Witam serdecznie po bardzo długiej przerwie, jakoś nie miałam czasu ani nastroju na pisanie bo życie toczyło się spokojnym torem i w sumie nie było za bardzo co pisać. Jednak w ostatnim czasie sporo sie wydarzyło w moim życiu zarówno dobrego jak i złego.

Tak jak napisałam w tytule wpisu Teneryfa jest przepięknym i spokojnym miejscem dożycia, ale nie jest to miejsce gdzie w krótkim czasie można się dorobić, niestety nie do wszystkich to dociera. Zacznę więc od początku, jakoś pod koniec zeszłego roku mój małżonek poznał pewnego człowieka, który chciał otworzyć z nim biznes i zaczęliśmy rozmowy, poszukiwania miejsca itd. Wkładając całą moją wiedzę i serce udało mi się znaleźć duży lokal za niewielkie pieniądze, aby otworzyć warsztat elektryczno-mechaniczny. Człowiek z którym rozmawiałam przez skypa wydawał się bardzo rozsądnym i inteligentnym człowiekiem, zakreśliłam mu wszystkie możliwości pracy tutaj i jak to mniej więcej wygląda. Mój mąż w tamtej chwili miał jeszcze własną działalność, ogromną bazę klientów, jednak koszty utrzymania firmy są tutaj bardzo wysokie i bez dobrego, oficjalnie otwartego lokalu nie bardzo się da na to wszystko zarobić, więc rozmowy potoczyły sie w tym kierunku. Pan X (tak go nazwę) zaproponował mi na wstepie umowę o pracę, abym prowadziła całą dokumentację firmy, obsługę klienta i tłumaczenie, zgodziłam się ponieważ widziałam w tym przyszłość zarówno dla mnie jak i dla mojego męża. Nie bardzo było nas stać na samodzielne otwarcie takiego warsztatu, więc jeśli ktoś się zaoferował do współpracy, że wyloży kasę i będziemy pracować aby spokojnie żyć i powoli odrabiac to co włożył nam to pasowało. Mąż zrezygnował z autonomo, gdyż miał zostać zatrudniony jako mechanik w nowo otwartym warsztacie, pod nieobecność (jeszcze był w PL) Pana X załatwiłam wynajęcie lokalu, znalazłam bardzo taniego inżyniera, który przygotuje cały projekt i wszystkie inne sprawy związane z licencjami i otwarciem. Tak dla porównania, znajomy za projekt i licencje za lokal około 60-70 metrów zapłacił inżynierowi około 3500 euro, ja znalazłam takiego który za to samo tyle że lokal 500 metrów chciał tylko 2000 euro.

Oprócz lokalu załatwiłam Panu X mieszkanie z 3 sypialniami, nad samym warsztatem (ok 120 metrów) za zaledwie 500 euro w tym wliczone wszystkie opłaty (prąd i woda), ponadto załatwiłam drugie mieszkanie z dwoma sypialniami za 410 euro dla pracownika bo miał przyjechac z super elektrykiem samochodowym. Wszystko było gotowe, lokal, mieszkania a nawet na poczatek dałam im od siebie, kubki, talerzyki i inne rzeczy do kuchni niezbędne na początek. Wiadomo, że odnośnie lokalu nie mogłam zrobić nic więcej oprócz wynajęcia bo aby zacząć działać potrzebna jest na miejscu osoba za to odpowiedzialna i oczywiście otwarta firma.

No i na początku marca zjawił się Pan X razem z żona i dzieckiem, na początku wszystko było super, jeździłam z nimi, załatwialiśmy sprawy związane z otwarciem firmy, dokumenty, konto bankowe itd. Według projektu trzeba było troszkę zmodyfikować lokal bo inaczej byłby bardzo wysokie koszty pociągnięcia instalacji przeciwpożarowej, ale wszystko zostało uzgodnione , co i jak i inżynier pracował nad projektem, mój mąż razem z nowo przybyłym elektrykiem zajowali się naprawą samochodów, niestety okazłao się że nie jest to żaden super elektryk ale samouk i praktycznie z czasem wszystkie auta, których się dotknął wróciły na poprawkę, a człowiek pieniądze skasował, ale niestety w momencie gdy auta zaczęły wracać jego już na wyspie nie było, nie wytrzymał nawet miesiąca, bo miał obiecane przez Pana ZX, że zarobi na początku minimum 1500 a nawet 2000 euro, a tutaj niestety to nie realne nawet przy najlepszych wiatrach.

Pan X chciał się pokazać z jak najlepszej strony i oczywiście na początku szastał pieniędzmi na prawo i lewo kupując do warsztatu kompletnie nie potrzebne rzeczy, które kosztowały sporo, ale się dublowały gdyż mój mąż to wszystko już miał. Właścicielką firmy jest żona Pana X, ale jak wyszło z czasem nie ma nic do powiedzenia widnieje tylko na papierze. Mieliśmy mieć z męzem umowy o pracę już w marcu, ale wszystkie sprawy z otwarciem firmy trochę się przeciągały jak to na Teneryfie bywa i zostało uzgodnione, że umowy bedą o kwietnia, nie widzieliśmy w tym żadnego problemu w końcu chodziło nam bardziej o spokojną pracę a nie o sam papier, który choć ważny to jednak nie najważniejszy.

Cały styczeń, luty i marzec stawałam na głowie, aby wszystko było jak najlepiej, nie upomniałam się o zapłatę bo wiadomo początek itp, Pan X zapłacił za marzec i kwiecień za moje mieszkanie (po 500 euro za mc) więc jakoś tam się dogadamy. Od kwietnia zaczęliśmy w miarę normalną pracę ale przy drzwiach zamkniętych ponieważ przygotowanie lokalu do otwarcia tutaj nie jest zbyt prostą i szybką sprawą, trzeba było położyć całkowicie nową instalację elektryczną, elektryk którego polecił Pan X zaśpiewał sobie za tę usługę 7000 euro, no bardzo dużo niestety znalazłam takiego, który zrobił dokładnie to samo za zaledwie 2300 euro, jednak jak się potem okazało ja wszystko robiłam źle. Pierwsze problemy zaczęły się już na  początku maja, już zaczęły się gadki że on nie będzie wykładał ze swojej kasy na wynajęcie lokalu i mieszkań. Pytając się o moją wypłatę za kwiecień Pan X juz miał wielki problem, aby cokolwiek wypłacić bo musi zapłacić za lokal, mieszkanie itp ale jeszcze było w miarę poszłam na ugodę że za kwiecień moją wypłatą będzie 500 euro za mieszkanie i opłata tutejszego ZUS od umów o pracę ponieważ warsztat jeszcze zamknięty a my z mężem mamy już umowy. Oczywiście co do umów już na początku kwietnia były kłótnie, gdyz Pan X stwierdził, że to ja sama się zatrudniłam bo on o tym nic nie wiedział, ale mojego męża to już zatrudnił, stale miał jakieś pretensje tylko do mnie bo moja praca niestety nie przynosiła mu żadnego zysku. Kupując cześci w sklepach uzyskał na dzień dobry bardzo wysokie upusty jakby to powiedzieć w spadku po moim męzu, ale dla niego to wszystko było za mało, on chciał na częściach zarabiać minimum 50% a to jest jawne oszukiwanie klientów, tak samo za pracę chciał kasować nie wiadomo ile, bo niestety pieniądze mu się skończyły, a opłaty trzeba robić.

Cały maj minął praktycznie w bardzo nerwowej atmosferze, ale pracowałam robiąc wszystko jak najlepiej umiem aby wszystko było czytelne i jasne do zrozumienia, oczywiście Panu X nic nie pasowało, wszystko robię źle, nic nie umiem, nie znam języka, nie umiem tłumaczyć ot nie umiem nic i na początku czerwca stwierdził, że nie zapłaci mi za moją pracę ani centa i jeśli chcę pracować to mam pracować za darmo, tylko za to że mam umowę o pracę, więc nie wiele się zastanawiając zabrałam wszystkie moje rzeczy i się wyniosłam, mało brakowało aby mnie uderzył chcąc wyrwać mi klucze i moje notatki, ale miał szczęście że się wywinęłam,  był to piatek w poniedziałek poszłam do lekarza i dostałam zwolnienie lekarskie, tego samego dnia żona Pana X pytała mnie co może zrobić abym nie zgłaszała sprawy do żadnych inspekcji, powiedziałam jej wyraźnie że oczekuję wypłaty za maj i kontynuację kontraktu przez miesiąc aby mieć prawo do pomocy, której mnie w tym momencie pozbawili zawierając ze mną umowę o pracę, niestety następnego dnia Pan X zaciągnął swoją żonę z jakimś tłumaczem do księgowego i z wielkim zadowoleniem po powrocie do warsztatu zakomunikował mojemu męzowi, że zostałam zwolniona i nie musi mi nic płacić, oj tutaj się bardzo pomylił albo miał tak wspaniałego tłumacza. Tego samego dnia na szczęście poszłam do księgowej i dostałam wszystkie dokumenty dotyczące mojego zwolnienia, które podpisałam z adnotację że się z tym nie zgadzam ponieważ nie zostały mi wypłacone pieniądze. Panu X w tym momencie oprócz wypłaty za maj doszło jeszcze do wypłacenia około 500 euro, za 5 dni czerwca, 5 dni urlopu i odszkodowanie za rozwiązanie kontraktu na stałe, ale niestety nie poczuwa się do tego że trzeba to zapłacić. Mój małżonek też jest bardzo już zmęczony całą sytuacją i tylko czeka aż Pan X go zwolni, przez tydzień czerwca nie pracował i w tym czasie do warsztatu przyjechał aż jeden klient ponieważ wszyscy klienci przyjeżdżają do mojego męza a nie do warsztatu, a to Pana X bardzo denerwuje, ściągnął drugiego mechanika z PL któremu również obiecywał 2000 euro wiedząc dobrze, że to nie możliwe, do dnia dzisiejszego nie wypłacił mojemu mężowi całej pensji, twierdząc że nie ma kasy. Ja nie zastanawiając się wiele złożyłam doniesienie do inspekcji pracy i w tym wypadku Pan X ma dwa wyjścia, albo dobrowolnie zapłaci mi wszystko co mi się należy, albo w przeciwnym wypadku sprawa przeciwko jego żonie trafi do sądu. Do dnia dzisiejszego nie otworzył jeszcze drzwi warsztatu, bo wszystko nie jest załatwione, nikt nie umie obsługiwać programu do fakturowania, jeden wielki bałagan ale mnie to już nie interesuje. niech robi co chce, żal mi tylko że mój mąż musi się jeszcze z nim użerać,

Przepraszam za chaotyczny wpis, ale chcialam to wyrzucić z siebie, jutro napiszę co dobrego wydarzyło się w tym czasie w moim życiu :)

Otagowane:  

Legenda legendą, a fakty faktami…

Dodano 11 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Każdy kraj, każe miejsce ma związaną ze sobą jakąś legendę, Teneryfa ma ich sporo jedną z takich legend jest to ,że najwyższy szczyt w całej Hiszpanii znajdujący się właśnie na Teneryfie – wulkan Teide wybucha raz na 100 lat. Ostatnia erupcja wulkanu miała miejsce w 1909 roku więc czas najwyższy, aby się uaktywnił i właśnie w dniu dzisiejszym został ogłoszony Czerwony alarm (czyli najwyższy) zagrożeniem wybuchu wulkanu.

Jeszcze nie ogłoszono ewakuacji żadnego miejsca na wyspie, na razie to jedynie ostrzeżenia, choć już tydzień temu ludzie czuli zapach siarki na północnej stronie wyspy. Jak się sprawa potoczy to czas pokaże, ja osobiście mam nadzieję, że nie dojdzie do silnej erupcji i żadne z miasteczek nie ucierpi bo zapewne jak wszystkim wiadomo erupcji wulkanu towarzyszy trzęsienie ziemi, więc nikt nie wie czego możemy się spodziewać.

Teneryfa jest piękną, malowniczą wyspą, ale fakt faktem jest to wyspa powulkaniczna i znajduje się na niej największy wulkan Hiszpanii, widoki gór stworzonych po erupcji wulkanu są cudowne, ale…. zawsze jest jakieś ale.

Oto kilka faktów zaczerpniętych z bloga wulkanyswiata.blogspot.com

 






Z racji tego, że w grudniu wybieram się na Teneryfę by wspiąć się na Pico del Teide i porobić nieco fotek co nieco o aktywności wulkanu rzucającego największy cień na świecie.

Nazwy aktywnych otworów erupcyjnych Teide w czasie jego erupcji:

Boca Cangrejo 1492
Siete Fuentes i Fasnia w 1704 i 1705
Montaña Negras 1706
Narices del Teide bądź Chahorra 1798
El Chinyero 1909

Trwająca 9 dni erupcja w 1706 roku z otworu erupcyjnego Montaña Negras doprowadziła do zagłady miasto portowe Garachio i zniszczyła kilka wiosek. W 1798 roku doszło do ostatniej erupcji w kalderze Las Cañadas z otworu erupcyjnego Narices del Teide albo Chahorra na zachodnim zboczu Pico Viejo. Trwała ona od 9 czerwca do 8 września 1798 roku. Lawy z tej erupcji można zobaczyć przy drodze Vilaflor – Chio. Wielka kaldera Las Cañadas o wymiarach 16 x 9 km znajdująca się na wysokości 2000 metrów nad poziomem morza została utworzona w wyniku potężnej erupcji eksplozywnej około 160 000 lat temu. Wierzchołki Teide (3718 m) i Pico Viejo (3134 m) znajdują się w północnej części kaldery. W 2003 roku miał miejsce wzrost aktywności sejsmicznej Pico del Teide, co świadczy o tym, że wulkan ten drzemie. Aktywne fumarole w centralnym kraterze Teide emitują dwutlenek siarki i inne gazy np. siarkowodór. Ostatnia erupcja Pico del Teide miała miejsce w dniach 18-27 listopada 1909 roku z jego północno-zachodniego zbocza – utworzony został 80-metrowy stożek scorii na El Chinyero (1604 m), z którego zaczęła wypływać lawa.

Tyle na temat erupcji, przedstawię Wam jeszcze krótki opis wikipedii, bo choć mogłabym pisać sama ale musiałabym napisać to samo.

Pico del Teide – szczyt wulkaniczny położony na wyspie Teneryfie (Wyspy Kanaryjskie). Szczyt ten o wysokości 3718 m n.p.m. i wysokości od dna morza około 7500 metrów jest najwyższym szczytem w Hiszpanii i najwyższym szczytem na jakiejkolwiek atlantyckiej wyspie. Jest to typowy stratowulkan. Na wysokości około 2000 m n.p.m. rozłożone są równiny zwane cañadas. Teren ten ukształtowany jest przez działalność wulkanu – pokrywają go bazaltowe, pumeksowe i obsydianowe formacje skalne, a przez całą długość zbocza wulkanicznego stożka ciągną się zastygłe strumienie lawy. Jest to wulkan czynny. Wulkan wraz z otoczeniem, łącznie z całą kalderą Las Cañadas jest chroniony w Parku Narodowym Teide.

I na koniec jeszcze jedna z legend dotycząca el Teide.

Teide (Echeyde) była świętą górą Guanczów i siedzibą bogów, podobnie jak Olimp dla starożytnych Greków. Według legendy demon Guayota porwał Mageca (boga światła i słońca) i uwięził go pod wulkanem, pogrążając świat w ciemności. Guanczowie błagali najwyższego boga Achamána o pomoc. Achamán zwyciężył Guayotę, zatkał nim wylot krateru i uwolnił Mageca. Od tej pory, kiedy Guayota próbował wydostać się w czasie erupcji wulkanu, Guanczowie palili wielkie ogniska, aby go przestraszyć. Guayota zwykle występował pod postacią czarnego psa, któremu towarzyszyły inne demony. Guanczowie wierzyli, że Teide sięga do nieba. W wielu niedostępnych miejscach znaleziono kamienne narzędzia i ceramikę. Przypuszczalnie były to dary przebłagalne dla złych duchów, które mieszkały na górze.

Otagowane:  

Teneryfa skąpana w deszczu!!!

Dodano 23 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Wszyscy myślą, że na Teneryfie wiecznie świeci słońce i wiele w tym prawdy bo podobno wiatr wieje na Teneryfie 296 dni, a słońce świeci 360 dni w roku. Jednak zdarzają się takie dni jak wczorajszy gdzie deszcz się z nieba leje.

12112512_10153210514092473_5682253952171643180_n

Tak wczoraj w pewnym momencie dnia wyglądało niebo zaledwie 15km od miejsca mojego zamieszkania. Tu gdzie mieszkam tez padało, w ciągu godziny tej ulewy zalane zostały niektóre ulice do tego stopnia, że musiały zostać zamknięte.

Popołudniu w internetowej prasie zaczęły się pokazywać informację odnośnie alarmu przeciwdeszczowego, odwołane zostały zajęcia pozalekcyjne we wszystkich szkołach na wyspie, informowano że w dniu dzisiejszy, 3 szkoły na Gran Canarii i 2 na południu Teneryfy dzisiaj nie mają lekcji, im później tym więcej było informacji. Około 20.00 poinformowano, że wszystkie szkoły w Las Palmas de Gran Canaria nie mają zajęć, pół godziny później kolejna wiadomość: Zamykają wszystkie szkoły oprócz szkół średnich i wyższych na całym archipelagu (czyli na wszystkich wyspach), po kolejnych 15 minutach informacja, że wliczone już są szkoły średnie i wyższe.

Zastanawiam się co to może się dzisiaj zdarzyć, jeśli podjęli takie kroki ostrożności, zazwyczaj w takich sytuacjach od rana już padało i tak cały dzień, a dzisiaj jak do tej pory słońce świeci całą swoją pełnią, ani jednej chmurki na niebie, podobno gdzieś w połowie dnia mają nadejść czarne chmury i ulewy, ale zobaczymy co to będzie.

Pozdrawiam serdecznie z jak na razie słonecznej Teneryfy!!

Otagowane:  

Ciąża urojona….

Dodano 10 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć historię mojej chrześnicy, a co za tym idzie najmłodszej córki mojej teściowej. Mamy maj roku 2005 zostaję zaproszona na ślub, nie miałam pojęcia że w ogóle panna ma jakiegoś chłopaka, gdyż po rozwodzie już prawie nie utrzymywałam kontaktów z moja teściową, jedynie na urodziny mojej chrześnicy, a to było w sierpniu zeszłego roku, a wtedy to jeszcze o niczym nie było wiadomo. Ślub cywilny jak ślub potem małe przyjęcie, o dziwo w mieszkaniu chłopaka, a w sumie jego rodziców i była to jedna wielka pomyłka, bo nawet na święta w prawie każdym polskim domu jest więcej na stole, zero alkoholu (choć ja nie piję), atmosfera nijaka i dość szybko opuściliśmy  to przyjęcie, jednak kilka chwil rozmawialiśmy no i jakoś tak pochwaliłam się, ze jestem w ciąży. Panna młoda wtedy stwierdziła, że też już planują dziecko, ale jeszcze nie jest w ciąży. Normalne jak się zawiera małżeństwo myśli się o dziecku, ja niestety miesiąc później poroniłam i życie toczyło się dalej. Na początku następnego roku doszły mnie słuchy że moja chrześnica jest w ciąży i jakoś w październiku będzie rodzić, ucieszyłam się jednak sama zajęta własnym życiem nie bardzo miałam czasu aby ich odwiedzić, zbliżał się sierpień i urodziny Doroty i jak co roku chciałam się do niej wybrać, dowiedziałam się że jej małżeństwo się rozpadło, a ona uciekła do mamusi podobno mąż ją bił i znęcał się nad nią, więc chciał czy nie chciał poszłam do domu mojej teściowej. Przyszła matka wyglądała na kobietę w 7-8 miesiącu ciąży, nic nie wskazywało tragedii, mijał czas, mieliśmy już listopad a ona dalej w ciąży, zaniepokojona pytam się teściowej co mówi lekarz, w odpowiedzi słyszę ze się pomylił i termin jest na grudzień. Ja wtedy byłam już w ciąży z moim najmłodszym synkiem, ale nic im nie mówiłam, bo w końcu co ich to obchodzi. Nie odwiedzałam teściowej jednak wiedziałam co się tam dzieje bo jeszcze wtedy moi chłopcy odwiedzali babcię, mijają kolejne miesiące a Dorota dalej w ciąży, spuchnięta, z ogromnym brzuchem, a dziecka nie widać. Zdenerwowana całą sytuacją już w widocznej ciąży udałam się do domu teściowej, w sumie spędziłam tam parę minut bo to co usłyszałam po prostu mnie powaliło z nóg, na moje pytanie czy Dorota w ogóle była u lekarza usłyszałam ależ oczywiście i wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale lekarz się pomylił. Ile razy i o ile miesięcy może pomylić się lekarz. Gdy w czerwcu 2007 urodził się mój synuś, a moja chrześnica dalej była w ciąży, nie miałam już żadnych wątpliwości, że to ciąża urojona, już prędzej pytałam się mojego lekarza co zrobić z tym fantem, powiedział mi że tutaj tylko psycholog jest w stanie pomóc, więc nawet nie przekazałam tego mojej byłej teściowej wiedząc, że to i tak do niej nie dotrze. Było mi bardzo żal Doroty, ale nic nie mogłam dla niej zrobić, ostatni raz widziałam ją w sierpniu 2007 ciągle w zaawansowanej ciąży, ona sama nie chciała o tym rozmawiać, według niej wszystko było w porządku. Wyjechałam z Polski, od moich synów dowiedziałam się, że w święta 2007 już nie była w ciąży, że dziecko urodziła się martwe, po 2 latach ciąży, a dziewczyna no niestety pozostała zdecydowanie gruba już do dzisiaj z tego co mi wiadomo. Przez ostatnie 8 lat widziałam ją raz jeden 4 lata temu i z tego co wiem to wiąże się z różnymi facetami, niestety zbyt często zagląda do kieliszka, zaniedbała swój wygląd i wygląda na zdecydowanie więcej lat niż ma, no cóż ja nie umiałam jej pomóc, matka miała ostatnie zdanie i w końcu dziewczyna też była już dorosłą kobietą. Nie mam pojęcia w jaki sposób rozwiązała się ta ciąża urojona, ale wiem jedno na pewno bardzo odbiło się to na psychice i wyglądzie młodej dziewczyny. I takim to sposobem moja „kochana” teściowa zniszczyła życie kolejnemu dziecku.

Otagowane:  

Śpiewnik pobożnego kierowcy….

Dodano 16 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Z lekkim usmiechem, ale też całkiem poważnie….

Otagowane:  

Trudny temat, trudna sprawa…..

Dodano 26 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Będąc już tutaj w tym pięknym raju na ziemi zderzyłam się z wielkim wyzwaniem, nawet tutaj zdarzają się wielkie tragedie, wszędzie toczy się życie, dla jednych szczęsliwe, dla innych…. Otóż pewnego dnia koleżanka prosi mnie o przysługę, sama nie może nic zrobić, za dwa dni opuszcza wyspę na 2 tygodnie, a sprawa jest pilna, no co miałam robić, nie pomóc? Zawsze staram się pomóc w takich sytuacjach, więc kontaktuję się z Polską pytam w czym problem i jak mogę pomóc? No niby sprawa prosta, zdesperowana matka (80 letnia kobieta) szuka córki z którą straciła kontakt jakiś miesiąc temu, kobieta jest gdzieś na Teneryfie i prawdopodobnie w szpitalu, ale nikt nie wie nic więcej. Dobrze, pomogę na tyle na ile będę mogła, szukam numerów telefonu do 2 największych szpitali na wyspie i za pierwszym razem trafienie, jest, ale tutaj dopiero zaczyna się horror, nie dla mnie a dla rodziny tej kobiety. Pani z którą rozmawiałam w szpitalu jest bardzo miła i zdecydowanie zadowolona, że w końcu ktos pyta o te kobietę, która leży w szpitalu od 2 tygodni, nikt jej nie odwiedza, nie ma z nią żadnego kontaktu, wygląda na to że nie mówi po hiszpańsku, Pani prosi o wizytę, zgadzam się w końcu obiecałam pomoc. To co widzę w szpitalu i czego dowiaduję się w szpitalu zwala mnie z nóg, wielka tragedia inaczej tego nie nazwę, 50letnia kobieta (długoletni pracownik słuzby zdrowia, wspaniała położna) praktycznie leży na łóżku, w ciągu dnia sadzają na wózek (nie może chodzić) na mój widok zachowuje się jakby mnie znała, bo słyszy ojczysty język, ale nic do niej nie dociera, ona myśli że jest w domu w Polsce i zaraz przyjdą dzieci, straciła poczucie rzeczywistości, nie wie co się wokół niej dzieje straciła rozum… Od Pani dowiedziałam się, że trafiła do szpitala z dziwnym zatruciem, przywiózł ja jakiś muzułmanin, zabrał ze sobą jej wszystkie rzeczy, łacznie z dokumentami i od tamtej pory się nie pokazał, a problem całości polega na tym ze w szpitalu już nic więcej dla niej nie zrobią, trzeba ją zabrać do domu, albo do domu opieki, obiecuje ze postaram się to jakoś poukładać. Machina ruszyła, poinformowałam Polskę o sytuacji na wyspie, matka załamana bo to jej jedyne dziecko, były mąż i dorosły syn decydują się odebrać kobietę ze szpitala i przewieźć do Polski, wygląda na to, że sprawa załatwiona, jednak mija tydzień i nic, dzwoni Pani ze szpitala że rodzina zdecydowała że nie będzie nic robić i oddaja sprawę do ambasady Polskiej w Madrycie, dzwonię, pytam posiadając upoważnienie od matki i co faktycznie, były mąż się wycofał, syn również, co robić przecież ta kobieta nie może być wiecznie w szpitalu. Bardzo trudna rozmowa z matką i jeszcze trudniejsza decyzja i błaganie kobiety o pomoc, dlaczego znowu ja? Trudno, powiedziało się A więc trzeba powiedzieć B, sprawa jednak jest bardziej skomplikowana niż by się wydawało, kobieta nie ma żadnego dokumentu, trzeba załatwić transport, nie może lecieć sama, musi miec oprócz mnie (jako pełnomocnika matki) jeszcze jedna osobę z doświadczeniem medycznym, Pomyslałam, pokombinowałam i znalazłam, jednym słowem zafundowałam koledze tydzień wakacji na Teneryfie niestety na koszt tej biednej starszej Pani, ale co mogłam zrobić, moge pomóc lecz niestety nie finansowo, bilety kupione, więc za 3 tygodnie kobieta wróci do Polski, do rodziny, znajomych, wszyscy są pełni nadziei, że wśród swoich wróci do zdrowia. Ale jeszcze jedna ważna sprawa, dokumenty… na szczęscie w nieszczesciu mieliśmy umówioną wizytę w ambasadzie we własnej sprawie i nie trzeba ponosic dodatkowych kosztów, w ambasadzie dostaje dokumenty dzięki którym kobieta może opuścić wyspę. Dzień wylotu, z drugiego końca wyspy odbieramy schorowaną kobietę ze szpitala, z ledwościa udało sie ją doprowadzic do auta, jednak jest, siedzi, niby szczesliwa, tak się wydaje, ale prosi nie zostawiajcie mnie nigdzie, jaki ten los jest okrutny, przecież ja wcale jej nie znam. Siadamy do samolotu jako pierwsi z osoba niepełnosprawną, 6 godzin lotu to tragedia, ale jakoś się udało, na lotnisku w Poznaniu czeka juz karetka, podjeżdza pod samolot, ludzie nie wiedzą co się dzieje, zdziwieni, nic nie zauwazyli aby coś złego się działo, a jednak jedna z pasażerek trafia do ambulansu, który ma ją zawieźć do domu… O dziwo poznała obsługę karetki (przyjechali jej znajomi, dawni współpracownicy), wiem a przynajmniej wydaje mi się, że zostawiam ją w dobrych rękach. Ruszyli prosto do szpitala, do jej rodzinnego miasta, ja z kolega do domu, do siebie, mam tydzień w Polsce więc korzystając z okazji odwiedzam dzieci, rodzinę. Dalsze losy chorej kobiety monitoruję przez telefon i co się okazuje, tragedia, kilka dni w polskim szpitalu i kobieta nie wstaje z łóżka, nawet na wózek jej nie posadzą, pampersy (a przecież potrafiła powiedzieć), bo nikt nie będzie jej pilnował, zamiast poprawy stan się pogarsza, jest coraz gorzej, kobieta trafia do domu opieki, a tam juz tylko wegetacja, znajomi, rodzina przychodzili tylko po to, aby się posmiać, zobaczyć co stało się z piekną kiedyś kobietą, a to jej nie pomogło, wręcz przeciwnie. Dzisiaj kobieta jest wrakiem człowieka, nie ma żadnego kontaktu ze światem, nie wie co się wokół niej dzieje, nikogo juz nie poznaje, wyjeżdząjąc z wyspy była w zdecydowanie lepszej formie, a polska służba zdrowia zamiast jej pomóc doprowadziła do upadku człowieka.

Tak naprawdę nikt nie wie dokładnie co było bezpośrednią przyczyną utraty zdrowia psychicznego i fizycznego przez tą kobietę, z tego czego sie dowiedziałam od lekarzy na wyspie, najprawdopodobniej była więziona i przeżyła jakąś traumę a bezpośrednia przyczyną były jakieś narkotyki połączone z alkoholem, nasuwa się tylko pytanie czy ona sama się do tego doprowadziła czy ktoś jej pomógł. Otóż męzczyzna, który przywiózł kobiete do szpitala zjawił się jakiś tydzień po tym jak ona opuściła szpital, jakie było jego zdziwienie, że jej już nie ma, przeciez nie mogła opuścić wyspy bez dokumentów, tak myslał, wykrzykiwała że nie mogli tak zrobic, że to on ja tu przywiózł i tylko on miała prawo ją odebrać, ale na słowo policia, uciekł i więcej się już nie pojawił.

Tak moim zdaniem ta historia może być przestrogą przed dziwnymi znajomościami zwłaszcza w obcym kraju jeśli jest się samemu.

Otagowane: