Na szczęście skończyło się na strachu….

Dodano 7 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

     Dzień jak co dzień, nic się w sumie nie działo do wieczora. wybraliśmy się na zakupy, gdy byliśmy już w ostatnim sklepie nagle zadzwonił telefon, koleżanka szuka swojej mamy. Przerażona od kilku godzin nie ma z nią kontaktu, mówiła że idzie do pracy, gdzie nie dotarła, prosi nas o pomoc w dostaniu się do mieszkania swojej mamy bo nie wiadomo czy przypadkiem nie ma jej w środku.

           Wsiadamy w samochód i jedziemy do miejsca gdzie mieszka (również nasza znajoma) mama mojej koleżanki, na miejscu mąż dziewczyny już rozmawia ze strażą pożarną, z policją. No cóż moim zdanie troszeczkę się pospieszyli, ale wiadomo każdy by się martwił, piesek sam w domu, gdzie nigdy nie zostawiała go na długo samego, telefon dzwoni w domu, a drugi telefon nie odpowiada, obdzwonili już wszystkich znajomych i nikt nic nie wie.

          Po kilku minutach przyjeżdża straż pożarna i policja, rozpoczyna się akcja dostania się do mieszkania zaginionej. Na ośrodku (zamknięty ośrodek z mieszkaniami prywatnymi) zbiegowisko, wszyscy ciekawi co mogło się stać, gdyż jakieś dwa tygodnie temu na tymże ośrodku w pożarze zginęła matka z córką. Straż próbuje wyciąć kratę z okienka prowadzącego do łazienki, policja spisuje dane, po chwili zjawia się również karetka w razie czego. Zbiegowisko na całego, a w sumie nie wiadomo co się stało i czy coś w ogóle się stało.

          Moja koleżanka ciągle jeszcze próbuje dodzwonić się do jednej znajomej swojej mamy, która do tej pory nie odbierała telefonu jak i również na drugi telefon swojej mamy i w pewnym momencie ktoś odbiera telefon. Nie wiemy o czym rozmawia i z kim, ale mój partner podsłuchał, że ponoć była z nią 5 minut temu, szybka przybiega pod drzwi gdzie strażacy przecinają śruby od krat, aby poinformować ich by przestali, bo jest, znalazła się!

          Akcja ratownicza przerwana wszyscy rozchodzą się do domu, a my czekamy na winowajczynię tego całego zamieszania, po 20 minutach dociera do swojego domu i jakby jeszcze miała pretensje do wszystkich, po prostu zapomniała telefonu, a drugi pożyczyła koleżance i nie chciało jej się wracać do domu, do pracy nie dotarła bo gościa nie było w domu (sprząta w mieszkaniach), a ze spotkała znajomą to sobie poszły do baru na kawkę i spokojnie siedziały kilka godzin, nie zdając sobie sprawy co się dzieje.

          Teraz wspominając tą chwilę wszyscy się z niej śmiejemy, ale ile strachu wszystkim napędziła tego się nie da opisać, gdyż nie jest już najlepszego zdrowia, ma problemy z sercem i nawet tego dnia nie czuła się najlepiej. Po tej całej akcji dała już drugie klucze do mieszkania córce, tak na wszelki wypadek.

Otagowane:  

To może przydażyć się każdemu z nas – rodziców!

Dodano 3 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

     Bardzo długo zastanawiałam się czy dodać ten wpis czy nie, jednak w końcu zdecydowałam że napiszę dlaczego tak długo nie dodawałam nic konkretnego, dlaczego nie czytałam innych blogów.

Otóż wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące temu, zaczęły do mnie dochodzić słuchy, że coś złego dzieje się z jednym z moich synów, że rozstał się z dziewczyną z którą mieszkał od 4 lat, że wyprowadził się nie wiadomo gdzie i że wpadł w nieciekawe towarzystwo. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, gdyż zawsze uważałam chłopaka za bardzo rozsądnego i myślącego realnie.

     Pewnego wieczoru jednak okazało się, że to wszystko prawda, a co gorsze to najprawdopodobniej oprócz tych wszystkich złych wiadomości to nie dość, że wyprowadził się do jednej z najgorszych i najniebezpieczniejszych dzielnic Torunia to jeszcze zaczął brać narkotyki. To ostatnie to jednak było tylko podejrzenie, a nie sprawdzony fakt, szczerze ciężko mi było w to wszystko uwierzyć. Dziewczyna mojego syna była załamana, nie wiedziała co robić, jak mu pomóc wydostać się z tej sytuacji, poprosiła mnie o pomoc. Jednak w sumie cóż ja mogę na odległość?

      Rozmawiając z synem poprzez Facebooka wyczuwałam w jego głosie dziwne zachowanie, również podczas pisania jego wypowiedzi były niespójne, chaotyczne i czasami pozbawione sensu. Na każdą moją, nawet najmniejszą krytykę zaraz się obrażał.

Postanowiłam zafundować mu wycieczkę do mamy, na Teneryfę. Jak postanowiłam tak i zrobiłam kupiłam bilet w obie strony na 10 dni, aby go rozgryźć, aby się czegoś dowiedzieć, aby w jakikolwiek sposób pomóc.

Przyleciał, po pewnych problemach z dotarciem na lotnisko ale to mało ważne, najważniejsze że był. Ucieszyłam się bardzo choć na dzień dobry o mało nie poznałam syna, wychudzony, zakatarzony dosłownie cień człowieka, jednak on twierdził że wszystko jest w porządku i że przed wyjazdem pogodził się ze swoją dziewczyną, że wszystko już zrozumiał i teraz już będzie tylko dobrze. Zbił mnie tymi słowami z tropu, więc nie drążyła tematu ponieważ każdego wieczoru bardzo długo i  normalnie rozmawiał ze swoją dziewczyną za pomocą skypa, byłam zadowolona, że wszystko wróciło do normy. Widać było, że jest szczęśliwy i nie może doczekać się powrotu do ukochanej, ale jak się później okazało to wszystko było chyba tylko na pokaz, aby mama nie marudziła, aby nie drążyła tematu.

Po 10 dniach chłopak wrócił do Polski przez jeden dzień wszystko było super, jednak następnego dnia pojechał niby po swoje rzeczy i już nie wrócił, łaskawie napisał tylko smsa do dziewczyny, że to koniec. W tym czasie ja z moim partnerem i najmłodszym synkiem byliśmy w Szkocji i w sumie niewiele mogłam zrobić, na dniach mój starszy syn z żoną i córeczką mieli wyruszyć do nas na Teneryfę więc też nic nie mógł poradzić na zachowanie młodszego brata.

Wróciliśmy z wycieczki do domu gdzie czekała już na mnie rodzina, cieszyła się bardzo z nadchodzących świąt i z tego że spędzę je razem z wnusią i jej rodzicami, ale jednak nie przestawałam się martwić o młodszego chłopaka. Co będzie robił na święta? Czy się ogarnie i wróci do mimo wszystko czekającej  na niego dziewczyny? Pytania i brak odpowiedzi nie dawały mi spokoju, tym bardziej że z Polski wcale nie było ciekawych wiadomości.

Nadeszły święta, mój syn obrażony na cały świat, nie zauważał życzeń mu składanych twierdząc, że wszyscy o nim zapomnieli. Doniesienia o tym, że bierze narkotyki stawały się coraz bardziej pewne, a ja popadałam w coraz większą nostalgię i taką jakby niemoc, przecież nie mogłam nic zrobić, w żaden sposób pomóc.

  Nadszedł czas kiedy dzieciaki musiały już wracać do domu czyli ostatni dzień starego roku, mój młodszy syn informuje mnie że tę noc ma zamiar spędzić ze swoją dziewczyną, ale co się jednak okazuje tak się nie stało. Po raz kolejny mnie okłamał, choć przedtem nigdy tego nie robił, zawsze był szczery i uczciwy.

Nowy rok przynosi tragiczne wiadomości, podobno został złapany w sklepie na kradzieży choć oczywiście wszystkiego się wypiera, na domiar tego wszystkiego dostaję wiadomość że rozbił samochód, gdzie za miastem dachował i wylądował w rowie. Jedyną dobrą w tym wszystkim wiadomości to było to, że nikomu nic się nie stało podczas tego wypadku. Po tym wypadku wrócił mieszkać do swojej dziewczyny, jednak jego zachowanie wymagało wiele do życzenia, znikał gdzieś na całe dnie, dom traktował jak stołówkę i hotel mimo to jego dziewczyna miała anielską cierpliwość, aby to wszystko znosić gdyż bała się o niego, aby nie zrobił nic głupiego.

     Pewnego dnia pojechał do „kolegów” najprawdopodobniej po pieniądze na ratę w banku (gdyż był na tyle głupi iż pobrał coś dla kolegów na raty) i co się okazało to nie dość, że nie dadzą mu żadnych pieniędzy, że sam ma się martwić o swoje kredyty to jeszcze go pobili i zniszczyli auto, który na dodatek wracając do domu (za zbite lusterka i światła) dostał mandat jakby mało miał na głowie. Jednak jakby to większość powiedziała „ma czego chciał” albo „a nie mówiłam”.

Po tej nauczce, którą otrzymał od swoich pseudo kolegów chyba coś dotarło do tej opustoszałej głowy, zaczął myśleć jednak powoli, przestał jeździć nie wiadomo gdzie, przestał brać jakiekolwiek narkotyki (przynajmniej na to wskazuje zachowanie i wygląd), w ciągu tygodnie znalazł pracę na razie na umowę 3 miesięczną, a czy przedłużą to zależy już tylko od niego. Od tygodnia pracuje i widać, że próbuje naprawić swoje błędy, jednak mimo wszystko twierdzi że był zbyt dobry, nie widzi w sobie winy, a to źle niestety. Mam jednak nadzieję, że z czasem wróci ten kochany i rozsądny chłopak który wyjechał z Teneryfy, aby zamieszkać z dziewczyną w Polsce.

Tak w wielkim skrócie opisałam problem który mnie dotknął, a nigdy nie przypuszczałam że właśnie mnie może spotkać coś takiego, teraz jednak myślę że każdego może to spotkać nawet jak się najbardziej dba o dzieci.

Otagowane:  

Poniedziałkowe urwanie głowy…

Dodano 26 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Witam wieczorową porą  w pierwszy dzień tygodnia, a jeśli cały tydzień ma być taki jak dzisiejszy poniedziałek to ja dziękuję bardzo, rezygnuję na samym początku.

Co mi po zmianie czasu jak i tak obudziłam się godzinę przed budzikiem i koniec spania, zanim się człowiek dostosuje to cały tydzień minie. Wczoraj dzień pełen śmiechu, ale o tym napisze innym razem bo to długa bajka. A dzisiaj jak zwykle rano przygotowałam i wysłałam dziecko do szkoły, dzień zapowiadał się normalnie czyli spokojnie, bez gonitwy i braku czasu, jednak wyszło inaczej.

Zanim się zdążyłam pozbierać pierwszy telefon, a za nim spotkanie z szefem, no cóż przyleciał kilka dni temu na Teneryfę więc trzeba się spotkać pogadać, a najlepsze jest to że w knajpce przy kawie więc zero jakiegokolwiek stresu. Jednak nie było mi chyba dane spokojnie porozmawiać, bo telefon mi dzwonił co chwila, a że szef wyrozumiały nic nie mówił tylko spokojnie czekał. Co z tego jak skończyłam rozmowę prywatną dzwoni służbowy, no nie mam wyjście muszę odebrać, chwila i sprawa załatwiona. Jednak rozmowa służbowa zamiast trwać godzinkę trwała trzy, mimo wszystko załatwiliśmy wszystko co było do załatwienia i spokojnie wróciłam do domu.

Zdążyłam szybko przygotować jakiś posiłek dla moich chłopaków i kolejne spotkanie tym razem prywatno – służbowe jeśli mogę tak to nazwać, bo kobitkę widziałam po raz pierwszy, polecona przez moją serdeczną przyjaciółkę Pani miała kilka pytań. Dobrze mi się z nią rozmawiało i wydaje mi się, że osoba godna zaufania więc jeśli prosi o pomoc, pomogę na tyle na ile umiem, ale znowu telefon dzwonił kilkakrotnie, bo to ktoś coś i wyszło na to, że wszyscy dzisiaj czegoś chcą, o coś się pytają, a ja tylko grzecznie udzielam informacji.

Ogólnie jest w tej chwili 19.55 i mam nadzieję, że to już koniec telefonów na dzisiaj i że pomaganie innym kolejny raz nie wyjdzie mi bokiem, ale co mam zrobić że taka już moja natura, pomagam jeśli mogę…

Otagowane:  

Coś dla wielbicieli telenowel… i języka hiszpańskiego.

Dodano 23 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Witam i wiem, że ten wpis nie będzie dla wszystkich, dlatego tak jak napisałam w tytule jest to wpis dla tych którzy lubią telenowele, nie mówię o wszystkich telenowelach, mam na myśli meksykańskie produkcje, według mnie są one najlepsze, choć często mają wspólne wątki i tych samych aktorów. Jest na onecie pewien blog, który widnieje w moim spisie „Tutaj zaglądam” na którym znajdziecie wszystkie emitowane w TV4 telenowele, blog sam w sobie nie potrzebuje żadnej promocji gdyż ma świetną oglądalność, ale co mnie w nim urzekło? To ile pracy wkłada w ten blog autorka tego bloga, jaką rzetelną pracę wykonuje i za to należą się jej wielkie brawa. Wpadłam na jej blog przypadkiem szukając streszczeń pewnej noweli, która mnie bardzo zainteresowała i chciałam się dowiedzieć czegoś więcej, a akurat w tamtym momencie nie miałam zbyt wiele czasu na oglądanie odcinków po hiszpańsku, czyli do przodu, zanim pokaże się w polskiej telewizji. Na tym właśnie blogu znalazłam wszystko co mnie interesowało i tak śledziłam dodawane wpisy, nowe odcinki, nowe streszczenia. aż w pewnym momencie autorka zamieściła ogłoszenie, że potrzebuje lektora do tłumaczenia streszczeń jednej z telenowel, która jeszcze jest emitowana w TV4 pt „Dzikie serce”, zgłosiłam się i takim to sposobem w maleńkim stopniu przyczyniłam się do tworzenia tego wspaniałego bloga. Ta telenowela w Polskiej TV dobiega końca jednak około 3 tygodni temu rozpoczęto emisję kolejnej pod tytułem „Kotka”, dla mnie jest to bardzo ciekawa telenowela, nie zbyt długa z ciekawą historią. Również do tej telenoweli przygotowuję streszczenia więc jestem ciut do przodu z jej treścią, zapraszam wszystkich którzy lubią takie klimaty na blog http://telenovel.blog.pl/ oraz oglądanie w telewizji. Jak już wspomniałam blog nie wymaga żadnej promocji, ale mimo wszystko polecam, warto tam zajrzeć i samemu się przekonać ile pracy wkłada jego autorka.

A tak na marginesie właśnie oglądanie tych telenowel nauczyło mnie dużo jeśli chodzi o język hiszpański, poprawnego wysławiania się, składania zdań itp. To dla tych którzy uczą się języka w szkole czy gdziekolwiek i chcą go lepiej opanować, warto się wsłuchać w język, obejrzeć tłumaczony odcinek i oryginał, sprawdźcie sami, jednak coś z tego języka trzeba znać aby móc zrozumieć.

Otagowane:  
Otagowane:  

Strach ma wielkie oczy….

Dodano 10 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Oj tak i to w większości przypadków, strach ma wielkie oczy jak to się popularnie mówi, wspomnę króciutko jak to moje dziecko sobie poradziło w szkole, otóż jedyne co od niego usłyszałam to było standardowe dobrze, dopiero po jakimś czasie przyszedł i powiedział że Pani zabrała mu z ławki koleżankę z poprzedniej klasy i posadziła inna dziewczynkę, a on chciał siedzieć z Estrella, no cóż tak bywa podejrzewam ze Pani kierowała się tym, iż jego koleżanka jest bardzo wysoka i nie może siedzieć w pierwszej ławce, jednak zapewne gdy Pani pozna dzieci z powrotem posadzi te pannę blisko siebie, gdyż jest to bardzo pracowita dziewczynka jednak potrzebuje pomocy nauczyciela, gdyż sama sobie nie za bardzo radzi, ale to zobaczymy, jak zawsze czas pokaże.

Nawiązując do tematu, otóż wczoraj musiałam pojechać w jedno miejsce, moje autko stało kilka dni nie uzywane, mój partner powiadomił mnie tylko że trzeba podjechać na stację bo w jednym kole jest ciut mało powietrza, więc spokojnie wsiadłam z synkiem do auta i ruszamy. Pojechaliśmy, nie wiem ile udało nam się przejechac spokojnie może z 500 metrów i nagle trzaski, stuki i jakieś dziwne odgłosy dochodzące z dołu auta mnie przeraziły, miałam miejsce zjechałam na pobocze, synek wysiadł i mówi: „mama to koło” no co miałam zrobić, musiałam dzwonić po mojego ukochanego, gdyż w czasie gdy byłam w Polsce ktoś próbował włamać się do auta i zamek na „kipę” został zablokowany i trzeba go wymienić, więc sama nie byłam w stanie nic zrobić. Wiedziałam, że mój partner za chwilę dojedzie, aby mi pomóc wysiadłam z auta i patrząc na tą oponę stwierdziłam, że nic się nie stało, fakt brak powietrza ale do stacji by dojechał, ale kilka metrów za autem zauważyłam 5 litrową plastikową butelkę po wodzie i domyśliłam się że to ona powodowała ten rumor pod autem, sama z siebie się śmiałam, a mój partner gdy podjechał miał jeszcze większy ubaw i jak zwykle skwitował: „baba za kółkiem”, jednak to ten mój mały „mechanik” powiedział mi że to koło i sama w tamtym momencie byłam przekonana że złapałam „gumę”. Mały też się wtedy smiał, ale razem stwierdziliśmy, że ten hałas nas wystraszył i to całkiem na poważnie, nic podjechaliśmy ze 200 metrów dalej na stację, dopompowaliśmy powietrza i ruszyliśmy załatwiać sprawy. Teraz widzę, że jednak chyba lepiej samemu wysiąść i sprawdzić co się dzieje, niz od razu panikować. Ot taka przygoda z butelką po wodzie.

Pozdrawiam!!

Otagowane:  

Imigranci, temat ostatnich dni..

Dodano 3 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ja już nie mogę słuchać tego głupiego gadania, jednak czasem nie unikną słuchania wiadomości w polskiej telewizji i prawie za każdym razem temat imigrantów, portale społecznościowe też o nich huczą, a z dnia na dzień w całej Europie jest ich coraz więcej i coraz więcej problemów. Generalnie trzymam się z dala od polityki, to nie moja bajka i mnie nie interesuje, jednak sprawa imigrantów mnie bulwersuje, że zmuszają Polskę do ich przyjmowania. W Polsce przeciętny emeryt ma około 1000zł emerytury, a większość mniej, przeciętni Polacy zarabiają ciężko pracują i zarabiają mizerną najniższą krajową, a tu się słyszy, ze nie dość że ich się przyjmie to jeszcze dostaną od państwa po 1000zł zasiłku, za co się pytam? Jestem całkowicie przeciwna imigrantom spoza Europy, w większości są to islamiści a wiadomo co się działo przez lata z ludźmi tego wyznania, nie muszę chyba tego wszystkiego opisywać ile złego zrobili na całym swiecie, a teraz mamy ich przyjmowac w cywilizowanych krajach, mieszkając w Hiszpanii widziałam wielu imigrantów z Maroco którzy starali się o karty pobytu i do jakiegoś czasu były im wydawane i mogli więcej niż my europejczycy, później gdy zauważono że jest ich zbyt wielu i rozmnażają się na potęgę trochę przystopowano, nie wiem dokładnie jak jest na Teneryfie z przyznawaniem statusu rezydenta dla tych spoza Europy, wiem jedynie że procedura jest dość długa, ale jakie wymagania to nie wiem, jednak wymagania dla UE to 5100 euro na koncie, lub praca, do tego zameldowanie i prywatne ubezpieczenie dopiero wtedy otrzymamy status rezydenta Wysp Kanaryjskich, ograniczenia te zostały wprowadzone dlatego iz wielu turystów wykorzystywało łatwość otrzymania karty rezydenta, aby potem korzystać z 50% zniżki na wszystkie parki rozrywki i przeloty do Hiszpanii. Więc nie dziwię się że tak to zostało zrobione, aby ukrócić proceder oszustw i wykorzystywania państwa. Zapewne Hiszpania też będzie zmuszana do przyjmowania imigrantów jednak mam nadzieję, że nie będą ich pchać na Wyspy, tutaj każda Wyspa ma swoją autonomię i sama decyduje o swoich przepisach wewnetrznych. Jednak nie chciałabym też aby fala imigrantów zalała Polskę gdzie i tak jest bardzo ciężko żyć na jakimś poziomie, moi trzej synowie mieszkają w Polsce więc dobrze wiem za jakie marne pieniądze pracują i jak jest im cięzko utrzymać rodziny, pułap przyznawania pomocy od państwa (np głupi zasiłek rodzinny) jest dosłownie głodowy, a jak się przekroczy o parę złotych to można się z pomocą pożegnać. Jestem z zasady człowiekiem o dobrym sercu, ktory stara się pomagać innym jednak nie własnym kosztem, a tak zrobi Polska zgadzając się na ich przyjęcie. Takie jest moje zdanie, a Wasze??

Otagowane:  

Ciąża urojona….

Dodano 10 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć historię mojej chrześnicy, a co za tym idzie najmłodszej córki mojej teściowej. Mamy maj roku 2005 zostaję zaproszona na ślub, nie miałam pojęcia że w ogóle panna ma jakiegoś chłopaka, gdyż po rozwodzie już prawie nie utrzymywałam kontaktów z moja teściową, jedynie na urodziny mojej chrześnicy, a to było w sierpniu zeszłego roku, a wtedy to jeszcze o niczym nie było wiadomo. Ślub cywilny jak ślub potem małe przyjęcie, o dziwo w mieszkaniu chłopaka, a w sumie jego rodziców i była to jedna wielka pomyłka, bo nawet na święta w prawie każdym polskim domu jest więcej na stole, zero alkoholu (choć ja nie piję), atmosfera nijaka i dość szybko opuściliśmy  to przyjęcie, jednak kilka chwil rozmawialiśmy no i jakoś tak pochwaliłam się, ze jestem w ciąży. Panna młoda wtedy stwierdziła, że też już planują dziecko, ale jeszcze nie jest w ciąży. Normalne jak się zawiera małżeństwo myśli się o dziecku, ja niestety miesiąc później poroniłam i życie toczyło się dalej. Na początku następnego roku doszły mnie słuchy że moja chrześnica jest w ciąży i jakoś w październiku będzie rodzić, ucieszyłam się jednak sama zajęta własnym życiem nie bardzo miałam czasu aby ich odwiedzić, zbliżał się sierpień i urodziny Doroty i jak co roku chciałam się do niej wybrać, dowiedziałam się że jej małżeństwo się rozpadło, a ona uciekła do mamusi podobno mąż ją bił i znęcał się nad nią, więc chciał czy nie chciał poszłam do domu mojej teściowej. Przyszła matka wyglądała na kobietę w 7-8 miesiącu ciąży, nic nie wskazywało tragedii, mijał czas, mieliśmy już listopad a ona dalej w ciąży, zaniepokojona pytam się teściowej co mówi lekarz, w odpowiedzi słyszę ze się pomylił i termin jest na grudzień. Ja wtedy byłam już w ciąży z moim najmłodszym synkiem, ale nic im nie mówiłam, bo w końcu co ich to obchodzi. Nie odwiedzałam teściowej jednak wiedziałam co się tam dzieje bo jeszcze wtedy moi chłopcy odwiedzali babcię, mijają kolejne miesiące a Dorota dalej w ciąży, spuchnięta, z ogromnym brzuchem, a dziecka nie widać. Zdenerwowana całą sytuacją już w widocznej ciąży udałam się do domu teściowej, w sumie spędziłam tam parę minut bo to co usłyszałam po prostu mnie powaliło z nóg, na moje pytanie czy Dorota w ogóle była u lekarza usłyszałam ależ oczywiście i wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale lekarz się pomylił. Ile razy i o ile miesięcy może pomylić się lekarz. Gdy w czerwcu 2007 urodził się mój synuś, a moja chrześnica dalej była w ciąży, nie miałam już żadnych wątpliwości, że to ciąża urojona, już prędzej pytałam się mojego lekarza co zrobić z tym fantem, powiedział mi że tutaj tylko psycholog jest w stanie pomóc, więc nawet nie przekazałam tego mojej byłej teściowej wiedząc, że to i tak do niej nie dotrze. Było mi bardzo żal Doroty, ale nic nie mogłam dla niej zrobić, ostatni raz widziałam ją w sierpniu 2007 ciągle w zaawansowanej ciąży, ona sama nie chciała o tym rozmawiać, według niej wszystko było w porządku. Wyjechałam z Polski, od moich synów dowiedziałam się, że w święta 2007 już nie była w ciąży, że dziecko urodziła się martwe, po 2 latach ciąży, a dziewczyna no niestety pozostała zdecydowanie gruba już do dzisiaj z tego co mi wiadomo. Przez ostatnie 8 lat widziałam ją raz jeden 4 lata temu i z tego co wiem to wiąże się z różnymi facetami, niestety zbyt często zagląda do kieliszka, zaniedbała swój wygląd i wygląda na zdecydowanie więcej lat niż ma, no cóż ja nie umiałam jej pomóc, matka miała ostatnie zdanie i w końcu dziewczyna też była już dorosłą kobietą. Nie mam pojęcia w jaki sposób rozwiązała się ta ciąża urojona, ale wiem jedno na pewno bardzo odbiło się to na psychice i wyglądzie młodej dziewczyny. I takim to sposobem moja „kochana” teściowa zniszczyła życie kolejnemu dziecku.

Otagowane:  

Czy z normalnego dziecka można zrobić idiotę??

Dodano 7 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Chciałabym Wam przedstawić totalną nieodpowiedzialność, aby nie powiedziec głupotę mojej teściowej. otóż jak się orientujecie wśród jej dzieci jest o 5 lat młodsza siostra mojego męża upośledzona w jakis tam sposób, nie chodziła do zadnej szkoły, wykorzystywano ja do chodzenia po zakupy, a nawet żebrania na ulicy, no ale to za mało najlepiej byłoby pozbyc się jej z domu tylko jak to zrobić? A może znajdzie sie ktoś kto ja poslubi? Dziewczyna ze względu na chorobę urodą nie grzeszyła, niestety inteligencji za grosz, gdyż umysł dziecka, a ciało dorosłej kobiety, ale moja teściowa potrafi postawić na swoim. Znalazł się kandydat na męza, wpuściła go do domu, pozwoliła zrobić niepełnosprawnej córce dziecko więc szybko ślub, a potem problemy nikt z tą dziewczyną nie mógł zyć, ona nie nadawała się do samodzielnego wychowywania dziecka, więc oczywiście teściowa bierze dziecko pod swoje skrzydła (rodzina zastepcza), po 3 latach jakimś sposobem córka znowu spotyka się ze swoim męzem i bach kolejna ciąza, więc kolejne dziecko na barkach teściowej, starszy syn był traktowany normalnie, jeśli mozna by tak to nazwać natomiast z młodszego zrobili kompletnego idiotę i tak jest do tej pory. W tej chwili chłopcy mają 25 i 22 lata, starszy zrozumiał kilka lat temu jaka jest babcia i uciekł z tego koszmaru, natomiast młodszy wykorzystywany i sterowany w całym swoim zyciu siedzi tam i robi co babcia karze, aby tylko babcia miała na niego pieniądze. Skończył szkołę specjalną z bardzo dobrymi wynikami, ale co z tego? To całkiem normalny chłopak, a u lekarzy musi grać idiotę, co ten chłopak będzie miał z życia no raczej nic ciekawego to ja nie widze. A gdzie tu ja w tej całej sytuacji, otóż teściowa mając dwóch wnuków pod swoimi skrzydłami nie omieszkała skrzywdzić moich synów, bardzo rzadko zaglądał do nas ale gdy juz była za każdym razem coś ginęło, nawet ciuchy moich chłopaków, zabawki i inne rzeczy, była taka chwila gdzie potrzebowaliśmy pomocy, wystarczył tydzień pobytu mojej teściowej w moim domu, a już w zamrażalce brakowało połowy tego co było, środki chemiczne wszystko się pokończyło, no wolałam już więcej nie korzystać z jej pomocy, bo wychodzi na to że moje dzieci nie potrzebują nic, ale te wnuki które są z nią muszą mieć jak najlepiej kosztem innych. Nie wiem jak tak można, ale tak jest cały czas, dowiedziałam się kilka dni temu, że matka tych chłopców dlatego jest taka bo jak była mała spadła ze schodów i wtedy jej się coś poprzestawiało w głowie, tak babcia powiedziała jej synom ja znam inną wersję i bardziej prawdopodobną, ale cóz jak ktoś non stop kłamie gubi się w tym co mówi…

Otagowane:  

Wakacje i odpoczynek od wszystkiego…

Dodano 25 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No są wakacje i ciut Was tu zaniedbałam, ale sami wiecie jak to jest wśród codziennych obowiązków zawsze znajdzie się chwila na poczytanie i napisanie nowego postu, ale wakacje to ja teraz mam chyba od wszystkiego, nie mam czasu na przeglądanie poczty, a co dopiero na czytanie, ale wszystko nadrobię gdy tylko wrócę do domu. A teraz… czas w większości spędzam z dziećmi i wnusią, choc oczywiście musiał być również czas dla znajomych i przyjaciół, bo rodzina rodziną, ale jak się jest raz na rok w kraju to i innych trzeba odwiedzić.  No i tak załiczyłam super impreze u moich przyjaciół, było świetnie grill, zabawa i gadanie do białego rana i oczywiście nie zabrakło alkoholu choć ja z zasady nie piję a zwłaszcza mocnych trunków, jednak wypiłam ciut ale lajtowo za to moja przyjaciółka a lepiej nie gadać troszeczkę poszalała sobie ale przynajmniej było wesoło, ale aby było wesoło musi byc odpowiednie towarzystwo to podstawa. Zaliczyłam też mecz żużlowy na zywo, na naszym pięknym stadionie choc nie obyło się bez niespodzianek, otóż mecz był w niedzielę i dosłownie na kilka minut przez rozpoczeciem meczu zaczęło kropić, a po 2 biegu rozpętała się koszmarna ulewa i wichura łamiąca drzewa, organizatorzy jednak szybko przykryli tor i chwilowo przerwali zawody, no i przyszło nam czekać az przestanie padać, na szczęście siedzieliśmy w takim miejscu na stadionie gdzie nas deszcz nie dopadł, więc czekaliśmy najpierw ąz z nieba przestanie lać, a potem aż doprowadzą tor do jazdy, ale warto było czekać bo nasza druzyna wygrała i to w super stylu. No ot tyle się dzieje, spacerki z wnusią i inne obowiązki pochłaniaja czas, dzisiaj mój mały synek wybiera się z braćmi na lodowisko na ślizgawkę na co dzień nie może jeździć na łyżwach więc trzeba wykorzystać sytuację.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!!!

Otagowane:  

Kilka chwil wspomnień…..

Dodano 14 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dokładnie jutro miną dwa miesiące jak postanowiłam się tutaj zadomowić, wtedy nie myslałam ze znajdę tak wielu czytelników. Owszem przeglądajac blogi widziałam że wiele osób czyta i komentuje, ale czy moja pisanina znajdzie ta siłę przebicia? Nie wiedziała jednak mimo wszystko postanowiłam zacząć pisać, a że jedynym mozliwym dla mnie tematem wartym opisania w tamtym momencie było moje zagmatwane życie, więc od tego zaczęłam, wiele razy zastanawiałam sie nad spisaniem najważnieszych wydarzeń z mojego życia które na zawsze już chyba utkwiły w mojej pamięci jak ciernie, bo fakt jest faktem że najlepiej pamiętam te wszystkie złe chwile, tych dobrych szczęsliwych było o wiele mniej i pouciekały z głowy. Jak wiedzą moi czytelnicy to po latach udręki i smutku moje życie teraz toczy się szczęśliwie, nie moge narzekać, choć jak wszem i wobec wiadomo naród polski jest stworzony do narzekania, jeden na to, drugi na co innego ale każdy musi na cos ponarzekać. Nie jestem wyjątkiem też mi się zdarza ponarzekać na rózne rzeczy choc staram się nie. Teraz jestem w odwiedzinach u dzieci i wnusi, jest super, dzieciaki zadowolone bo mają ciut więcej czasu dla siebie bo babcia w domu, a ja choć przez chwile mogę nacieszyć się wnuczką, bo pewnie następny raz jak ją zobaczę to będzie za rok, będzie wtedy już biegać. Teraz ma prawie 8 mcy jest wesolutka, nikogo sie nie boi, do wszystkich usmiecha, widać że szczęśliwe dziecko, szkoda tylko że pogoda chwilowo byle jaka, ale mam nadzieję ze się poprawi. Na dzisiaj będę kończyć i chciałabym podziękować serdecznie wszystkim moim czytelnikom za zainteresowanie moim blogiem, moją bazgraniną i w ogóle. Pozdrawiam wszystkich serdecznie!!

Otagowane:  

Whatsapp. Czy wiecie co to takiego??

Dodano 11 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Witam serdecznie juz z zimnej Polski, doleciałam szczęśliwie choc droga zajęła nam sporo czasu, ale o tym to wiedziałam zanim wyleciałam z domu. Najpierw samolot, później oczekiwanie na Polskiego Busa, a gdy wsiedliśmy dziecko mi padło i spało juz całą drogę. Trochę cięzko bedzie mi się dostosować, gdy słońce świeci w okna od 6 rano (czyli 5 u mnie) a ja sie budzę i nie mogę spać, trochę udaje mi się poleżeć, ale i tak wstaje dość wcześnie, u nas słońce pokazuje się dopiero około 7.30 i tak mniej więcej wstajemy, a tu jest 8 godzina a ja juz twardo na nogach. No ale wróćmy do tematu, miałam pisać o pewnej aplikacji na smartfony o nazwie Whatsapp. Więc jak juz napisałam jest to aplikacja bezpłatna, łatwa do ściągnięcia na każdy ze smartfonów, ale bardzo ułatwia komunikację. Otóż, po zainstalowaniu tego oprogramowania pokazuje nam się kto z naszych znajomych według listy naszych kontaktów posiada ten program, na dzień dzisiejszy wystarczy nam tylko dostęp do internetu poprzez wifi lub dane komórkowe i z tej aplikacji możemy dzwonić, przesyłać wiadomości głosowe, tekstowe, zdjęcia, filmy i wszystko w sumie bez żadnych opłat, oprócz tych które ponosimy za posiadanie dostępu do internetu w telefonie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że możemy sie połaczyc z każdym kto posiada ten programik bez względu na to gdzie się znajduje, moze byc nawet na końcu swiata, a my się z nim połączymy na jego telefon w taki czy innym sposób nie ponosząc żadnych dodatkowych kosztów, owszem powiecie jest skype i inne programy, a i owszem jest teraz tego wszystkiego bardzo dużo, różne, różniste aplikacje jednak ta wydaje mi się bardzo prosta, przejrzysta i w Hiszpanii jest najbardziej popularnym programem do komunikacji, dzwięki dostosowują się do telefonu i słychać gdy dzwoni, czy przychodzi wiadomość w innych programach często jest z tym problem, próbowałam kilka aplikacji i zdecydowanie ta jest dla mnie najlepsza i polecam do sprawdzenia.

No to na dzisiaj tyle, postaram się zajrzeć do Was na blogi, bo odrobinke cięzko z braku czasu, ale będę musisała go znaleźć. Pozdrawiam i dziękuję wszystkim odwiedzającym mojego bloga!!

Otagowane:  

Dziecko uczy się mówić…

Dodano 27 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Myślałam, mysłam i nic nie mogłam wymysleć, co by tu dzisiaj napisać i tak jakos przypomniały mi się chwile gdy mój najmłodszy synek uczył się mówić, każdy z mojej czwórki zaczynał inaczej i w innym terminie jak to dzieci, każde jest inne, jednak mój najmłodszy miał mały dylemat, a dlaczego? No tak w domu mówiliśmy po polsku, na ulicy, w przedszkolu (polski żłobek) hiszpański i jak tu zacząć mówić? Gdy zaczynał wypowiadać swoje pierwsze słowa zauważyliśmy że ma problem z wypowiedzeniem litery „T” zamiast niej mówił „K” a tutaj to już był maleńki problem, więc od najmłodszego staraliśmy się aby na tatę wołał Papi lub Papa po hiszpańsku, pewnie zdziwi Was dlaczego, otóż w języku hiszpańskim słowo „kaka” to po prostu kupa, więc tak troszeczkę głupio by wygladało to na ulicy, natomiast moje kolezanki miały niezły ubaw i prowokowały małego, aby powiedział tata, a on wtedy kaka. Tak naprawdę to zaczął mówi dopiero gdy poszedł do szkoły (w Polsce to przedszkole) dla najmłodszych i od razu po hiszpańsku, kilka słów polskich zostało mu w pamięci, ale nie chciał w domu powtarzać polskich słów, zawsze było to dla niego za trudne i nie bardzo mu to wychodziło. Podczas mojej wizyty w Polsce razem z nim gdy miał 4 lata ludzie patrzyli ze zdziwieniem ja do dziecka po polsku a ono odpowiada w jakimś innym języku i trwał w swoim przekonaniu bardzo długo. Skończył 7 lat postanowiłam zapisać go do Polskiej szkoły przez internet, no może w końcu nauczy się mówić po Polsku, mozolnie to szło, ale starał się choć ciągle miał opory aby mówić. Wyjechałam do Polski na 2 miesiące, bo miała się urodzić moja wnusia, syn został z tatą i przy małym pomagała moja koleżanka, robiła z nim lekcje polskiego, a że ona sama nie zna hiszpańskiego więc jakoś musieli się dogadać. jakie było moje zdziwienie gdy mój syn z tata przyjechali do Polski na Święta Bożego Narodzenia, tylko na 3 tygodnie, synek bardzo się starał mówic po polsku aby dogadac się z rodzeństwem, choć jeszcze nie było to to. Jednak okazało się wszystko wielkim sukcesem, szkoła 3 tygodniowy pobyt w Polsce tak zmotywowało dziecko, że w tej chwili mówi bardzo dużo w ojczystym języku, w domu stara się wcale nie używac hiszpańskiego, chyba że nie może znaleźc odpowiedniego słowa. Tak więc cel osiągnięty, dziecko mówi po Polsku, teraz tylko pytanie czy uda mu się zdać egzamin w polskiej szkole, aby zdać do drugiej klasy, tego nie wiem bo jeszcze ciagle ma problemy z pisaniem i czytaniem, ale zobaczymy. Egzamin w sierpniu i musimy byc wtedy w Polsce, abyśmy dali radę i aby jemu się udało, jak nie da rady trudno, najważniejsze jest dla mnie to, że już mówi.

Otagowane:  

Po raz kolejny pomaganie innym wychodzi mi bokiem….

Dodano 19 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Coraz częściej zastanawiam się czy warto pomagać innym, tak po prostu z dobrego serca i sama nie wiem czy warto. Ale zacznę od początku, już tutaj na Teneryfie poznaliśmy pewną pare, nie byli małżeństwem, ale dziewczyna była w ciązy, na samym początku i bardzo się bała, ponieważ kilka razy już miała problem z donoszeniem przez te pierwsze tygodnie, miała też wtedy 13 letnią córkę z innym mężczyzną, który nie interesował się losem córki, więc obecny partner jakby zastępował jej ojca. Tym razem sie udało po kilku miesiącach urodziła im się śliczna coreczka, która zarówno dla mamy jak i dla taty jest całym swiatem, tata zrobiłby dla niej wszystko, jest jego jedynym ukochanym skarbem. Jednak sielanka tej pary nie trwała długo, dochodziło do różnych nieporozumień, których najczęstszym powodem była starsza córka dziewczyny. Nie wiem dokładnie co i jak bo nigdy nie interesuję się cudzym życiem jeśli ktoś mnie o to nie prosi i sam nic nie mówi. Jakieś dwa miesiące temu wszystko pękło i zostałam wmieszana w ich życie. Pewnego ranka zadzwoniła do mnie zapłakana koleżanka z prośbą o pomoc, przez telefon powiedziała mi tylko tyle, że jej partner dostał wyrok, dwa lata zakazu zbliżania się do niej i jej starszej corki i czy mogłabym pośredniczyć w przekazywaniu ich wspólnego dziecka na spotkania z tatą, prosiła bo nie ma tu nikogo innego komu mogłaby zaufać, aby zostawić dziecko choćby na 5 minut, zaszokowana cała sytuacją zgodziłam się i jak się domyslacie teraz ja za to płacę. Znam dwie wersje całej historii, a prawda zapewne leży gdzieś po środku, ale nie o to w tym chodzi. Na początku było wszystko dobrze, choć tata małej jest furiatem i ma totalnego bzika na punkcie córki, wyzwiska pod adresem byłej partnerki wpadały mi jednym uchem, a drugim wylatywały nie chciałam się mieszać w ich konflikt, po prostu przekazywałam wiadomości, ponieważ nawet nie kontaktują się przez telefon. tatuś małej miał pretensje, że matka pomimo że ma wykupiony karnet do parku rozrywki nie jeździ z dzieckiem przynajmniej raz w tygodniu, jemu cięzko zrozumieć że kobieta nie ma pieniędzy na paliwo aby robić tyle kilometrów, być może nie jest to aż tak daleko, a paliwo tutaj jest tanie, ale każda taka podróż to około 5 euro w obie strony, dla jednych to nic dla innych już sporo. Aby dziecko mogło jeździć z mamą do parku obiecał mi, nie jej prosząc o przekazanie informacji że co tydzień będzie dawal te 5 euro, aby pojechała i co drugi tydzień kolejne 5 na to aby przywiozła córkę, bo choć w wyroku było zapisane, że prawo do zabierania córki ma co 2 tygodnie na weekend, dogadali się oczywiście za moim pośrednictwem że będzie zabierał córkę w każdy piątek do niedzieli. Tydzień temu w niedzielę miał zostawić pieniążki za wyjazd w poprzednim tygodniu, otrzymał zdjęcia ze dziecko było, nie wiem czy zapomniał czy co, w sumie nie powinno mnie to interesować jednak dziewczyna faktycznie nie ma aż tyle kasy by jeździć i w tym tygodniu nie pojechała nigdzie z dzieckiem. Dzisiaj kolejny piątek, tata miał odebrać córkę ode mnie o 13tej, tak uzgodniłam między nimi i żartem przypomniałam mu o jego obietnicy, którą złożył mnie odnośnie kasy, jednak wszystkowiedzący Pan z ironią w tekście, że mam się nie wtrącać w jego życie tylko zająć się własnym. Napisałam mu, że chyba powinien zauważyć że żartuję, bo tak formułowałam tekst, aby nikogo nie urazić i by było widać żartobliwy ton, on to wziął tak poważnie, że dosłownie zrobił mi awanturę, że wpierdalam się dosłownie w jego życie i mam sie odczepić, mimo wszystko próbowałam załagodzić sytuacje pisząc, że jeśli w jakikolwiek sposób go uraziłam to przepraszam, bo na pewno tego nie chciałam, a to że mu przypomniałam to tylko dlatego że mnie to obiecał i sam prosił aby mu przypomnieć gdyby zapomniał, w odpowiedzi dostałam tylko jedno zdanie: „Obiecać coś to nie znaczy to spełnić…” Odpisałam mu że jeśli tak podchodzi do tego to jego sprawa ja już więcej nie będę się odzywać jedynie przekazywać wiadomości odnośnie kiedy ma zabrać lub oddać córkę. Przyjechał po małą z półgodzinnym opóźnieniem i od razu próbował mi zrobić jakąś awanturę, powiedziałam mu że nie chce z nim rozmawiać na ten temat, dopiero wtedy sie oburzył, mój partner próbował mu wytłumaczyć, aby przestał bo mnie boli głowa, to wychodząc tylko rzucił, a chuj mnie to obchodzi, że ja boli głowa i coś tam jeszcze ale już nie słuchałam, miałam dość. Czy ludzie nie potrafią docenić pomocy innych, widocznie tak już musi być, a dla mnie jeśli człowiek nie dotrzymuje własnych obietnic już nie wiele znaczy, nie obiecuje się niczego jeśli nie chcemy, czy nie możemy spełnić danej obietnicy. Dla mnie po raz kolejny pomoc innym wychodzi bokiem, najgorszy problem jest w tym że nie mogę się wycofać, tylko moja osoba podana jest w sądzie i we wszystkich innych instytucjach, no cóż bedę pomagac dalej, ale z mojej strony to już będzie pomoc tylko matce, ojciec niech zapomni, nie pozwole aby ktoś mnie upokarzał i wyżywał się na mnie bo ma zły humor albo cokolwiek innego, więc jeśli urażony pan zechce sobie pokrzyczeć, powyzywać itp niech znajdzie sobie innego kozła ofiarnego, ja już tego nie będę słuchać, a tym bardziej w jakikolwiek sposób temu panu pomagać.

Otagowane:  

Czy samotna matka może wychować syna……

Dodano 18 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ot, taka włąśnie mysl mi się nasunęła, czy samotna matka może wychować syna na porządnego człowieka, aby nie był tzw. „maminsynkiem”. Powiedzmy, ze mam troszkę w tym doświadczenia, pisze troszkę bo nie cały czas byłam samotną matką, ale jednak byłam i w tamtym momencie miałam do wychowania trzech, a nie tylko jednego chłopaka. Wiem, na pewno nie jest to łatwe każda matka stara się dbać o swoje dziecko, aby nic złego się mu nie przytrafiło, ale nie mozna tylko chuchać i dmuchać zwłaszcza na jedynaka. Mój najstarszy syn był wychowywany razem z ojcem do 14go roku życia i niestety przejął od niego najgorsze cechy charakteru, młodsi juz nie, nie zdążyli poznać aż tak dobrze swojego taty. Zawsze każdego z moich synów od najmłodszego uczyłam tego, że nalezy się dzielić tym co mamy, więc jeśli kupuję np batonika dla dziecka zawsze kupowałam również dla siebie, gdy nie było mnie na to stać i tak kupowałam dwa w obecności dziecka, jeden dla mnie drugi dla Ciebie i jakos udało mi się tak wykombinować, aby synek myslał że mama swojego zjadła a ten następny to już kolejny kupiony. Uczyłam chłopaków samodzielności, aby sami sprzątali swój pokój, aby sami robili sobie kanapki, a przede wszystkim szacunku dla drugiego człowieka i samego siebie. Starałam się być matką i przyjaciółką zarazem, zawsze chętnie wysłuchałam, ale nigdy nie narzucałam swojej woli nawet jeśli chodziło o naukę, cały czas im powtarzałam że uczą się dla siebie nie dla mnie i najważniejsze jest aby zdawali z klasy do klasy bez względu na wyniki, gdyż narzucanie musisz być najlepszy wcale nie wychodzi na dobre. Czasem chłopaki muszą dorosnąć, aby zrozumieć że wykształcenie jest ważne. Moi chłopcy zrozumieli to dopiero jako dorośli, bo sami wybierali takie szkoły byle szybciej skończyć, ale potem wkraczając w dorosłe życie stwierdzili, że brak tego wykształcenia blokuje jakieś drogi, którymi chcieliby iśc, więc nadrabiali i wszyscy zdali maturę i coś tam jeszcze dalej. Ale z czego najbardziej się cieszę to to że są samodzielni, nie trzymają się maminej spódnicy, bo mamusia najlepiej gotuje, bo mamusia wszystko poda itp Sami potrafią utrzymać dom, ugotować, uprać itp Jednak jeśli mają jakiś problem zawsze do mamy, bo mama zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie pomoże, a i owszem staram się jednak nigdy nie mówię musisz, zawsze jest tak że ja doradze a Ty i tak zrobisz jak zechcesz, jeśli popełnią błąd i stwierdzą że jednak mama miała rację potrafią się do tego przyznac, ale nie mają żalu do mamy, wiem że mnie kochają i darzą ogromnym szacunkiem i sa moją dumą.

Otagowane:  

Za poświęcony czas i okazaną pomoc kopa w d…..

Dodano 28 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Za poświęcony czas i okazaną pomoc kopa w d….. tak niestety często bywa w życiu, a w moim zdarzało się to nazbyt często zbyt długo za bardzo ufałam ludziom, choć dalej staram się pomagać jestem zdecydowanie ostrożniejsza, ale wracając do tematu z braku pracy siedzę w domu i mam sporo czasu więc udzielałam się na forach dotyczących Teneryfy, pisząc to co wiem aby pomóc tym niezorientowanym nie popełniać błędów. Wszystko to robiłam całkowicie bezinteresownie, ot po prostu dla własnej przyjemności, jakimś sposobem pewien człowiek z Polski chcący osiedlić się na Teneryfie dotarł do mojego skypa, fakt nie jest to trudne gdyz prawie wszędzie jest ten sam nick, ten sam mail. Odezwał się do mnie z wiadomością, że chce sie osiedlic na wyspie i czy mogłabym mu pomóc, jak to ja nie odmówiłam. Na początek chciał przyjechac z rodziną na 4 tygodnie na wakacje, aby sprawdzic jak tu się żyje, ile pieniędzy potrzeba itp. Tak więc załatwiłam mu na miesiąc mieszkanie w bardzo atrakcyjnej cenie, gdyz doba wynajmu 3 pokojowego mieszkania zaczyna się od 30 euro jeśli wynajmuje się na wakacje, czyli czas krótszy niż 3 miesiące, mnie udało się załatwić za 400 euro na cały miesiąc plus 50 euro tzw kaucji oddawanej po opuszczeniu mieszkania. Przylecieli, całą 4 osobowa rodziną, za moją fatygę przywieźli kilka drobiazgów z Polski o które poprosiłam i nie chcieli zwrotu pieniędzy, ok ja chciałam za wszystko zapłacić, nie oczekuję od ludzi zapłaty za pomoc. Gdy byli tutaj na miejscu pomogłam im w załatwieni wszelkich formalności związanych z wyrobieniem karty rezydenta, a to jeśli się nie zna języka w jakimkolwiek biurze kosztuje od 50 do 150 euro za osobę, ja zrobiłam to po prostu aby im pomóc, aby nie musieli wydawać aż tyle pieniędzy.  Nadszedł dzień wyjazdu i zwrotu kaucji (tych 50 euro) jednak osobiście nie mogli jej odebrać ponieważ klucze od mieszkania miałam oddać dopiero dzień po wyjeździe, zapytałam się więc w jaki sposób mam przekazać te pieniądze w odpowiedzi usłyszałam, że przyjade w lipcu juz na stałe to mi oddasz ( a był styczeń), spoko nie ma problemu. Byliśmy w sumie w kontakcie, ale takim luźnym, az tu nagle niespodzianka w marcu pan F. zjawia się z kolegą i zaraz do mnie dzwoni z pytaniem czy moge teraz podjechać po kasę? Po pierwsze byłam zdziwiona jego pojawieniem się, po drugie rzadko mam kasę w domu, zazwyczaj wszystko jest na koncie, więc grzecznie i kulturalnie mu odpowiadam, że w tej chwili to niemożliwe, że dopiero wieczorem, nie zdążyłam podac powodu a pan F. wpada we wsciekłość i zaczyna mi ubliżać od osób nieodpowiedzialnych, od złodziei i jeszcze tam gorszych, nie chcąc tego słuchać powiedziała że wieczorem przekażę mu te pieniądze. Nota bene klient jest właścicielem wielkiej firmy w Polsce, kamienicy w Krakowie i kasy przysłowiowo mówiąc ma jak lodu, do końca dnia juz się nie odezwał, wieczorem dałam koleżance moją karte do bankomatu (ponieważ wraz z męzem miała się z nim spotkać, ja już nie chciałam), aby wypłaciła te nieszczęsne 50 euro i mu oddała, jednak on stwierdził, że teraz to ma to już gdzieś i nie chce tych pieniędzy. Zostawiłam to tak jak było, nie będę się nikomu narzucać, ja nie mam sobie nic do zarzucenia, a on?? Przyjechali w lipcu całą rodziną i jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam go w drzwiach mojego domu z bukietem kwiatów i butelką dobrego likieru, jednak nawet pół słowa, które brzmiałoby jak przepraszam. To, że jestem z reguły miła i tolerancyjną osobą nie komentowałam niczego, ale nie ufałam już temu człowiekowi, tym razem musieli sobie radzić sami lub z pomocą innych osób, ja już im nie pomogę. Chociaż się zapierałam to i tak pośrednio jeszcze im pomogłam, może nie moimi rękoma ale mój Mateusz pomagał i w różnych sytuacjach, przy montażu anteny, przy problemach z autem, tyle że tym razem za każdą „pomoc” Mateusza płacił i gdybym tak robiła od początku pewnie nie było by tej całej zwady. Ludzie jednak nie wytrzymali na wyspie zbyt długo, nie wiem z jakiego powodu wrócili do Polski, ponieważ nasze kontakty tutaj były bardzo słabe, fragmentów z ich pobytu i powrotu do Polski dowiedziałam się od moich znajomych, a to co usłyszałam pewnego razu, odrobinę zatarło złe wspomnienia. Otóż pan F. wspominając pobyt na wyspie stwierdził, że tak naprawdę oprócz naszych wspólnych znajomych to jedynymi normalnymi osobami na wyspie to byliśmy właśnie ja i Mateusz. Być może ten typ człowieka nie potrafi powiedziec przepraszam, być może nie umie przyznać się do błędu, ale fakt jest taki poświęciłam swój czas, aby im pomóc nie oczekując niczego w zamiam, a dostałam to co dostałam…..

Otagowane:  

Trudny temat, trudna sprawa…..

Dodano 26 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Będąc już tutaj w tym pięknym raju na ziemi zderzyłam się z wielkim wyzwaniem, nawet tutaj zdarzają się wielkie tragedie, wszędzie toczy się życie, dla jednych szczęsliwe, dla innych…. Otóż pewnego dnia koleżanka prosi mnie o przysługę, sama nie może nic zrobić, za dwa dni opuszcza wyspę na 2 tygodnie, a sprawa jest pilna, no co miałam robić, nie pomóc? Zawsze staram się pomóc w takich sytuacjach, więc kontaktuję się z Polską pytam w czym problem i jak mogę pomóc? No niby sprawa prosta, zdesperowana matka (80 letnia kobieta) szuka córki z którą straciła kontakt jakiś miesiąc temu, kobieta jest gdzieś na Teneryfie i prawdopodobnie w szpitalu, ale nikt nie wie nic więcej. Dobrze, pomogę na tyle na ile będę mogła, szukam numerów telefonu do 2 największych szpitali na wyspie i za pierwszym razem trafienie, jest, ale tutaj dopiero zaczyna się horror, nie dla mnie a dla rodziny tej kobiety. Pani z którą rozmawiałam w szpitalu jest bardzo miła i zdecydowanie zadowolona, że w końcu ktos pyta o te kobietę, która leży w szpitalu od 2 tygodni, nikt jej nie odwiedza, nie ma z nią żadnego kontaktu, wygląda na to że nie mówi po hiszpańsku, Pani prosi o wizytę, zgadzam się w końcu obiecałam pomoc. To co widzę w szpitalu i czego dowiaduję się w szpitalu zwala mnie z nóg, wielka tragedia inaczej tego nie nazwę, 50letnia kobieta (długoletni pracownik słuzby zdrowia, wspaniała położna) praktycznie leży na łóżku, w ciągu dnia sadzają na wózek (nie może chodzić) na mój widok zachowuje się jakby mnie znała, bo słyszy ojczysty język, ale nic do niej nie dociera, ona myśli że jest w domu w Polsce i zaraz przyjdą dzieci, straciła poczucie rzeczywistości, nie wie co się wokół niej dzieje straciła rozum… Od Pani dowiedziałam się, że trafiła do szpitala z dziwnym zatruciem, przywiózł ja jakiś muzułmanin, zabrał ze sobą jej wszystkie rzeczy, łacznie z dokumentami i od tamtej pory się nie pokazał, a problem całości polega na tym ze w szpitalu już nic więcej dla niej nie zrobią, trzeba ją zabrać do domu, albo do domu opieki, obiecuje ze postaram się to jakoś poukładać. Machina ruszyła, poinformowałam Polskę o sytuacji na wyspie, matka załamana bo to jej jedyne dziecko, były mąż i dorosły syn decydują się odebrać kobietę ze szpitala i przewieźć do Polski, wygląda na to, że sprawa załatwiona, jednak mija tydzień i nic, dzwoni Pani ze szpitala że rodzina zdecydowała że nie będzie nic robić i oddaja sprawę do ambasady Polskiej w Madrycie, dzwonię, pytam posiadając upoważnienie od matki i co faktycznie, były mąż się wycofał, syn również, co robić przecież ta kobieta nie może być wiecznie w szpitalu. Bardzo trudna rozmowa z matką i jeszcze trudniejsza decyzja i błaganie kobiety o pomoc, dlaczego znowu ja? Trudno, powiedziało się A więc trzeba powiedzieć B, sprawa jednak jest bardziej skomplikowana niż by się wydawało, kobieta nie ma żadnego dokumentu, trzeba załatwić transport, nie może lecieć sama, musi miec oprócz mnie (jako pełnomocnika matki) jeszcze jedna osobę z doświadczeniem medycznym, Pomyslałam, pokombinowałam i znalazłam, jednym słowem zafundowałam koledze tydzień wakacji na Teneryfie niestety na koszt tej biednej starszej Pani, ale co mogłam zrobić, moge pomóc lecz niestety nie finansowo, bilety kupione, więc za 3 tygodnie kobieta wróci do Polski, do rodziny, znajomych, wszyscy są pełni nadziei, że wśród swoich wróci do zdrowia. Ale jeszcze jedna ważna sprawa, dokumenty… na szczęscie w nieszczesciu mieliśmy umówioną wizytę w ambasadzie we własnej sprawie i nie trzeba ponosic dodatkowych kosztów, w ambasadzie dostaje dokumenty dzięki którym kobieta może opuścić wyspę. Dzień wylotu, z drugiego końca wyspy odbieramy schorowaną kobietę ze szpitala, z ledwościa udało sie ją doprowadzic do auta, jednak jest, siedzi, niby szczesliwa, tak się wydaje, ale prosi nie zostawiajcie mnie nigdzie, jaki ten los jest okrutny, przecież ja wcale jej nie znam. Siadamy do samolotu jako pierwsi z osoba niepełnosprawną, 6 godzin lotu to tragedia, ale jakoś się udało, na lotnisku w Poznaniu czeka juz karetka, podjeżdza pod samolot, ludzie nie wiedzą co się dzieje, zdziwieni, nic nie zauwazyli aby coś złego się działo, a jednak jedna z pasażerek trafia do ambulansu, który ma ją zawieźć do domu… O dziwo poznała obsługę karetki (przyjechali jej znajomi, dawni współpracownicy), wiem a przynajmniej wydaje mi się, że zostawiam ją w dobrych rękach. Ruszyli prosto do szpitala, do jej rodzinnego miasta, ja z kolega do domu, do siebie, mam tydzień w Polsce więc korzystając z okazji odwiedzam dzieci, rodzinę. Dalsze losy chorej kobiety monitoruję przez telefon i co się okazuje, tragedia, kilka dni w polskim szpitalu i kobieta nie wstaje z łóżka, nawet na wózek jej nie posadzą, pampersy (a przecież potrafiła powiedzieć), bo nikt nie będzie jej pilnował, zamiast poprawy stan się pogarsza, jest coraz gorzej, kobieta trafia do domu opieki, a tam juz tylko wegetacja, znajomi, rodzina przychodzili tylko po to, aby się posmiać, zobaczyć co stało się z piekną kiedyś kobietą, a to jej nie pomogło, wręcz przeciwnie. Dzisiaj kobieta jest wrakiem człowieka, nie ma żadnego kontaktu ze światem, nie wie co się wokół niej dzieje, nikogo juz nie poznaje, wyjeżdząjąc z wyspy była w zdecydowanie lepszej formie, a polska służba zdrowia zamiast jej pomóc doprowadziła do upadku człowieka.

Tak naprawdę nikt nie wie dokładnie co było bezpośrednią przyczyną utraty zdrowia psychicznego i fizycznego przez tą kobietę, z tego czego sie dowiedziałam od lekarzy na wyspie, najprawdopodobniej była więziona i przeżyła jakąś traumę a bezpośrednia przyczyną były jakieś narkotyki połączone z alkoholem, nasuwa się tylko pytanie czy ona sama się do tego doprowadziła czy ktoś jej pomógł. Otóż męzczyzna, który przywiózł kobiete do szpitala zjawił się jakiś tydzień po tym jak ona opuściła szpital, jakie było jego zdziwienie, że jej już nie ma, przeciez nie mogła opuścić wyspy bez dokumentów, tak myslał, wykrzykiwała że nie mogli tak zrobic, że to on ja tu przywiózł i tylko on miała prawo ją odebrać, ale na słowo policia, uciekł i więcej się już nie pojawił.

Tak moim zdaniem ta historia może być przestrogą przed dziwnymi znajomościami zwłaszcza w obcym kraju jeśli jest się samemu.

Otagowane: