, otóż teściowa mając dwóch wnuków pod swoimi skrzydłami nie omieszkała skrzywdzić moich synów, bardzo rzadko zaglądał do nas ale gdy juz była za każdym razem coś ginęło, nawet ciuchy moich chłopaków, zabawki i inne rzeczy, była taka chwila gdzie potrzebowaliśmy pomocy, wystarczył tydzień pobytu mojej teściowej w moim domu, a już w zamrażalce brakowało połowy tego co było, środki chemiczne wszystko się pokończyło, no wolałam już więcej nie korzystać z jej pomocy, bo wychodzi na to że moje dzieci nie potrzebują nic, ale te wnuki które są z nią muszą mieć jak najlepiej kosztem innych. Nie wiem jak tak można, ale tak jest cały czas, dowiedziałam się kilka dni temu, że matka tych chłopców dlatego jest taka bo jak była mała spadła ze schodów i wtedy jej się coś poprzestawiało w głowie, tak babcia powiedziała jej synom ja znam inną wersję i bardziej prawdopodobną, ale cóz jak ktoś non stop kłamie gubi się w tym co mówi…

Otagowane:  

Problem, gdzie zamieszkają młodzi???

Dodano 4 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Jak to zazwyczaj bywa, odwieczny problem gdzie zamieszkają młodzi po ślubie, przecież dziecko w drodze, muszą mieć odpowiednie warunki. W mieszkaniu  mojej teściowej nie ma miejsca, a u mojego ojca jest więc decyzja zapadła. Tutaj zaczyna się problem, do czasu narodzin dziecka jest w miarę Ok, potem zaczynają się schodki, gdyż mój ojciec się we wszystko wtrąca, zdeterminowana postanawiam zamieszkać u teściowej, błąd, który jednak pokazał mi prawdziwe oblicze tej kobiety. Niby opiekuńcza, pomocna, ale awantury w domu na porządku dziennym, gdy jej mąż wraca z pracy pod wpływem alkoholu ( a zdarzało się to dosyć często), awantura gotowa, wrzaski, krzyki, latające talerze i człowiek w sumie niczego nie winien ląduje za drzwiami, gdyż ten człowiek owszem lubił wypić, ale zawsze był potulny jak baranek, to ona wszczynała awanturę z byle powodu, a sama nie wylewała za kołnierz, minimum raz w tygodniu alkoholowa libacja w domu oczywiście kończąca się awanturą. Jestem w 7 mcu drugiej ciąży, kolejna awantura, tym razem byłam zbyt blisko, mój teść sprowokowany przez wyzwiska zaczyna obrażać mojego ojca, wypominać że mieszkamy z nimi a on sam nawet nie mieszka w dużym mieszkaniu, które stoi puste, nie wytrzymuje i odzywam się w obronie, było nie było mojego taty i….. stała się tragedia, dziecko które nosiłam w łonie zmarło,(pisałam o tej sytuacji dokładniej w jednym z postów) nie wytrzymałam, uprosiłam ojca aby pozwolił mi wrócić do domu. W czasie zamieszkiwania pod jednym dachem z tą kobietą zginęły mi wszystkie kosztowności, ale winny niestety się nie znalazł, straciłam wszystko łącznie z zaufaniem, ale to dało mi do myślenia kim jest ta kobieta, potrafi być aniołem, a z drugiej strony wcielonym diabłem, nigdy nie przyznała mi racji, że winnym śmierci mojego dziecka był jej mąż, zawsze i wszędzie go broniła, a sama jechała po nim jak po psie, wyzywała, biła itp. Tak skończył się dylemat gdzie będą mieszkać młodzi i przygoda z mieszkaniem u teściowej.

Otagowane:  

Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze?

Dodano 31 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No to zapraszam na ciag dalszy z życia mojej teściowej…..

 

Z pozoru bardzo miła, poukładana kobieta dbająca o dom, o dzieci jednak to tylko pozory. Dla każdego człowieka, który nie pozna jej bliżej jest tak grzeczna, miła, oddałaby wszystko co może dać i wygląda, że szczera do bólu. Przy bliższym poznaniu okazuje się być zazdrosną jędzą, osobą która zabierze Ci wszystko co masz tak byś tego nie zauważył, osobą która mówi prawdę jak się pomyli, co za obłuda, jak tak można, tego nie rozumiem i właśnie dlatego postanowiłam opisać tę historię, aby nie ufać ludziom tak od razu, aby później nie cierpieć z tego powodu, bo czasem nie można się już cofnąć, czasem na taki krok jest już za późno. Gdy poznałam tą kobietę  z zaciekawieniem słuchałam historyjek, mówiła tak przekonująco że wierzyłam w każde jej słowo, jednak z czasem zaczęłam wątpić, zaczęłam zauważać wady, ale dla mnie było już za późno, gdy dotarło do mnie kim ona jest, jaka jest. W tym momencie była już moją teściową…..

Otagowane:  

Pokręcone drogi ile w tym prawdy???

Dodano 30 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak więc w poprzednim wpisie dotarłam do narodzin syna mojej teściowej, co robiła dalej tego tak naprawdę nie wie nikt, podobno zamieszkała z synkiem w jakimś małym mieszkanku w śródmieściu Torunia i pracowała jako kelnerka. Po dwóch latach na świecie pojawia się kolejne dziecko, tym razem dziewczynka, kto jest ojcem nigdy nie udało nam się tego rozwiązać, ale niestety dziecko jest upośledzone umysłowo, nigdy nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować, taka diagnoza lekarzy, dziewczynka trafia do domu opieki sióstr zakonnych i ślad po niej ginie na wiele, wiele lat…. Kolejne dziecko, kolejnego faceta, czy ta kobieta myśli o tym co będzie dalej?? Na świat przychodzi śliczna, zdrowa (???) dziewczynka, a matka co robi, podobno pracuje dalej, jednak gdy dzieci mają 7 i 2 latka trafia do więzienia, a to chyba najbardziej strzeżona tajemnica mojej bohaterki, nigdy tego głośno nie powiedziała, nigdy do tego się nie przyznała, jednak dokumenty mówią co innego. 7letni wówczas syn kończy 1 klasę szkoły podstawowej w domu małego dziecka, gdzie z późniejszych ustaleń (już dorosłego syna) wynika, że spędził tam rok czasu ponieważ matka w tym czasie przebywała w zakładzie karnym, za co tego nigdy się nie dowiemy. Nie jestem w stanie opisać dokładnie całej przeszłości ponieważ nie byłam jej świadkiem, jednak to co sama zaobserwowałam nie jednego może przyprawić o ból głowy i stwierdzenie. Czy ta kobieta kiedykolwiek mówi prawdę???? Najprawdopodobniej mała, śliczna dziewczynka w wieku 3 lat choruje na ropne zapalenie opon mózgowych i od tej pory zaczyna być traktowana przez matkę jak zło konieczne, gdy dziewczynka ma 5 lat na świecie zjawia się kolejne dziecko, tym razem wiadomo kto jest ojcem, partner, a w późniejszym czasie mąż z którym kobieta będzie żyła do końca jego dni. Po kolejnych 4 latach na świecie zjawia się kolejny potomek mojej teściowej, najstarszy syn ma 14 lat i żyje swoim życiem dla matki najważniejsze są te dzieci z obecnym partnerem, a mała chora dziewczynka, traktowana jak popychadło, do szkoły według matki się nie nadaje, do niczego się nie nadaje, ale na ulice żebrać to tak, jak można tak traktować własne dziecko. Mijają kolejne 3 lata, moja bohaterka staje na ślubnym kobiercu, najstarszy syn w towarzystwie dużo od niego starszej dziewczyny, ale on ją kocha więc to w niczym nie przeszkadza, nikt nie patrzy na to że on ma dopiero 17 lat, a ona 29, czym to się kończy, tragedią, dziewczyna zostawia chorobliwie zazdrosnego gówniarza, on targa się na własne życie, wychodzi jednak z tego. Moja teściowa znowu spodziewa się dziecka, jest w 8 miesiącu ciąży gdy osobiści ją poznaję i od tej pory będę w stanie opisać wszystko co jest faktem, a nie tylko zasłyszaną historią jak do tej pory…..

Otagowane:  

Jestem fałszywą, wredną jędzą…..

Dodano 22 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Taki właśnie piękny komentarz na mój temat usłyszałam wczoraj od Pana o którym pisałam w jednym z moich ostatnich wpisów, oczywiście nie powiedział mi tego prosto w oczy tylko do mojego partnera,

chcialam_nie_byc_wredna_2014-11-1

Nagle wszystko zaczęło mu przeszkadzać w mojej osobie, głupie gadki, że przychodził do nas bo tak chciał, ale źle się czuł, ze ja wszystko robię źle i ze tylko szukał pretekstu aby móc się ze mną pokłócić, że znęcam się nad własnym dzieckiem bo wstawiłam na swój profil na FB zdjęcie mojego synka z bardzo śmieszną minką, która robi gdy o cos prosi, wtedy akurat chciał pieniązki na pizze i tak podpisałam, choć to nie było juz ta sama minka jak kotek ze Shreca bo miał takie chochliki w oczach bo nie mógł opanowac śmiechu gdy chciałam zrobić zdjęcie, ale według tego Pana, dziecko miłało łzy w oczach i jak można tak sie znęcać nad dzieckiem.

ja_sie_staram_zyc_z_wszystkimi_w_2015-02-03_23-02-48_middle

Normalnie gdy rozmawiał wczoraj z moim partnerem przez telefon, a był na głośniku więc wszystko słyszałam myślałam że już wybuchne i powiem mu co o nim mysle, ale wolałam ugryźc sie w język, ja mam czyste sumienie i nie mam nic sobie do zarzucenia, a co myslą o mnie inni to mnie za przeproszeniem gówno obchodzi, jak im sie cos nie podoba to z daleka ode mnie, ja wolę ich ignorować, ale to jest właśnie dla takich ludzi najgorsze, bo jak się bedziesz odzywać, tłumaczyć czy cos to maja się na kim wyżyć, ale jak ich zignorujesz to aż się w nich zaczyna gotować.

137253-ed9a05dc286e02486c24564b0aa553ad

Ot i tak właśnie trzeba podchodzić do takich ludzi i spraw niepotrzebnych, bo nie ma się czymś martwic taki człowiek mi do zycia nie jest potrzebny w żaden sposób.

Otagowane:  

Rodzeństwo powinno sie wspierać…..

Dodano 20 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Jest piękne, gdy rodzeństwo jest ze sobą blisko, wspierają się i pomagają, a zwłaszcza w dorosłym życiu. Ja osobiście mam brata, ale chyba tylko na papierze bo nie widziałam go jakieś 28 lat, a w tym czasie rozmawiałam z nim jeden, jedyny raz gdy tata w poważnym stanie trafił do szpitala, wtedy szanowny braciszek postanowił porozmawiać ze mną osobiście, a nie przez pośredników, mam na mysli moją bratową. Ale zaczynając od początku nigdy nie miałam wspólnego języka z bratem, jest on starszy ode mnie o równe 7 lat nawet urodziny obchodzimy w tym samym dniu. jako mała dziewczynka wiedziałam, że mam brata który mnie obroni i nie da skrzywdzić, ale gdy rodzice prosili, aby mnie gdzieś zabrał to w głowie utkwiło mi jedno zdanie: „Gdzie ja tę gówniarę będę brał”, ale gdy potrzebował pomocy bo ukradli mu spodnie na basenie (krytym zimą) to wiedział gdzie szukać tej gówniary, która przyniesie nowe. Po smierci mamy wyjechał studiować do innego miasta i już było tak jakbym tego brata nie miała, gdy wychodziłam za mąż przelała się czara goryczy, ponieważ mój brat był całkowicie anty (teraz wiem, że miał rację) nie pojawił się ani w urzędzie, ani w kościele a tym bardziej na weselu. Po studiach zamieszkał z żoną w innym mieście ale na krótko, ponieważ gdy jego córka miała dwa latka wyjechał do Włoch, a stamtąd do Kanady, gdzie mieszka do dzisiaj, z Włoch dostałam jedną paczkę dla synka, z Kanady no cóż 2 razy czek na 200 dolarów, ale to wszystko wysłała bratowa, zyczenia na swięta wysyłała bratowa, na urodziny jak nie wysłałam pierwsza to nie dostałam nic, ale jeśli już dostałam to od bratowej. I przez te wszystkie lata jedna paczka dla mojego najmłodszego syna, a w Polsce nigdy mi sie nie przelewało. Kiedys mój tato mi powiedział, że mój brat chciał mnie ściągnąc do siebie, ale gdy miałam jedno dziecko, sam z synkiem, jednak sam mi tego nie powiedział, bo może wtedy bym się zdecydowała i moje zycie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ile razy dzwoniłam, tyle razy słyszałam od bratowej że zajęty pracą itp. Nigdy nie miał dla mnie chwili czasu, znalazł ją dopiero 2 lata temu, gdy tato by chory, ale cóż od czasu gdy tata wyzdrowiał jest to samo, mam brata, a tak jakbym go wcale nie miała. Dlatego jestem szczesliwa, że moje chłopaki trzymają się razem i wspierają.

Otagowane:  

Po raz kolejny pomaganie innym wychodzi mi bokiem….

Dodano 19 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Coraz częściej zastanawiam się czy warto pomagać innym, tak po prostu z dobrego serca i sama nie wiem czy warto. Ale zacznę od początku, już tutaj na Teneryfie poznaliśmy pewną pare, nie byli małżeństwem, ale dziewczyna była w ciązy, na samym początku i bardzo się bała, ponieważ kilka razy już miała problem z donoszeniem przez te pierwsze tygodnie, miała też wtedy 13 letnią córkę z innym mężczyzną, który nie interesował się losem córki, więc obecny partner jakby zastępował jej ojca. Tym razem sie udało po kilku miesiącach urodziła im się śliczna coreczka, która zarówno dla mamy jak i dla taty jest całym swiatem, tata zrobiłby dla niej wszystko, jest jego jedynym ukochanym skarbem. Jednak sielanka tej pary nie trwała długo, dochodziło do różnych nieporozumień, których najczęstszym powodem była starsza córka dziewczyny. Nie wiem dokładnie co i jak bo nigdy nie interesuję się cudzym życiem jeśli ktoś mnie o to nie prosi i sam nic nie mówi. Jakieś dwa miesiące temu wszystko pękło i zostałam wmieszana w ich życie. Pewnego ranka zadzwoniła do mnie zapłakana koleżanka z prośbą o pomoc, przez telefon powiedziała mi tylko tyle, że jej partner dostał wyrok, dwa lata zakazu zbliżania się do niej i jej starszej corki i czy mogłabym pośredniczyć w przekazywaniu ich wspólnego dziecka na spotkania z tatą, prosiła bo nie ma tu nikogo innego komu mogłaby zaufać, aby zostawić dziecko choćby na 5 minut, zaszokowana cała sytuacją zgodziłam się i jak się domyslacie teraz ja za to płacę. Znam dwie wersje całej historii, a prawda zapewne leży gdzieś po środku, ale nie o to w tym chodzi. Na początku było wszystko dobrze, choć tata małej jest furiatem i ma totalnego bzika na punkcie córki, wyzwiska pod adresem byłej partnerki wpadały mi jednym uchem, a drugim wylatywały nie chciałam się mieszać w ich konflikt, po prostu przekazywałam wiadomości, ponieważ nawet nie kontaktują się przez telefon. tatuś małej miał pretensje, że matka pomimo że ma wykupiony karnet do parku rozrywki nie jeździ z dzieckiem przynajmniej raz w tygodniu, jemu cięzko zrozumieć że kobieta nie ma pieniędzy na paliwo aby robić tyle kilometrów, być może nie jest to aż tak daleko, a paliwo tutaj jest tanie, ale każda taka podróż to około 5 euro w obie strony, dla jednych to nic dla innych już sporo. Aby dziecko mogło jeździć z mamą do parku obiecał mi, nie jej prosząc o przekazanie informacji że co tydzień będzie dawal te 5 euro, aby pojechała i co drugi tydzień kolejne 5 na to aby przywiozła córkę, bo choć w wyroku było zapisane, że prawo do zabierania córki ma co 2 tygodnie na weekend, dogadali się oczywiście za moim pośrednictwem że będzie zabierał córkę w każdy piątek do niedzieli. Tydzień temu w niedzielę miał zostawić pieniążki za wyjazd w poprzednim tygodniu, otrzymał zdjęcia ze dziecko było, nie wiem czy zapomniał czy co, w sumie nie powinno mnie to interesować jednak dziewczyna faktycznie nie ma aż tyle kasy by jeździć i w tym tygodniu nie pojechała nigdzie z dzieckiem. Dzisiaj kolejny piątek, tata miał odebrać córkę ode mnie o 13tej, tak uzgodniłam między nimi i żartem przypomniałam mu o jego obietnicy, którą złożył mnie odnośnie kasy, jednak wszystkowiedzący Pan z ironią w tekście, że mam się nie wtrącać w jego życie tylko zająć się własnym. Napisałam mu, że chyba powinien zauważyć że żartuję, bo tak formułowałam tekst, aby nikogo nie urazić i by było widać żartobliwy ton, on to wziął tak poważnie, że dosłownie zrobił mi awanturę, że wpierdalam się dosłownie w jego życie i mam sie odczepić, mimo wszystko próbowałam załagodzić sytuacje pisząc, że jeśli w jakikolwiek sposób go uraziłam to przepraszam, bo na pewno tego nie chciałam, a to że mu przypomniałam to tylko dlatego że mnie to obiecał i sam prosił aby mu przypomnieć gdyby zapomniał, w odpowiedzi dostałam tylko jedno zdanie: „Obiecać coś to nie znaczy to spełnić…” Odpisałam mu że jeśli tak podchodzi do tego to jego sprawa ja już więcej nie będę się odzywać jedynie przekazywać wiadomości odnośnie kiedy ma zabrać lub oddać córkę. Przyjechał po małą z półgodzinnym opóźnieniem i od razu próbował mi zrobić jakąś awanturę, powiedziałam mu że nie chce z nim rozmawiać na ten temat, dopiero wtedy sie oburzył, mój partner próbował mu wytłumaczyć, aby przestał bo mnie boli głowa, to wychodząc tylko rzucił, a chuj mnie to obchodzi, że ja boli głowa i coś tam jeszcze ale już nie słuchałam, miałam dość. Czy ludzie nie potrafią docenić pomocy innych, widocznie tak już musi być, a dla mnie jeśli człowiek nie dotrzymuje własnych obietnic już nie wiele znaczy, nie obiecuje się niczego jeśli nie chcemy, czy nie możemy spełnić danej obietnicy. Dla mnie po raz kolejny pomoc innym wychodzi bokiem, najgorszy problem jest w tym że nie mogę się wycofać, tylko moja osoba podana jest w sądzie i we wszystkich innych instytucjach, no cóż bedę pomagac dalej, ale z mojej strony to już będzie pomoc tylko matce, ojciec niech zapomni, nie pozwole aby ktoś mnie upokarzał i wyżywał się na mnie bo ma zły humor albo cokolwiek innego, więc jeśli urażony pan zechce sobie pokrzyczeć, powyzywać itp niech znajdzie sobie innego kozła ofiarnego, ja już tego nie będę słuchać, a tym bardziej w jakikolwiek sposób temu panu pomagać.

Otagowane:  

Za poświęcony czas i okazaną pomoc kopa w d…..

Dodano 28 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Za poświęcony czas i okazaną pomoc kopa w d….. tak niestety często bywa w życiu, a w moim zdarzało się to nazbyt często zbyt długo za bardzo ufałam ludziom, choć dalej staram się pomagać jestem zdecydowanie ostrożniejsza, ale wracając do tematu z braku pracy siedzę w domu i mam sporo czasu więc udzielałam się na forach dotyczących Teneryfy, pisząc to co wiem aby pomóc tym niezorientowanym nie popełniać błędów. Wszystko to robiłam całkowicie bezinteresownie, ot po prostu dla własnej przyjemności, jakimś sposobem pewien człowiek z Polski chcący osiedlić się na Teneryfie dotarł do mojego skypa, fakt nie jest to trudne gdyz prawie wszędzie jest ten sam nick, ten sam mail. Odezwał się do mnie z wiadomością, że chce sie osiedlic na wyspie i czy mogłabym mu pomóc, jak to ja nie odmówiłam. Na początek chciał przyjechac z rodziną na 4 tygodnie na wakacje, aby sprawdzic jak tu się żyje, ile pieniędzy potrzeba itp. Tak więc załatwiłam mu na miesiąc mieszkanie w bardzo atrakcyjnej cenie, gdyz doba wynajmu 3 pokojowego mieszkania zaczyna się od 30 euro jeśli wynajmuje się na wakacje, czyli czas krótszy niż 3 miesiące, mnie udało się załatwić za 400 euro na cały miesiąc plus 50 euro tzw kaucji oddawanej po opuszczeniu mieszkania. Przylecieli, całą 4 osobowa rodziną, za moją fatygę przywieźli kilka drobiazgów z Polski o które poprosiłam i nie chcieli zwrotu pieniędzy, ok ja chciałam za wszystko zapłacić, nie oczekuję od ludzi zapłaty za pomoc. Gdy byli tutaj na miejscu pomogłam im w załatwieni wszelkich formalności związanych z wyrobieniem karty rezydenta, a to jeśli się nie zna języka w jakimkolwiek biurze kosztuje od 50 do 150 euro za osobę, ja zrobiłam to po prostu aby im pomóc, aby nie musieli wydawać aż tyle pieniędzy.  Nadszedł dzień wyjazdu i zwrotu kaucji (tych 50 euro) jednak osobiście nie mogli jej odebrać ponieważ klucze od mieszkania miałam oddać dopiero dzień po wyjeździe, zapytałam się więc w jaki sposób mam przekazać te pieniądze w odpowiedzi usłyszałam, że przyjade w lipcu juz na stałe to mi oddasz ( a był styczeń), spoko nie ma problemu. Byliśmy w sumie w kontakcie, ale takim luźnym, az tu nagle niespodzianka w marcu pan F. zjawia się z kolegą i zaraz do mnie dzwoni z pytaniem czy moge teraz podjechać po kasę? Po pierwsze byłam zdziwiona jego pojawieniem się, po drugie rzadko mam kasę w domu, zazwyczaj wszystko jest na koncie, więc grzecznie i kulturalnie mu odpowiadam, że w tej chwili to niemożliwe, że dopiero wieczorem, nie zdążyłam podac powodu a pan F. wpada we wsciekłość i zaczyna mi ubliżać od osób nieodpowiedzialnych, od złodziei i jeszcze tam gorszych, nie chcąc tego słuchać powiedziała że wieczorem przekażę mu te pieniądze. Nota bene klient jest właścicielem wielkiej firmy w Polsce, kamienicy w Krakowie i kasy przysłowiowo mówiąc ma jak lodu, do końca dnia juz się nie odezwał, wieczorem dałam koleżance moją karte do bankomatu (ponieważ wraz z męzem miała się z nim spotkać, ja już nie chciałam), aby wypłaciła te nieszczęsne 50 euro i mu oddała, jednak on stwierdził, że teraz to ma to już gdzieś i nie chce tych pieniędzy. Zostawiłam to tak jak było, nie będę się nikomu narzucać, ja nie mam sobie nic do zarzucenia, a on?? Przyjechali w lipcu całą rodziną i jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam go w drzwiach mojego domu z bukietem kwiatów i butelką dobrego likieru, jednak nawet pół słowa, które brzmiałoby jak przepraszam. To, że jestem z reguły miła i tolerancyjną osobą nie komentowałam niczego, ale nie ufałam już temu człowiekowi, tym razem musieli sobie radzić sami lub z pomocą innych osób, ja już im nie pomogę. Chociaż się zapierałam to i tak pośrednio jeszcze im pomogłam, może nie moimi rękoma ale mój Mateusz pomagał i w różnych sytuacjach, przy montażu anteny, przy problemach z autem, tyle że tym razem za każdą „pomoc” Mateusza płacił i gdybym tak robiła od początku pewnie nie było by tej całej zwady. Ludzie jednak nie wytrzymali na wyspie zbyt długo, nie wiem z jakiego powodu wrócili do Polski, ponieważ nasze kontakty tutaj były bardzo słabe, fragmentów z ich pobytu i powrotu do Polski dowiedziałam się od moich znajomych, a to co usłyszałam pewnego razu, odrobinę zatarło złe wspomnienia. Otóż pan F. wspominając pobyt na wyspie stwierdził, że tak naprawdę oprócz naszych wspólnych znajomych to jedynymi normalnymi osobami na wyspie to byliśmy właśnie ja i Mateusz. Być może ten typ człowieka nie potrafi powiedziec przepraszam, być może nie umie przyznać się do błędu, ale fakt jest taki poświęciłam swój czas, aby im pomóc nie oczekując niczego w zamiam, a dostałam to co dostałam…..

Otagowane:  

Życie i śmierć, ludzkie dramaty…

Dodano 27 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Wielkimi krokami zbliża sie pierwsza rocznica śmierci mojego przyjaciela, tak tak moge powiedzieć przyjaciela, choc nie znałam go zbyt długo, poznalismy się tu na Teneryfie, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest śmiertelnie chory, na początku tego nie mówił, nie chciał by ludzie się nad nim litowali, a kompletnie nie było tego po nim widać, ale może zacznę od początku, od tego co opowiadał i jak to się skończyło. Otóż jakieś 6 lat temu usłyszał od lekarzy w Polsce, że jest smiertelnie chory, że zostało mu 2,3 lata życia może ciut więcej może mniej, miał firmę działającą w Polsce, żonę i dwóch synów, nie wiem dokładnie co i jak się działo z firmą, bo o tym mówił mało, mało też mówił o wypadku w którym uszkodził sobie kręgosłup, jednak w jego wyniku lekarze zmienili diagnozę, być może pożyje Pan jeszcze ze 3 miesiące. Razem z żoną i młodszym synem postanowili wyjechać na Teneryfę, on po to by sie leczyc, a żona tego nikt nie wie, gdyż po roku skutecznego leczenia stwierdziła, że nie może zaprzepaścić swojej kariery i wraca do Polski, zostawiła samego człowieka i 11letnim (chyba) wtedy dzieckiem, człowieka który musiał jeżdzić ponad 70km do szpitala na chemie, wracał wykończony, nie był w stanie opiekować się dzieckiem. Ja poznałam go w momencie, gdy syn był juz w Polsce z matką jak do tego dokładnie doszło nie wiem, bo nigdy nie chciałam wnikac w szczegóły, nigdy nie wypytywałam, wiedziałam tylko tyle co sam powiedział,a zaczął mówić dopiero gdy poznał bratnią duszę, którą była jego partnerka, koleżanka, przyjaciółka, która sama pokonała raka i pęknięcie tętniaka, jedna nogą była juz na tamtym świecie, ale nie poddała się i walczyła o lepsze jutro dla siebie i dla niego. Spotykając się z nimi nie chciałam wierzyć, że ten człowiek jest tak bardzo chory, przecież w ogóle tego nie widać, spędzaliśmy miło czas, smiejąc się popijając drinki, po prostu bawiąc się, on jednak cierpiał, zaczął głosno mówić o swojej chorobie, a tym że wkrótce umrze i jak mało czasu mu zostało, chciał aby wszyscy w jego otoczeniu byli szczęśliwi i zadowoleni, wszystkim pomagał na tyle na ile mógł, jednym dobrym słowem innym finansowo. No i oczywiście jak to w życiu bywa gdy on potrzebował pomocy to tylko kilka osób było obok, Ci którym pomógł najmniej albo wcale. Mozna powiedzieć, ze cieszył się tutaj zdrowiem, żona w Polsce uprzykrzała mu życie, opowiadała bzdury, że wyleguje się pod palmami z kochanką, a nie się leczy i ewidentnie czekała na jego śmierć. Na rok przed śmiercia postanowił wrócic do Polski bo tam podobno była szansa na wyleczenie, tutaj już wykorzystali wszystkie możliwości, jak postanowił tak zrobił, pozamykał tutaj wszystkie sprawy i wyjechał, po 3 miesiącach pobytu w Polsce, okazuje się że w szpitalu nie zrobią nic, a nawet nie ma leku aby uśmierzyć ból, dają mu 3 tygodnie życia, nie zastanawiając się długo, wypisuje się ze szpitale i następnego dnia jest już na Teneryfie i prosto z lotniska trafia do szpitala, ale nie jest to już ten sam człowiek, który opuszczał wyspę, to wrak człowieka. W ciągu 2 tygodni lekarze w szpitalu doprowadzają go do stanu, w którym może samodzielnie funkcjonować, może żyć dalej jak normalny człowiek, jednak leczenie jest konieczne każdego dnia musi się stawić do szpitala, wynajmuje więc małe mieszkanko obok szpitala, aby mieć blisko. Na wyspę przyjeżdża żona, niby sie nim opiekować i jakie jest jej zdziwienie, że nie jest w szpitalu, że dobrze się czuje przeciez tak naprawdę przyjechał tu aby umrzeć i oczywiście mnóstwo wyrzutów, że kto rozsądny leci tak daleko od kraju tylko po to by umrzeć i sprawić innym tylko problemy, kazała mu zerwać wszystkie kontakty z kochanką ( z jej punktu widzenia ) w przeciwnym razie nie zobaczy już młodszego syna, tak więc postępował nie chciał stracić dziecka, a zdawał sobie sprawę iz niewiele życia mu zostało. Żona zła po 2 tygodniach wróciła do Polski, bo ona nie ma co dalej robić na wyspie, on sam sobie daje radę, normalna znieczulica, przestał kontaktować się z zoną, aby nie podnosiła mu ciśnienia. Odnowił kontakt z jedyną kobietą której na nim zależało, nie ważne czy zdrowy czy chory tylko aby był obok więc przyjechała aby go wspomóc, była przy nim cały czas i prawie wróciły czasy z przed wyjazdu do Polski jednak częsciej musiał bywać w szpitalu, przygotowywali jakis zabieg, przeszczep komórek macierzystych, nie znam się na tym więc nie jestem w stanie powiedzieć zbyt wiele na ten temat. Od diagnozy polskich lekarzy, że zostały mu 3 tygodnie minęło prawie 7 miesięcy, a on ciągle żyje, choć sam coraz częściej powtarza, że koniec jest już blisko. wszystkie sprawy w Polsce ma poukładane, więc niczym się nie martwi, zyje dniem dzisiejszym. Czas na planowany zabieg, trafia do szpitala, dzień za dniem coraz słabszy, ale to podobno normalne przy tym zabiegu, po kilku dniach powinien odzyskiwać siły, jesteśmy w stałym kontakcie z jego partnerką, która większość czasu spędza przy jego szpitalnym łóżku. Aż tu nagle telefon w środku nocy, pomóż ja nic nie rozumiem, porozmawiaj z lekarzem, od lekarza dowiaduję się że mój przyjaciel najprawdopodobniej miał wylew i że to ostatnie chwile jego życia, lekarze są bezsilni, w obecnym stanie jego zdrowia nie są w stanie nic zrobić, nie mogą mu pomóc, jest zbyt słaby, nie ma już pomocy…. Umiera… jednak nie na raka, na wylew krwi do mózgu, jakie to smutne, ale dopiero teraz zaczyna się prawdziwy koszmar, ludzki dramat. Dziewczyna, która do ostatniej chwili siedziała przy jego łóżku spełniła wszystkie jego prośby teraz nie może zrobić nic, władna jest tylko jego żona, ewentualnie dorosły syn. Ostatnią prośbą umierającego męzczyzny było to, aby wszystkie jego prywatne rzeczy trafiły do jego matki, do żony nic oprócz wymaganych dokumentów, chciał by go pochowali w Polsce blisko matki, a czy żona zabierze ciało, czy prochy było mu wszystko jedno. Po informacji o śmierci męza, szanowna małżonka zjawiła się na wyspie bardzo szybko i nic tylko pretensje do wszystkich i o wszystko, że ona chce zabrać jego rzeczy, a zwłaszcza telefon, laptop i karty płatnicze, jakby on miał tutaj jakiś majatek przecież ostatnimi czasy, ten człowiek nie miał za co żyć, zabrała mu wszystkie pieniądze, a chciała jeszcze więcej jakby to że polisa na życie była wysoka to za mało, w koncu się doczekała, człowiek nie żyje, a ona straszy że jeśli nie oddamy jej jego prywatnych rzeczy to go tu zostawi, przeciez sa jakies wspolne groby, jak mozna tak nawet pomyslec a co dopiero powiedzieć. Jenak w koncu dociera do nas informacja, że skremowała ciało i zabrała do Polski, na dzień przed pogrzebem informuje jego matkę, o planowanym pogrzebie, najbliższa rodzina (oprócz matki) mieszka za granica i nie zdążą na pogrzeb (paranoja, przecież wiedziała prędzej) młodszy 13letni syn dowiaduje sie w dniu pogrzebu że ojciec nie żyje, co za szok dla dziecka, ale według niej tak było lepiej. Dziewczyna która była z nim do ostatniego tchnienia dalej pozostaje na wyspie, gnębiona telefonami i wiadomościami, że ja zniszczą itp gdyby nie nasze wsparcie nie wiem jakby to przeżyła, została sama w obcym kraju, ale na szczęście miała tu przyjaciół, a żona i starszy syn tak długo ją gnębili, dopóki nie usłyszeli, że w cięzkim stanie trafiła do szpitala, to nie była prawda, to był na szybko wymyślony scenariusz aby w koncu dali jej spokój. W końcu osiągnęli swoj cel, czlowiek nie żyje pieniadze z polisy juz zaraz beda, wiec dajcie ludziom normalnie żyć, bo chyba ta tragedia was też dotyczy, a może nie? Może śmierć tego człowieka obeszła tylko jego przyjaciół, matkę,rodzeństwo  i małe jeszcze dziecko, a reszta tylko na to czekała…..

Gdy teraz wspominam tego człowieka, był wielki miał mnóstwo siły i wiary w życie, jednak w pewnym momencie się załamał, trudności go przerosły i się poddał…

A tak mi się jeszcze przypomniało, nie odbierał telefonów od żony bo nie chciał słuchać wyrzutów i się denerwować jednak na dobę przed śmiercią odebrał telefon od syna, tylko że to nie był syn, to jego żona, nikt z nas nie wie co mu wtedy powiedziała, czy go zdenerwowała, ale od tej rozmowy bardzo źle się czuł, z godziny na godzinę coraz gorzej i skończyło się wylewem, zastanawia mnie myśl, czy to ona przyczyniła się do jego śmierci? Czy gdyby nie zadzwoniła żył by jeszcze? Tego nie wie nikt i nigdy się tego nie dowiemy…..

Otagowane: