Ślub na Teneryfie….

Dodano 22 czerwca 2017, w miłość, rodzina, przez Maria Alejandra

Jak napisałam wczoraj w moim życiu wydarzyły się w ostatnim czasie, złe ale również dobre rzeczy. W poprzednim wpisie troszkę chaotycznie opisałam to co było złe, było to też w wielkim skrócie bo gdybym chciała opisać wszystkie sytuacje to wpis byłby znacznie dłuższy, jednak postaram się wpisywać różne sytuacje w osobnych wpisach.

Tak jak to ujęłam w tytule, to właśnie ta dobra rzecz która wydarzyła sie w moim życiu. Od grudnia przygotowywałam wszystko na ten piękny dzień, gdyż na początku grudnia poznałam datę I Komunii mojego synka i postanowiliśmy w tym samym czasie wziąć ślub i połączyć dwie imprezy. Zaprosiliśmy całą rodzinę z Polski, wiadomo był to dla nich dość wysoki koszt jednak staraliśmy się aby tutaj na miejscu już nie ponieśli żadnych kosztów związanych z pobytem na wyspie. Najważniejszym gościom czyli rodzicom zafundowaliśmy zarówno podróż jak i zakwaterowanie, na szczęście nasze mieszkanie jest na tyle duże byśmy pomieścili sporo osób. Goście zaczęli się zjeżdżać od 5.06, tego dnia odebrałam z lotniska jednego z moich starszych synów razem z żoną i moją ukochaną wnusią, 7.06 na wyspie wylądował mój drugi syn razem z narzeczoną i moim tatą (83lata) a godzinę później syn mojego męża (pisałam o nim w jednym z wpisów, jednak chłopak dorósł i zmądrzał i to bardzo więc teraz już między nami jest wszystko w jak najlepszym porządku). 07.06 wylądował również chrzestny mojego najmłodszego synka, a 08.06 przylecieli ostatni goście z Polski, rodzice męża, siostra z rodziną i starszy brat. Rodzinka była już w komplecie. Udało nam się tak pozałatwiać wszystko, że ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego został wyznaczony na 09.06, oczywiście nie obyło się bez niespodzianek, moja świadkowa mówiąc skromnie zaniemogła (niestety bardzo dobra , miła kobieta ale alkoholiczka, nie piła od roku i na tydzień przed ślubem zaskoczyła i chyba pije do tej pory, bo się nie odzywa), na dzień przed ślubem szybko udało mi się zmienić świadka na jednego z moich synów bo musiał to być ktoś kto mówi i rozumie język hiszpański. Tak więc 09.06.2017 o godzinie 12.30 przed Sędzią Pokoju wzięliśmy ślub cywilny w Registro Civil w miasteczku San Miguel de Abona na Teneryfie.

Następnego dnia czyli 10.06 o godzinie 11.00 rozpoczęła się uroczystość I Komunii mojego syna, wszyscy byli zachwyceni jego wyglądem, a ubrany był w śnieżno biały garnitur z super fryzurką wykonana przez brata, a opalone ciało dodawało mu tylko wielkiego uroku. Po uroczystości w kościele wszyscy goście, którzy przybyli udali się na finkę (krótko mówiąc, domek na wsi) gdzie już wszystko na nich czekało i rozpoczęliśmy świętowanie, najpierw I Komunii a potem weselisko.

dcs (219)

Takim oto tortem zakończyliśmy imprezę dziecka i zaczęła się zabawa dorosłych. Było to bardzo nietypowe wesele, owszem tańce, muzyka śpiew, ale największą atrakcją dla wszystkich był basen w którym koniec końców wylądowali wszyscy goście (oprócz dziadków oczywiście) w swoich wyjściowych strojach, nie oszczędzili nawet Panny Młodej, ale najważniejsze że wszyscy byli zadowoleni z imprezy.

Otagowane:  

Czyja to wina? Druga strona medalu.

Dodano 12 października 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Cofam się o 30 lat. Jako 19latka jestem w ciąży, niechcianej, nieplanowanej ale cóż jestem. Pisałam już o tym prędzej, teraz jednak postanowiłam napisać o tym z innego punktu widzenia, z innej perspektywy, na zimno bez emocji które wtedy mną targały.

Był rok 1985 w domu mam małe dziecko i kolejne w drodze. Z jednej strony byłam przerażona z drugiej zaś cieszyłam się choć bałam się bardzo, moja rodzina nie licząc męża nic nie wiedziała, było mi wstyd, jednak w tamtych czasach środki antykoncepcyjne były słabo dostępne, a prezerwatywa była dla mojego męża czymś czego się nie używa, ale nie o to mi chodzi, dotrwałam do 32 tygodnia ciąży, nie było wtedy jeszcze żadnych specjalistycznych badań, nie było USG i niby wszystko było w porządku. Jadę z bólami do szpitala, na izbie przyjęć wołają aby się spieszyć ale wszystko dobrze, ciekawostka no ale każdy ma prawo się pomylić. Na sali porodowej dosłownie wypluwam maleńką dziewczynkę, niestety nie słychać płaczu, położna z bardzo smutną miną informuje mnie, że córka nie żyje. Był to dla mnie ogromny szok, gdyż zawsze moim pragnieniem była córeczka. Z sali porodowej trafiam na oddział izolacyjny, gdzieś tam usłyszałam że dziecko nie zyje od tygodnia i miałam szczęście że akcja rozpoczęła się sama, bo inaczej mogłoby to się źle dla mnie skończyć.

Jakie z tego mozna wyciągnąć wnioski? Teraz całkiem na chłodno i po wielu doświadczeniach różnie się to odbiera. Wtedy nie zrobili nawet sekcji, nie można było stwierdzić powodu śmierci dziecka, jedyn fakt to było to że nie żyje, a może tak właśnie musiało być, może była tak bardzo chora że zmarła w łonie, mnóstwo pytań i brak odpowiedzi, być może gdyby była możliwość zrobienia wszystkich badań jakie w tej chwili są przeprowadzana możnaby było stwierdzić wcześniej że dziecko nie ma szans na przeżycie, że jest poważnie chore czy cokolwiek innego, gdybym wiedziała prędzej na pewno bym usunęła ciążę, byłby to dla mnie zdecydowanie mniejszy ból, gdybym nie znała płci dziecka, nie męczyłabym się tyle czasu, bo wbrew pozorom ciąża męczy choć cieszy i zdrowe silne dziecko rekompensuje cały ten ból, całe to zmęczenie.

Kolejną córkę urodziłam poprzez CC w rok i 2 mce później i tu też nie dane mi było cieszyć się zdrowym dzieckiem, być może nie byłam nigdy w stanie urodzić zdrowej, silnej córki jednak tego nie wiem. Moja maleńka córeczka zmarła w 3 dobie, tym razem jednak podobno zrobili sekcję i stwierdzili bardzo poważną wadę serca, która nie pozwoliłaby dziecku żyć, więc mimo wszystkich innych okoliczności i tak ta maleńka istotka byłaby skazana na śmierć, wtedy wyparłam z siebie te słowa, nie chciałam o nich pamiętać, bo strata kolejne córki bolała dużo bardziej.

Tak jak napisałam już wyżej gdybym miała możliwość i wiedziała na początku ciąży o tym że moje dziecko nie ma szans na życie usunęłabym, ale nie miałam takich możliwości, urodziłam i cierpiałam bardzo.

Bardzo mnie cieszy obecna technika i możliwości sprawdzenia jak rozwija się płód, czy ma szanse na normalne życie, czy ma szansę na to by cieszyć się tym życiem. Zdecydowanie większą traumą dla matki jest urodzić i zaraz stracić, niż podjąć decyzję o usunięciu rozwijającego się płodu, który nie ma szans na życie i szczęście, bywa że ma szanse na życie tylko pytanie jakie? Czy leżenie całe życie na łóżku, bez możliwości bycia samodzielnym to jest to czego byśmy chcieli dla swojego dziecka, raczej nie, raczej nikt nie chce takiego życia.

Otagowane:  

Co myślicie o tym jak muzułmanie traktują kobiety?

Mam znajome małżeństwo i czasami to aż mnie świerzbi,

aby coś powiedzieć, ale nie zupełnie chłopu tylko jego żonie,

są z Algierii ona oczywiście w tych ich ciuchach i chusta na głowie,

bo tak zwyczaj karze, a z tego co dowiedziałam się od innych

z ich kraju to zależy od decyzji męża, ale nie o to chodzi,

mają syna 9 lat i córkę 8 lat,

ojciec traktuje oboje równo, czyli nagradza i karze w ten sam

sposób, ale matka brak mi słów synowi wolno wszystko,

córce nic, 2 tygodnie temu urodził się im kolejny syn i córka

nawet nie może się zbliżyć do małego, a synowi nawet

pozwala go karmić.

Czasem mi tak żal tej dziewczynki, ale wygląda na to,

że matka wychowuje ją w taki sposób aby uważała,

że mężczyzna jest najważniejszy i jemu wolno wszystko,

jego należy słuchać, a o żywieniu to już się nie wypowiadam

bo dokładnie przestrzegają religii, mieszkając w kraju

katolickim nie uznają żadnych świąt nawet dla dzieci,

a one nie są w stanie zrozumieć dlaczego inne dzieci

mają tak a one nie :)

Otagowane:  

To może przydażyć się każdemu z nas – rodziców!

Dodano 3 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

     Bardzo długo zastanawiałam się czy dodać ten wpis czy nie, jednak w końcu zdecydowałam że napiszę dlaczego tak długo nie dodawałam nic konkretnego, dlaczego nie czytałam innych blogów.

Otóż wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące temu, zaczęły do mnie dochodzić słuchy, że coś złego dzieje się z jednym z moich synów, że rozstał się z dziewczyną z którą mieszkał od 4 lat, że wyprowadził się nie wiadomo gdzie i że wpadł w nieciekawe towarzystwo. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, gdyż zawsze uważałam chłopaka za bardzo rozsądnego i myślącego realnie.

     Pewnego wieczoru jednak okazało się, że to wszystko prawda, a co gorsze to najprawdopodobniej oprócz tych wszystkich złych wiadomości to nie dość, że wyprowadził się do jednej z najgorszych i najniebezpieczniejszych dzielnic Torunia to jeszcze zaczął brać narkotyki. To ostatnie to jednak było tylko podejrzenie, a nie sprawdzony fakt, szczerze ciężko mi było w to wszystko uwierzyć. Dziewczyna mojego syna była załamana, nie wiedziała co robić, jak mu pomóc wydostać się z tej sytuacji, poprosiła mnie o pomoc. Jednak w sumie cóż ja mogę na odległość?

      Rozmawiając z synem poprzez Facebooka wyczuwałam w jego głosie dziwne zachowanie, również podczas pisania jego wypowiedzi były niespójne, chaotyczne i czasami pozbawione sensu. Na każdą moją, nawet najmniejszą krytykę zaraz się obrażał.

Postanowiłam zafundować mu wycieczkę do mamy, na Teneryfę. Jak postanowiłam tak i zrobiłam kupiłam bilet w obie strony na 10 dni, aby go rozgryźć, aby się czegoś dowiedzieć, aby w jakikolwiek sposób pomóc.

Przyleciał, po pewnych problemach z dotarciem na lotnisko ale to mało ważne, najważniejsze że był. Ucieszyłam się bardzo choć na dzień dobry o mało nie poznałam syna, wychudzony, zakatarzony dosłownie cień człowieka, jednak on twierdził że wszystko jest w porządku i że przed wyjazdem pogodził się ze swoją dziewczyną, że wszystko już zrozumiał i teraz już będzie tylko dobrze. Zbił mnie tymi słowami z tropu, więc nie drążyła tematu ponieważ każdego wieczoru bardzo długo i  normalnie rozmawiał ze swoją dziewczyną za pomocą skypa, byłam zadowolona, że wszystko wróciło do normy. Widać było, że jest szczęśliwy i nie może doczekać się powrotu do ukochanej, ale jak się później okazało to wszystko było chyba tylko na pokaz, aby mama nie marudziła, aby nie drążyła tematu.

Po 10 dniach chłopak wrócił do Polski przez jeden dzień wszystko było super, jednak następnego dnia pojechał niby po swoje rzeczy i już nie wrócił, łaskawie napisał tylko smsa do dziewczyny, że to koniec. W tym czasie ja z moim partnerem i najmłodszym synkiem byliśmy w Szkocji i w sumie niewiele mogłam zrobić, na dniach mój starszy syn z żoną i córeczką mieli wyruszyć do nas na Teneryfę więc też nic nie mógł poradzić na zachowanie młodszego brata.

Wróciliśmy z wycieczki do domu gdzie czekała już na mnie rodzina, cieszyła się bardzo z nadchodzących świąt i z tego że spędzę je razem z wnusią i jej rodzicami, ale jednak nie przestawałam się martwić o młodszego chłopaka. Co będzie robił na święta? Czy się ogarnie i wróci do mimo wszystko czekającej  na niego dziewczyny? Pytania i brak odpowiedzi nie dawały mi spokoju, tym bardziej że z Polski wcale nie było ciekawych wiadomości.

Nadeszły święta, mój syn obrażony na cały świat, nie zauważał życzeń mu składanych twierdząc, że wszyscy o nim zapomnieli. Doniesienia o tym, że bierze narkotyki stawały się coraz bardziej pewne, a ja popadałam w coraz większą nostalgię i taką jakby niemoc, przecież nie mogłam nic zrobić, w żaden sposób pomóc.

  Nadszedł czas kiedy dzieciaki musiały już wracać do domu czyli ostatni dzień starego roku, mój młodszy syn informuje mnie że tę noc ma zamiar spędzić ze swoją dziewczyną, ale co się jednak okazuje tak się nie stało. Po raz kolejny mnie okłamał, choć przedtem nigdy tego nie robił, zawsze był szczery i uczciwy.

Nowy rok przynosi tragiczne wiadomości, podobno został złapany w sklepie na kradzieży choć oczywiście wszystkiego się wypiera, na domiar tego wszystkiego dostaję wiadomość że rozbił samochód, gdzie za miastem dachował i wylądował w rowie. Jedyną dobrą w tym wszystkim wiadomości to było to, że nikomu nic się nie stało podczas tego wypadku. Po tym wypadku wrócił mieszkać do swojej dziewczyny, jednak jego zachowanie wymagało wiele do życzenia, znikał gdzieś na całe dnie, dom traktował jak stołówkę i hotel mimo to jego dziewczyna miała anielską cierpliwość, aby to wszystko znosić gdyż bała się o niego, aby nie zrobił nic głupiego.

     Pewnego dnia pojechał do „kolegów” najprawdopodobniej po pieniądze na ratę w banku (gdyż był na tyle głupi iż pobrał coś dla kolegów na raty) i co się okazało to nie dość, że nie dadzą mu żadnych pieniędzy, że sam ma się martwić o swoje kredyty to jeszcze go pobili i zniszczyli auto, który na dodatek wracając do domu (za zbite lusterka i światła) dostał mandat jakby mało miał na głowie. Jednak jakby to większość powiedziała „ma czego chciał” albo „a nie mówiłam”.

Po tej nauczce, którą otrzymał od swoich pseudo kolegów chyba coś dotarło do tej opustoszałej głowy, zaczął myśleć jednak powoli, przestał jeździć nie wiadomo gdzie, przestał brać jakiekolwiek narkotyki (przynajmniej na to wskazuje zachowanie i wygląd), w ciągu tygodnie znalazł pracę na razie na umowę 3 miesięczną, a czy przedłużą to zależy już tylko od niego. Od tygodnia pracuje i widać, że próbuje naprawić swoje błędy, jednak mimo wszystko twierdzi że był zbyt dobry, nie widzi w sobie winy, a to źle niestety. Mam jednak nadzieję, że z czasem wróci ten kochany i rozsądny chłopak który wyjechał z Teneryfy, aby zamieszkać z dziewczyną w Polsce.

Tak w wielkim skrócie opisałam problem który mnie dotknął, a nigdy nie przypuszczałam że właśnie mnie może spotkać coś takiego, teraz jednak myślę że każdego może to spotkać nawet jak się najbardziej dba o dzieci.

Otagowane:  

Działo się wiele, a będzie się dopiero działo….

Dodano 25 listopada 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Troszeczkę długo mnie nie było, zaniedbałam wszystko, ale cóż czasami i tak bywa, że sie nie ma czasu na nic. Działo się wiele, goście nie byli długo, ale czas spędzaliśmy intensywnie na krótkim zwiedzaniu i plażowaniu bo pogoda mimo że mamy listopad to jest piękna, 23 stopnie w cieniu a o słońcu to już nie wspominam, wieczory spędzaliśmy oczywiście na dyskusjach i popijawie jak to bywa przy takich wizytach, a że ze mnie taki wielki pijak, że jak wypije jedno piwo to mam dość więc nawet nie mogłam im dotrzymać tępa, ale jak to faceci potrafią w siebie wlać sporo. Goście się wygościli i pojechali.

Po ich wyjeździe niestety dopadła mnie jakaś choroba i chciał czy nie chciał musiałam iść do lekarza, ale na szczęście już jest dobrze. Na domiar złego nagromadziło się mnóstwo pracy, którą musiałam ogarnąć i dopiero dzisiaj znalazłam chwilkę, aby na spokojnie usiąść do komputera.

Natomiast grudzień, oj będzie się działo i nie wiem czy uda mi się wygospodarować choć jeden dzień na jakiś wpis, może taki szybki z życzeniami świątecznymi, bo zaplanowany jest praktycznie calusieńki.

Tak więc 3 grudnia przylatuje do mnie z Polski najmłodszy z moich starszych synów i będzie z nami do 12 grudnia. 13 grudnia mamy chwilkę spokoju, ale już 14 grudnia całą naszą trójką ruszamy do Szkocji na krótkie wakacje przedświąteczne i wracamy 21 grudnia. Jednak to nie wszystko, w czasie gdy będziemy w Szkocji, dnia 17go grudnia przylatuje na Teneryfe, mój kolejny syn z żoną i moją wnusią i zostaną z nami do końca roku, niestety tak wyszło, że 4 dni będą musieli się ugościć sami, ale na szczęście mam tu kilka zaufanych osób, które się nimi zajmą w tym czasie.

Tak więc, w tym roku święta spędzę razem y wnusią i jej rodzicami i wierzę, że będą wesołe i szczęśliwe!!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!!

Otagowane:  

Wspomnienie czarnego krążka…

Dodano 17 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Lata temu miałam w domu mnóstwo „czarnych krążków” czyli płyt winylowych, które można było odtworzyć na adapterze i chyba większość z moich rówieśników posiadało takie cudo w domu. Jednym takim krążkiem była składanka przeznaczona najprawdopodobniej na wesela, stare piękne nagrania, które prezentuję poniżej. Wszystkiego Najlepszego! mam nadzieję, że Wam również spodobają się te stare piosenki, choć tak stare ale zawsze aktualne.

 

I czwarta Mieczysława Fogga ” Niech bija wszystkie dzwony” (jednak nie udał mi się jej znaleźć.)

A poniżej słowa jednej z tych piosenek, która najbardziej wpadła mi w ucho.

 

Ożeniło się chłopisko,
szkoda chłopa, mimo wszystko…

Był swobodny jak motylek,
miał wspaniałych przygód tyle,
wszystko, co najradośniejsze,
wszystko, co najprzyjemniejsze,
z życia brał.
Brakowało mu zwierzchnika,
kontrolera, kierownika
– no i ma czego chciał,
no i ma czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.
No i ma, czego chciał,
no i ma, czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.

Jak zarobił, to zarobił,
pojadł sobie, popił sobie,
szedł na tańce z kociakami
lub całymi wieczorami
w karty grał.
Brakowało mu kasjera,
co pieniądze by zabierał
– no i ma czego chciał,
no i ma czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.
No i ma, czego chciał,
no i ma, czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.

Palił bez opamiętania
– nikt mu tego nie zabraniał,
mógł w swym domu palić wszędzie:
gdzie się ruszył,
gęste kłęby dymu słał.
Dziś go zaczną bez wątpienia
odzwyczajać od palenia
– no i ma czego chciał,
no i ma czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.
No i ma, czego chciał,
no i ma, czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.

Lubił w butach i ubraniu
legnąć sobie na tapczanie,
co dzień robił to z lubością,
teraz już by się z pewnością
trochę bał.
Teraz musi, trudna rada,
w przedpokoju kapcie wkładać
– no i ma czego chciał,
no i ma czego chciał,
no i ma, no i ma, czego chciał.

Cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha…

Ale szkoda gadać więcej,
gdy ktoś oczy ma cielęce,
gdy za jedną tylko lata
– jakby wszystkie skarby świata
los mu dał.
Taki jest rozanielony,
zapatrzony, zachwycony
– widać ma, czego chciał.,
widać ma czego chciał,
widać ma, widać ma, czego chciał.
Widać ma, czego chciał,
widać ma, czego chciał,
widać ma, widać ma, czego chciał.

Otagowane:  

Nigdy nie mów dziecku że tata/mama jest zły/a…..

Dodano 16 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Według mojego skromnego zdania to chyba najgorsza krzywda jaką możemy wyrządzić własnemu dziecku oczerniając przed nim jedno z rodziców, przyjmijmy że jako kobieta będę pisać o tym, aby nie niszczyć reputacji ich ojca, ale i swojej własnej wzorując się własnym przykładem.
Tak mój ex małżonek nigdy nie był super tatą, ale też nie powiem aby był jakimś tyranem w stosunku do swoich dzieci, zawsze powtarzał że są dla niego wszystkim itp jednak gdy w innym związku urodziła mu się córka już nie dbał o synów, coraz mniej się nimi interesował, a gdy koniec końców wyprowadził się z domu całkiem przestał do nich się odzywać. Dzieci jak to dzieci często pytały o tatę, zawsze starałam się jakoś go usprawiedliwiać, ale nigdy nie kłamałam na jego korzyść czy niekorzyść, zawsze starałam się unikać krępujących pytań, a jeśli już padały to odpowiadałam zgodnie z prawdą, że tata nie jest zły i że to ja mu się znudziłam dlatego postanowił założyć drugą rodzinę, a nie że oni są czemukolwiek winni i zawsze gdy pytanie już było zbyt trudne i nie mogłam powiedzieć prawdy mówiłam, że jak sami będą dorośli to wtedy zrozumieją, bo teraz nie umiem im wytłumaczyć. Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, aby dzieci szanowały mnie i nienawidziły własnego ojca, ale on sam się o to postarał bo gdy synowie dorośli zamiast im pomóc on ich oszukiwał, tak całkowicie dzieci straciły do niego zaufanie.
Wiem, że gdybym mówiła im całą prawdę nie ukrywając niczego to pewnie nawet nie chcieliby mu dać tej szansy, jednak dla mnie było ważniejsze to by dzieci poznały same prawdę o ojcu, aby pokazał im jaki jest naprawdę, uważam że gdybym wbijała dzieciom kłamstwa do głowy, a po latach zorientowaliby się jaka jest prawda, że tata nie jest taki zły jak go opisywałam, to tylko ja bym na tym straciła w oczach własnych dzieci, gdybym zabraniała im czy jemu się z nimi widywać jako dorośli mieliby pretensje do mnie, ze to moja wina.
Uważam ,że matki zabraniając kontaktów ojca z dzieckiem robią krzywdę temu dziecku, ale jeszcze większą krzywdę robią samej sobie, bo te małe dzieci kiedyś dorosną, kiedyś zechcą poznać prawdę z drugiej strony i co wtedy?
Moje dzieci nie chcą znać własnego ojca, bo jest krótko mówiąc kanalią, ale to nie moja zasługa, ze tak myślą sam na to zasłużył, bo gdyby był dobrym ojcem jak sam twierdził dzieci nie odwróciłyby się od niego, nie znienawidziły własnego ojca, ale to te dzieci muszą same zdecydować jaki jest ojciec, a nie ktoś inny.

Otagowane:  

Zna ktoś może ten wiersz, a może i autora…

Dodano 15 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Kiedyś jak byłam jeszcze nastolatką miałam takie różne zeszyty z wierszami, a bo to jakieś miłostki się zdarzały, a to jakiś chłopak rzucił albo i nie rzucił bo nic nie było, ale tak się wydawało jak to u nastolatek bywa. Ale nie o tym chciałam, pamiętam dobrze jeden z tych wierszy i w sieci jakoś nie udało mi się nic znaleźć na ten temat, może ktoś, coś pamięta. A oto i wierszyk.

Koniec już teraz z nami
Otulmy się więc wspomnieniami
Co prawda cierpię tylko ja
Historia miłości swój koniec ma
Ale ma tylko dla Ciebie
Mam coś jeszcze od siebie
Coś co przetrzyma czasu szmat
I co nie zginie jako kwiat
Eukaliptus, róża, gerbery
Bo musisz odczytać pierwsze litery
I wtedy zrozumiesz tylko TY
Eukaliptus, fiołek, bzy…

Otagowane:  

Przecież każda matka kocha swoje dziecko, ale czy na pewno?

Dodano 14 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ciut długo mnie nie było, ale tak czasem bywa jednak nie zatrzymała mnie praca czy nadmiar obowiązków, a obietnica której musiała dotrzymać, bo taka już jestem jak coś obiecuję to staję na głowie, ale musi być jak powiedziałam i udało mi się na szczęście choć pochłonęło sporo czasu. Jednak wróćmy do tematu, czytając dzisiaj wpis pewnej bardzo młodej mamy http://sercabiciem.blogujaca.pl/ jak pięknie opisywała miłość i oczekiwanie do swojego dziecka przypomniała mi się historia życia mojego obecnego partnera i matki jego dzieci.

Pierwsze jego dziecko to zwyczajna wpadka, choć po czasie można powiedzieć, że został wrobiony w dziecko, gdyż jego partnerka niestety „robiła” sobie dzieci by żyć na ich koszt, ale cóż urodziła się śliczna córeczka którą kochali oboje jednak po półtora roku na świecie zjawił się pierwszy syn tej kobiety, zaraz po urodzeniu nie był ślicznym niemowlakiem i jej pierwsza reakcja była: „Ja nie chcę go oglądać” i niby zajmowała się dzieckiem ale z wielką niechęcią, gdy chłopiec miał 3 miesiące pojechała niby do pracy do Niemiec zostawiając dwójkę maleńkich dzieci i swoją 7 letnią córkę z pierwszego związku pod opieką ojca, zajmował się całą trójką jak umiał najlepiej kochając bezgranicznie każde z tych dzieci.

Mamusia wróciła po roku do Polski i tu niespodzianka „z brzuchem” wpadła do domu rodzinnego ojca jej dzieci i stwierdziła, że zabiera córki, a syna może sobie zatrzymać, która matka tak postępuje? No cóż, sprawa sądowa na której kobieta wyrzeka się syna, po prostu stwierdza, że ona go nie chce i nigdy nie chciała, oraz że nigdy go nie pokocha. Z przyczyn niezawinionych przez ojca był moment kiedy nie mógł się zająć chłopcem, musiał zarabiać na jego utrzymanie, chwilami maluchem opiekowała się babcia.

Kobieta urodziła kolejnego syna, który tym razem był dla niej wszystkim, jakimś nie wyjaśnionym sposobem (mój partner nie umie mi tego wyjaśnić, sprzeczki rodzinne jej zdolność przekonywania) znowu zamieszkali razem i kolejne dziecko, tym razem córka, jego syn miał wtedy 5 lat. Kobieta rodzi córkę i rejestruje w USC na swoje nazwisko, a ojciec „nieznany” bo tak dostanie więcej kasy na dziecko. Ojciec dzieci pracuje poza domem, bywa w nim 2 razy w miesiącu po 2 dni, jednak gdy najmłodsza córeczka kończy 3 latka dochodzi do niego, że pracuje ciężko na dzieci, a „jego kobieta” co i rusz spotyka się z innymi facetami więc wyprowadza się do domu swojej matki, nie ma tam warunków do zabrania syna, który w domu matki jest niechcianym złem, wszystko co się zdarzy to jego wina, dziecko jest traktowane jak popychadło i jak to dziecko na swój sposób próbuje się bronić, matka nie interesuje się wynikami ani zachowaniem dziecka w szkole, po prostu jest to jest i tyle. I po pól roku od jego rozstania z matką swoich dzieci mój obecny partner wiąże się ze mną, zamieszkujemy razem jednak cały czas pracuje w delegacjach.

Kilka miesięcy później dostają zlecenie w naszym mieście więc przynajmniej pół roku będzie na miejscu i co się dziej, gdy matka jego dzieci orientuje się w sytuacji, pakuje syna i bez zbędnych ceregieli każe mu iść mieszkać sobie do tatusia, co miałam zrobić zgodziłam się bo przecież nie zostawię dziecka na ulicy. Starałam się jak mogłam, traktowałam go na równi z moimi dziećmi, jednak to był strasznie zbuntowany mały chłopiec, który w obronie zawsze kłamał, starałam się to zrozumieć i tłumaczyć dziecku, choć niestety odbierał to inaczej.

Wyjechał z nami za granicę. Był z nami 5 lat choć miał bardzo trudny charakter starałam się zawsze go zrozumieć i pomóc, niestety przekonywania „mamusi” były silniejsze obiecała mu złote góry i nie wrócił z wakacji w Polsce, miał wtedy 15lat, zamieszkał ponownie z matką, ale szczęście trwało krótko bo zaledwie pół roku i mamusia ponownie wyrzuciła go z domu bo nie było z niego żadnych korzyści materialnych, w międzyczasie „zrobiła” sobie kolejne dziecko z 18latkiem (39letnia kobieta). Chłopak poszedł mieszkać do cioci, która starała się aby jakoś dotrwać do ukończenia przez niego 18 lat, aby nie trafił do żadnego ośrodka, do ojca miał żal, nie wiadomo za co, obrażał i ubliżał, mnie obwiniał o rozpad jego rodziny, o to że zabrałam im ojca, nie będę już przytaczać słów jakimi określił mnie i swojego ojca bo każdy jest w stanie wyobrazić sobie do jakich słów jest zdolny obecny nastolatek.

Dopiero gdy chłopak skończył 18lat odezwał się do ojca normalnie jednak z jego ust nie padło słowo „przepraszam”, cóż ojciec mu wybaczył całe zło, ja nie umiem niestety bo jeśli on nie umie przeprosić za swoje czyny ja nie jestem w stanie ich wybaczyć, mój partner o tym wie i nie ma do mnie za to żalu, rozumie moje podejście do sprawy, obecnie chłopak ma 19 lat i mieszka w Anglii chce przyjechać do ojca na święta, ja powiedziałam wyraźnie, nie chcę go widzieć dopóki nie przeprosi, co będzie zobaczymy, czas pokaże, ale jak sami widzicie nie każda matka kocha swoje dziecko.

Otagowane:  

Brak kontroli nad tonem własnego głosu i nadmierne gadulstwo.

Dodano 1 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zacznę od pytania, czy jest możliwy brak kontroli nad tonem własnego głosu? Moim zdaniem tak, bo sama mam z tym problem i nie tylko ja, ale również jeden z moich synów. Ja osobiście staram się kontrolować swój ton głosu, jednak czasami nieświadomie zdarza mi się najczęściej gdy opowiadam jakąś historię podnosić ton głosu, zazwyczaj nikt nie zwraca na to uwagi, jedynie mój tata który ze względu na swój wiek musi nosić aparat słuchowy zawsze zwraca mi uwagę, czy mogłabym trochę ciszej bo jemu aż w uszach huczy i nic nie rozumie. Jednak nie o mnie chciałam pisać, chciałam Wam opowiedzieć jaki to był jeden z moich synów, tak więc zaczął płynnie mówić w wieku 2 lat, co mnie bardzo cieszyło gdyż starsi raczej późno zaczynali mówić, a ten był inny i gadał bez przerwy od najmłodszych lat zadając 100 pytań do… Jakieś 4 miesiące przed ukończeniem 3 lat przyszedł do mnie z pytaniem: „Mama kupisz mi na gwiazdkę rower?” Stałam i patrzyłam na niego z niedowierzaniem, ale nie dlatego że chce rower, tylko ze sposobu w jaki to powiedział wymawiając bardzo wyraźnie literkę „r” z którą jak wiemy większość dzieci ma problemy, oczywiście dostał ten rowerek. Ten mały łobuz był bardzo zdolny, ale strasznie leniwy, wiedziałam że potrafi wymawiać dwuznaki, ale po co wolał mówić scotka, safa itp zamiast poprawnie, jedynym sposobem było przedrzeźnianie malucha, gdy coś takiego mówił ja powtarzałam za nim, a on zdając sobie sprawę z tego ze tak się nie mówi wchodził pod stół i mówił głośno i wyraźnie np „szczotka”, więc potrafił. Gdy poszedł do szkoły Pani od najmłodszych klas skarżyły się, ze dziecko na nią krzyczy, na początku wynikały z tego małe problemy jednak z czasem ja sama i nauczyciele zrozumieli, że ten jego krzyk nie wynika ze złej woli, ale z tego że nie kontroluje tonu swojego głosu. Nauczyciele starali się podchodzić do niego w taki sposób, aby nauczył sie nad tym panować było to ciężkie, bo nie dość że często krzyczał to jeszcze buzia mu się nie zamykała, tak jak w szkole tak i w domu. Pytał o wszystko, nawet o to co wiedział, o każdy drobiazg, non stop słyszałam tylko: po co? na co? dlaczego? itp. Gdy miał jakieś 10 lat wybraliśmy się na kilka dni nad Polski Bałtyk, kawałek drogi przed nami i z 3 godziny jazdy samochodem, jechaliśmy w siedem osób busem, więc było nas sporo, ale to nie miało znaczenia gdyż w samochodzie mój ukochany synuś non stop coś gadał, non stop o cos pytał, nie mogłam powiedzieć prosto z mostu : „zamknij się” bo to nie wypada tak mówić dziecku więc za pierwszym razem zwróciłam uwagę, ej młody weź sobie poczytaj reklamy a nie gadasz bez sensu, tak mijamy pierwszą reklamę a co robi moje dziecko? A i owszem, czyta ale na głos, wszyscy zaczęliśmy się śmiać i mówię, ale miałeś czytać sam dla siebie po cichu, dobra jedziemy dalej a on nadaje i nadaje, juz mi bark siły na ta gadułę i mówię, aby przestał mówić choć przez 5 minut bo aż głowa boli. Cóż wytrzymał zaledwie minutkę i od początku, a co to za miejscowość? A dlaczego się tak nazywa? A ilu może mieć mieszkańców ? I tak całą drogę. W tej chwili chłopak ma 21 lat, co do kontroli swojego tonu głosu, owszem stara się go kontrolować tak jak ja to robię, a do nadmiernego gadulstwa, no cóż mówi ciut mniej, od jakichś 4 lat zadaje mniej pytań, więc jakby się wszystko unormowało, ale co przeżyliśmy to nasze i miło wspomina się te wszystkie sytuacje z uśmiechem na twarzy.

No to na dzisiaj koniec serdecznie pozdrawiam moich czytelników i stałych gości!!

Otagowane:  

Niespełniona miłość…..

Dodano 28 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Historia ta jest prawdziwa jednak opisana okiem obserwatora, więc być może niektóre uczucia mogą być wyrażone bardziej albo mniej, jeśli komuś z moich czytelników, tych którzy znają mnie osobiście wpadnie do głowy kto to może być proszę pozostawić tą informację dla siebie, nie chciałabym zrobić nikomu przykrości publikując ten wpis, nawet jeśli obie z przedstawionych par już dawno nie są razem.

Więc zacznijmy od początku, przedstawię Wam dwie teoretycznie kochające się pary:

1. Pierwsza para to Ania i Jacek. Ona to rozwódka z dwójką dzieci po wielu przejściach, On to młody kawaler. Żyli ze sobą razem, ale jednak osobno, wiele czasu spędzali wspólnie, jednak łączył ich tylko namiętny seks, bo raczej nie miłość po tym co wynikło później. Był czas, że mieszkali wspólnie w jej domu, układało się dobrze, jednak czegoś w tym związku przez cały czas brakowało i żadne z nich nie było tak naprawdę szczęsliwe.

2. Druga para to Beata i Andrzej, para z długoletnim stażem małżeńskim, z dziećmi i niby szczęśliwym życiem. Była to para żyjąca pod jednym dachem od wielu lat, wspólnie wychowywali dzieci, jednak zarazem zyli obok siebie. Dla otoczenia i przyjaciól byli szczęśliwym, udanym małżeństwem, swoje problemy pozostawiali w zaciszu domowym tak aby nigdy nie ujrzały światła dziennego, jednak oboje byli nieszczęśliwi w tym związku.

 

Po krótce przedstawiłam Wam bohaterów mojej opowieści, a teraz zaczynamy. Andrzej był długoletnim znajomym Ani, a nawet więcej jej pierwszą dziecięca miłością, nie widzieli się wiele lat i pewnego razu wpadli na siebie przypadkiem i od tego czasu odnowili swoja znajomość. Bardzo często spotykali się w czwórkę, a także razem z dziećmi Ani i Andrzeja. Razem bywali na imprezach, gościli jedni u drugich i dobrze się wspólnie bawili. Ania była bardzo bystrą osobą i od razu zauważyła, że małżeństwo Andrzeja to jedna wielka farsa, on tego przed nia nie ukrywał gdyż Ania również była dla niego kimś więcej niż tylko zwykłą szkolną znajomością. Beata i Jacek pozostawali z boku nie zauważając jak rozwija sie romans Anki i Andrzeja, którzy skrzętnie ukrywali swoje spotkania. Tak ta dwójka spotykała się po kryjomu, nikt nie poznał ich tajemnicy, gdyż oboje byli bardzo dyskretni i zarazem nie chcieli ranić swoich współpartnerów, każde z nich miało w pewien sposób poukładane życie i ani jedno, ani drugie nie chciało z niego rezygnować. Kochali się bezgranicznie, ale ważniejsze dla nich było życie ich dzieci, nie mogli ogłosić wszem i wobec, ze się kochają, że bardzo chcieliby być razem, gdyż zapewne nie ucierpiałaby za bardzo na tym druga połowa związku, ale ich dzieci. Tak więc przez kilka lat spotykali się sporadycznie w róznych miejscach i sytuacjach. Ta sytuacja ciążyła obojgu, gdyż oboje bardzo dbali o swoje dobre imię i dzieci i wszystko co robili, aby ukryć swój romans robili dla dzieci. Ich romans umarł śmiercią naturalną w momencie gdy Anka rozstała się definitywnie z Jackiem, nie chciała wtedy spotykać się z nikim, chciała poświęcić cały swój wolny czas dzieciom i tak też zrobiła, choć przez czas gdy była sama miała nadzieję że Andrzej podejmie ważną decyzję o rozwodzie i będą razem jednak tak się nie stało. Po kilku latach poznała mężczyznę z którym chciał ułożyć sobie życie, wtedy powiedziała Andrzejowi, że owszem mogą się widywać, ale tylko jako przyjaciele, jeśli on nie był w stanie podjąć tej ważnej decyzji ona tez nie będzie wiecznie czekać, na cos co może nigdy się nie spełni.

Od tamtej pory Ania i Andrzej są dobrymi przyjaciółmi, którzy mogą rozmawiać ze sobą o wszystkim jednak nic więcej ich nie łączy, natomiast Jacek cóz ułożył sobie życie jak chciał z inną kobietą. Żona Andrzeja była tak pewna swego, że nie spodziewała się tego co stało się w momencie gdy najmłodsze z ich dzieci ukończyło 18lat. Andrzej zmęczony, znudzony małżeństwem które przez x lat było dla niego koszmarem złozył pozew o rozwód,. jednak dla niego i Ani to było już za późno. Jednak Andrzej uwolnił się z toksycznego związku i mógł poswięcić swój czas pracy, znajomym temu co lubi, jednak przez jego brak zdecydowania, poprzez brak odwagi jak sam przyznał stracił miłość swojego życia.

No cóż jak widzicie różne są historie życia i czasami warto zawalczyć o to co kochamy inaczej stracimy to bezpowrotnie. A skąd znam tak dobrze ich historię, to już niestety tajemnica, gdyż ich związek był ukrywany latami i żadne z nich nie chce aby w tej chwili nawet po latach ujrzał światło dzienne, dlatego też imiona zostały zmienione i może niektóre fakty pominięte.

Napiszcie swoje refleksje na ten temat, co Wy myślicie.

Otagowane:  

Taka to refleksja wpadła mi po opublikowaniu ostatniego mojego wpisu i moim zdaniem nie możemy mierzyć każdego jedną miarą. Każdy facet jest inny i wbrew pozorom jak mówi przysłowie” Okazja czyni złodzieja” nie każdy z mężczyzn od razu zdradzi swoją ukochaną jeśli tylko trafi się okazja. Otóż będąc jeszcze w Polsce udzielałam się w Klubie Sportowym, wspominałam o tym we wpisie o żużlu, ale nie o tym chciałam pisać. Więc w grupie było wiele osób, mężczyźni, kobiety, pary i małżeństwa. Razem organizowaliśmy przeróżne spotkania związane z meczami, ale też towarzyskie na grilu czy tańcach i tak na pewnej z imprez dotarły do mnie słuchy, że jedna z koleżanek nota bene ponoć szczęśliwa mężatka bywająca na wszystkich spotkaniach razem ze swoim mężem uwodzi innych facetów. Nie bardzo chciałam wierzyć, aby była do tego zdolna, jednak po wszystkich moich przejściach wiem, że wszystko jest możliwe. Bawiliśmy się super, ja i mój partner, jednak w pewnym momencie wybuchła awantura bo ktoś doniósł mężowi owej Pani, że zachowuje się niestosownie i wtedy się dowiedziałam od mojego partnera, ze jemu tez robiła dwuznaczne propozycję jednak ją zbył, w to że spuścił ją na drzewo to wierzę, jednak zastanawia mnie czy powiedziałaby mi wtedy o tym gdyby nie wybuchła ta awantura, być może bo raczej nie ma przede mną tajemnic, jednak czasem nie mówi o wszystkim, ale wiem że nie wynika to ze złej woli ale z nadmiaru pracy i tego, że o takich błahostkach szybko zapomina i czasem przy jakiejś okazji to wychodzi, bo właśnie często dowiaduje się czegoś po czasie i jego zdziwienie wtedy jest najzabawniejsze, a co nie mówiłem Ci o tym, a myślałem że mówiłem, a czasem faktycznie mi powie, a ja wysłucham i zapomnę to będzie tak długo drążył temat, aż sobie przypomnę kiedy i gdzie mi o tym mówił. Ot taka refleksja.

Otagowane:  

„Najlepsza koleżanka, to męża kochanka”

Dodano 24 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak na początek to mam pytanie, czy zgadzacie się ze stwierdzeniem w tytule? Ja twierdzę, że coś w tym jest. Wiele razy spotkałam się z tym tematem w książkach, wszechobecnych teraz serialach, a zwłaszcza w serialu „Zdrady” emitowanym na Polsacie, kilka razy zdarzyło mi się obejrzeć ten serial i akurat ostatni odcinek przypomniał mi jedną z moich sytuacji życiowych, którą zamierzam Wam teraz przedstawić. Tak więc 22 lata poznałam pewną kobietę, która była w tamtym momencie w bardzo podobnej sytuacji życiowej jaka mnie wtedy spotkała, zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo często spędzałyśmy razem czas, ja w tamtym momencie byłam w ciąży z moim 3 synem, było mi bardzo ciężko gdyż wiedziałam już wtedy, że mój obecnie ex małżonek mnie oszukuje, koleżanka była dla mnie wielkim wsparciem przed i po porodzie. Została chrzestną mojego wtedy najmłodszego syna, bardzo często bywała u mnie w domu, spędzałyśmy razem miło czas, wydawało mi się że wszystko jest super, ale do czasu. Gdy mój syn miał jakieś pół roku moja wtedy najlepsza koleżanka została u mnie na noc z dziećmi (miała dwie córeczki 4 i 6 lat), w nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy, wstałam zaniepokojona aby sprawdzić co się dzieje i to co zobaczyła zaparło mi dech w piersi, (w tamtym czasie mój ex spał już w pokoju syna) w pokoju z którego dochodziły dziwne odgłosy spała moja koleżanka wraz ze swoimi córeczkami, ale gdy tam zajrzałam nie była sama, w najlepsze zabawiała się z moim jeszcze wtedy ślubnym, w tamtym momencie najchętniej złapałabym ją i wyrzuciła za drzwi, ale była 4 nad ranem i nie mogłam, nie miałam sumienia wyrzucić dwójki małych dzieci na ulicę, nie wiem jakim cudem udało mi się spokojnie wytrzymać do czasu kiedy dziewczynki wstały, zjadły śniadanie i całkiem spokojnie z mamą opuściły mój dom. Tak to zakończyła się moja „przyjaźń” z tą kobietą, od tamtej pory praktycznie nie mam z nią żadnego kontaktu, próbowała przepraszać, tłumaczyć się jakoś jednak dla mnie żadne wytłumaczenie nie było jej usprawiedliwieniem, wtedy bardziej zabolała mnie jej zdrada niż zdrada mojego ex. Na Pierwszą Komunię mojego syna wysłaliśmy jej zaproszenie jednak się nie zjawiła, po latach mój żal do nie minął, a chciałam by matka chrzestna mojego dziecka była na jego święcie, jednak chyba wstyd za to co zrobiła jej nie pozwolił aby stanęła ze mną twarzą w twarz, mimo iż wiedziała że już dawno jestem po rozwodzie (od swojej siostry) to nie odezwała się do mnie do tej pory, z jej siostrą mam luźny kontakt przez FB ale na jej temat nie dyskutujemy, jeśli ona nie chce mnie znać choć minęło już tyle lat ja się prosić nie będę, nie potrzebne mi takie osoby w moim otoczeniu, zawsze w życiu stawiałam na uczciwość i wiele z tego powodu wycierpiałam, jednak mimo wszystko uczciwość jest dla mnie najważniejszą cechą ludzką i tylko takimi ludźmi staram się otaczać. Pozdrawiam serdecznie!!!

Otagowane:  

Coś dla wielbicieli telenowel… i języka hiszpańskiego.

Dodano 23 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Witam i wiem, że ten wpis nie będzie dla wszystkich, dlatego tak jak napisałam w tytule jest to wpis dla tych którzy lubią telenowele, nie mówię o wszystkich telenowelach, mam na myśli meksykańskie produkcje, według mnie są one najlepsze, choć często mają wspólne wątki i tych samych aktorów. Jest na onecie pewien blog, który widnieje w moim spisie „Tutaj zaglądam” na którym znajdziecie wszystkie emitowane w TV4 telenowele, blog sam w sobie nie potrzebuje żadnej promocji gdyż ma świetną oglądalność, ale co mnie w nim urzekło? To ile pracy wkłada w ten blog autorka tego bloga, jaką rzetelną pracę wykonuje i za to należą się jej wielkie brawa. Wpadłam na jej blog przypadkiem szukając streszczeń pewnej noweli, która mnie bardzo zainteresowała i chciałam się dowiedzieć czegoś więcej, a akurat w tamtym momencie nie miałam zbyt wiele czasu na oglądanie odcinków po hiszpańsku, czyli do przodu, zanim pokaże się w polskiej telewizji. Na tym właśnie blogu znalazłam wszystko co mnie interesowało i tak śledziłam dodawane wpisy, nowe odcinki, nowe streszczenia. aż w pewnym momencie autorka zamieściła ogłoszenie, że potrzebuje lektora do tłumaczenia streszczeń jednej z telenowel, która jeszcze jest emitowana w TV4 pt „Dzikie serce”, zgłosiłam się i takim to sposobem w maleńkim stopniu przyczyniłam się do tworzenia tego wspaniałego bloga. Ta telenowela w Polskiej TV dobiega końca jednak około 3 tygodni temu rozpoczęto emisję kolejnej pod tytułem „Kotka”, dla mnie jest to bardzo ciekawa telenowela, nie zbyt długa z ciekawą historią. Również do tej telenoweli przygotowuję streszczenia więc jestem ciut do przodu z jej treścią, zapraszam wszystkich którzy lubią takie klimaty na blog http://telenovel.blog.pl/ oraz oglądanie w telewizji. Jak już wspomniałam blog nie wymaga żadnej promocji, ale mimo wszystko polecam, warto tam zajrzeć i samemu się przekonać ile pracy wkłada jego autorka.

A tak na marginesie właśnie oglądanie tych telenowel nauczyło mnie dużo jeśli chodzi o język hiszpański, poprawnego wysławiania się, składania zdań itp. To dla tych którzy uczą się języka w szkole czy gdziekolwiek i chcą go lepiej opanować, warto się wsłuchać w język, obejrzeć tłumaczony odcinek i oryginał, sprawdźcie sami, jednak coś z tego języka trzeba znać aby móc zrozumieć.

Otagowane:  

Wyprowadziłam się na „koniec świata”…

Dodano 16 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Czasami tak właśnie myślę, że wyprowadziłam się na koniec świata, tak bardzo daleko od bliskich, bo nie powiem od domu, iż dom to nie cztery ściany, a miejsce w którym mieszkamy, żyjemy i czujemy się szczęśliwi, spełnieni. Więc mój dom jest tutaj na Teneryfie, razem z moim partnerem i synkiem, choć bardzo brak mi moich starszych synów, za którymi bardzo tęsknię i tak bardzo chciałabym im pomóc, dać im wszystko na co zasługują, a sama muszę „walczyć o przetrwanie”. Może to tak dziwnie powiedziane, ale tak muszę żyć normalnie, a nie jest to łatwe gdyż z pracą ciężko, nie powiem aby mi czegoś brakowało, na życie wystarcza, jednak czuję jakiś niedosyt, brak możliwości pomocy dzieciom, już nie mówię tylko o stronie finansowej, ale również o swojej obecności. Mamy dobry kontakt, jednak czasem to za mało. tak mi brak moich synów, oni są częścią mojego życia i gdybym tylko mogła oddałabym wszystko, aby oni byli szczęśliwi. Bardzo się cieszę z każdego ich sukcesu, a czasami mnie zaskakują, jeden właśnie awansował w pracy, drugi zrobił kurs, aby znaleźć lepszą pracę i jeszcze robi 2 dodatkowe. sami doskonale dają sobie radę i za każdą moją pomoc serdeczne dziękują, nigdy o nic nie proszą bo wiedzą, że nam też nie jest lekko. Ja jednak gdy tylko mogę staram się im pomóc, wesprzeć radą i uśmiechem. Dla moich dzieciaków najważniejsze jest, abym zawsze była uśmiechnięta i szczęśliwa i dla nich będę, choćby na końcu świata, ale będę szczęśliwa, może kiedyś nadejdzie czas że nie będę się musiała martwić każdym dniem, czy wystarczy na wszystko i będę mogła wspomóc moje ukochane dzieciaki. Tutaj w miejscu tak odległym od rodzinnego miasta jestem szczęśliwa mimo tęsknoty za najbliższymi, żyje dniem dzisiejszym i nie zamartwiam się tym co będzie, jak na razie jest dobrze i aby tak dalej.

Otagowane:  

Pierwszy dzień w nowej szkole!!

Dodano 9 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No i nareszcie spokój w domu, dziecko poszło do szkoły więc na spokojnie mozna usiąść do komputera, nikt nie marudzi że ja też chcę. Bez tego małego łobuziaka w domu choc przez kilka godzin można odpocząć, spokojnie posprzątać i w ogóle. Tak więc moje najmłodsze dziecko dzisiaj po raz pierwszy poszło do nowej szkoły, ma dopiero 8 lat a to już jego trzecia szkoła nie licząc polskiej. Rok chodził w Hiszpanii do grupy 3 latków, później po przeprowadzce na Teneryfę 4 lata chodził do jednej szkoły jednak gdy zmienilismy miejsce zamieszkania również synek był zmuszony do zmiany szkoły, nie bardzo był zadowolony na poczatku jednak podczas wakacji się przekonał, a dzisiaj był bardzo zadowolony, a gdy dotarł do szkoły cieszył się jeszcze bardziej gdyż razem z nim szkołę zmieniła jego koleżanka z klasy i trafiła do tej samej klasy co mój łobuziak. Usiedli razem w ławce i to na dodatek pierwszej zaraz przy wychowawczyni, mam nadzieję, że równiez wychowawczyni mu się spodoba, na pierwszy rzut oka jest bardzo miła, ale jak jest faktycznie to sie okaże. Również po raz pierwszy będzie dzisiaj sam wracał ze szkoły ponieważ w poprzednim naszym miejscu zamieszkania dojeżdżał do szkoły szkolnym autobusem gdyż było dość daleko i sam nie mógł chodzić choć bardzo chciał.Teraz też nie ma szkoły pod domem, bo piechotką jakieś 15 minut ale z kolegami zawsze raźniej, a ma kilku kolegów mieszkających obok nas. Refleksje z pierwszych dni szkoły mogę opisać później jeśli w ogóle moje dziecko coś więcej powie oprócz słowa „dobrze”, bo to u niego standard, nawet po egzaminie w Polsce gdy spytałam się jak było i co robił to skwitował że było dobrze, a co robił to nie muszę wiedzieć. Nikomu nie powiedział o co go pytali i w ogóle. Taka krótka notka choć długo mnie nie było, ale teraz muszę się zabrać za sprzątnięcie pokoju tego małego łobuziaka bo z nim się nie da, a trzeba wykorzystać jego nieobecność. Pozdrawiam wszystkich moich czytelników serdecznie!

Otagowane:  

Imigranci, temat ostatnich dni..

Dodano 3 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ja już nie mogę słuchać tego głupiego gadania, jednak czasem nie unikną słuchania wiadomości w polskiej telewizji i prawie za każdym razem temat imigrantów, portale społecznościowe też o nich huczą, a z dnia na dzień w całej Europie jest ich coraz więcej i coraz więcej problemów. Generalnie trzymam się z dala od polityki, to nie moja bajka i mnie nie interesuje, jednak sprawa imigrantów mnie bulwersuje, że zmuszają Polskę do ich przyjmowania. W Polsce przeciętny emeryt ma około 1000zł emerytury, a większość mniej, przeciętni Polacy zarabiają ciężko pracują i zarabiają mizerną najniższą krajową, a tu się słyszy, ze nie dość że ich się przyjmie to jeszcze dostaną od państwa po 1000zł zasiłku, za co się pytam? Jestem całkowicie przeciwna imigrantom spoza Europy, w większości są to islamiści a wiadomo co się działo przez lata z ludźmi tego wyznania, nie muszę chyba tego wszystkiego opisywać ile złego zrobili na całym swiecie, a teraz mamy ich przyjmowac w cywilizowanych krajach, mieszkając w Hiszpanii widziałam wielu imigrantów z Maroco którzy starali się o karty pobytu i do jakiegoś czasu były im wydawane i mogli więcej niż my europejczycy, później gdy zauważono że jest ich zbyt wielu i rozmnażają się na potęgę trochę przystopowano, nie wiem dokładnie jak jest na Teneryfie z przyznawaniem statusu rezydenta dla tych spoza Europy, wiem jedynie że procedura jest dość długa, ale jakie wymagania to nie wiem, jednak wymagania dla UE to 5100 euro na koncie, lub praca, do tego zameldowanie i prywatne ubezpieczenie dopiero wtedy otrzymamy status rezydenta Wysp Kanaryjskich, ograniczenia te zostały wprowadzone dlatego iz wielu turystów wykorzystywało łatwość otrzymania karty rezydenta, aby potem korzystać z 50% zniżki na wszystkie parki rozrywki i przeloty do Hiszpanii. Więc nie dziwię się że tak to zostało zrobione, aby ukrócić proceder oszustw i wykorzystywania państwa. Zapewne Hiszpania też będzie zmuszana do przyjmowania imigrantów jednak mam nadzieję, że nie będą ich pchać na Wyspy, tutaj każda Wyspa ma swoją autonomię i sama decyduje o swoich przepisach wewnetrznych. Jednak nie chciałabym też aby fala imigrantów zalała Polskę gdzie i tak jest bardzo ciężko żyć na jakimś poziomie, moi trzej synowie mieszkają w Polsce więc dobrze wiem za jakie marne pieniądze pracują i jak jest im cięzko utrzymać rodziny, pułap przyznawania pomocy od państwa (np głupi zasiłek rodzinny) jest dosłownie głodowy, a jak się przekroczy o parę złotych to można się z pomocą pożegnać. Jestem z zasady człowiekiem o dobrym sercu, ktory stara się pomagać innym jednak nie własnym kosztem, a tak zrobi Polska zgadzając się na ich przyjęcie. Takie jest moje zdanie, a Wasze??

Otagowane:  

Rozpoczęcie roku szkolnego, ale nie wszędzie….

Dodano 2 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak właśnie wczoraj rozpoczął się nowy rok szkolny w Polsce, dzieci w Szkocji chodzą do szkoły już tydzień albo i dwa, a w Hiszpanii te najmłodsze rozpoczynaja dopiero 9 września, a starsze 14, taki system i w sumie co roku inaczej. Tak więc mojemu synkowi pozostał jeszcze tydzień wakacji choć już nie może się doczekać kiedy pójdzie do szkoły, a że od tego roku szkolnego idzie do nowej więc jest bardzo ciekawy , co i jak będzie. Jak zapewne większość z Was się orientuje mój synek ma 8 lat i w tym roku idzie do 3 klasy, a do szkoły chodzi już 5 lat, teraz będzie 6 rok szkolny. Może wielu z Was to zdziwi, ale tutaj przedszkole jest dla dzieci do 3go roku zycia i za to się płaci, choć i w tych instytucjach państwo wiele pomaga, zasiłki rodzinne choć są bardzo niskie, na dziecko do 3 lat wynoszą 500 euro rocznie (płatne w 2 ratach w lipcu i styczniu) natomiast na starsze dzieci to tylko 290 euro wypłacane tak samo, każda matka podejmująca pracę i mająca na utrzymaniu dziecko do 3 lat otrzymuje od państwa 100 euro miesięcznie, aby mogła umieścić malucha w przedszkolu, no fakt że czasem to za mało ale zawsze jakaś pomoc.. Natomiast dzieci od 3go roku życia idą do szkoły, do grupy „Infantil| czyli krótko tłumacząc dziecięcej, gdzie od pierwszego roku otrzymują książki i podstawowe przybory szkolne (oczywiście rodzice muszą je zakupić), tak więc już 3 latki rozpoczynają naukę. Jest bardzo podobny system jak w polskich przedszkolach (nauka nie jest obowiązkowa, jednak 90% dzieci idzie do szkoly) z tą róznicą że te małe dzieciaczki oprócz zabawy i integracji z innymi dziećmi uczą się również powolutku pisać, liczyć i czytać, po pierwszym roku każde z nich potrafi napisać swoje imię, zna kilka literek i umie liczyć do 3 i zna te cyferki, aby je napisać. Uogólniając, dzieciaki przez 3 lata uczą się tego wszystkiego co polskie dzieci w zerówce, wiekszość z nich kończąc Infantil umie czytać i pisać, choć nie wszystkie. Na koniec szkoły otrzymują piękne dyplomy i wiedzą, że od następnego roku idą już tam gdzie są starsze dzieci czyli zazwyczaj budynek obok, jednak na terenie tej samej szkoły, niektore po prostu tylko zmieniają piętro w szkole, przez 3 lata miały jedną nauczycielkę i jedną klasę teraz zmieni się Pani i dostaną nową salę. Tak więc wszystkie 6latki idą do szkoły zadowolone bez żadnych obaw, gdyż 3 lata przygotowań do tego momentu daje swoje efekty. Edukacja szkoły podstawowej trwa 6 lat i zazwyczaj tak jak w PL 3 lata jedna wychowawczyni, potem inna, jednak maluchy mają swoją salę przeznaczoną tylko dla jednej klasy, więc wszystkie książki, przybory szkolne zostają w szkole, dziecko zabiera z domu tylko śniadanie i odrobione zadanie domowe, a jeśli chodzi o zadania domowe to w Infantil 3 i 4 latki dostają na weekend cos do zrobienia w domu, a 5 latki 2,3 razy w tygodniu, tak aby już w 1 klasie praktycznie codziennie odrabiać zadania w domu. Część podręczników kupuje szkoła dla każdego ucznia, rodzice muszą kupić wszystkie przybory szkolne i część podręczników, w starszych klasach gdzie nauka jest bardziej zróżnicowana większość podręczników finansuje szkoła. Tak więc 12latki kończą szkołę podstawową i idą do gimnazjum (jak to się mówi w PL, tutaj jest to 2 stopień nauczania). Obowiązek nauki jest tutaj do ukończenia 16 lat (i to błąd) czyli do momentu ukończenia gimnazjum ktore tutaj trwa 4 lata, jednak jeśli znajdują się uczniowie którzy nie ukończyli jakiejkolwiek klasy są starsi i nie muszą kończyc tego gimnazjum, więc wielu tutaj rezygnuje bez ukończenia tej szkoły, a dalej no cóż idą nieliczni, Ci bardziej utalentowani, albo pchani ambicjami rodziców, choć takich to raczej mało w Hiszpanii bo większość ze starszych ludzi kończąc 16 lat zaczynała pracować, bądź samemu bądź u rodziców, choć z roku na rok coraz wiecej uczniów decyduje się kontynuować naukę idą z postepem. Jak myslicie czy gdyby w Polsce został wprowadzony taki system nauczania, czy dalej większość polaków byłaby przeciwko posyłaniu 6 latków do szkoły?? Pozdrawiam serdecznie!!

Otagowane:  

Wspomnienia ze ślubu i wesela mojego pierwszego syna.

Dodano 28 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tym wpisem chciałabym się z Wami podzielić moimi refleksjami ze ślubu i wesela mojego syna. Fakt miało ono miejsce prawie dwa lata temu, ale piękne wspomnienia pozostały. Niestety niewiele mogłam pomóc młodym w przygotowaniach, ale matka panny młodej stanęła na wysokości zadania, a również młodzi pokazali że są już dorośli. Ja z moim partnerem dotarliśmy do Polski dopiero 2 dni przed terminem więc wszystko już było dopięte na ostatni guzik. W dniu ślubu pojechaliśmy do domu panny młodej, gdzie szybciutko rozpoczęły się przygotowania, moja przyszła synowa zadbała o wszystko, fryzjer dla mam i panie które w ekspresowym tempie robiąc profesjonalny makijaż zrobiły z nas inne kobiety. Młodzi się również przygotowywali, a kamerzysta kręcił się po domu przygotowując dokument z całej imprezy. Błogosławieństwo młodych, oczywiście najpierw rodzice panny młodej, później młodego, no i tu zaskoczenie, zaszczyt i nie wiem nawet jak to nazwać mój syn prosi mojego partnera, aby wystąpił w roli jego ojca, bo nie ważne kto spłodził, ważne jest kto wychował, a jego biologiczny ojciec nie został zaproszony. Poszło gładko i powoli zaczynają się schodzić goście, młodzi przyjmują ich z uśmiechem już coraz bliżej do ceremonii w kościele. Nadszedł czas, jedziemy do kościoła, mój synek czeka przed ołtarzem na  przyszłą małżonkę, która do ołtarza poprowadzi ojciec, a przed nimi mój wówczas 6 letni syn (a chrześniak panny młodej) trzymający w raczkach poduszeczkę z obrączkami. Pięknie to wszystko wyglądało jak i cała uroczystość w kościele, no i oczywiście później zbieranie monet przed kościołem, mnóstwo prezentów i życzeń cudownego życia. Gdy się to wszystko skończyło ruszamy na salę balową, jak to na wsi bywa nie obyło się bez kilku bram przygotowanych przez wieśniaków, aby tylko wpadła jakaś flaszeczka, a również i dzieci miały zabawę bo młodzi przygotowali dla nich czekolady. Dotarliśmy na salę, oczywiście toast, tłuczone kieliszki i obiadek. Mój wzrok przykuły siedzenia przygotowane dla pary młodej i dekoracja stołu w tym miejscu wszystko w 3 kolorach: biały, żółty, niebieski, są to barwy obecnego KS Toruń, toruńskich aniołów czyli naszych wspaniałych żużlowców. Po odśpiewaniu kilka razy standardowego „sto lat” młodzi rozpoczynają swój pierwszy taniec i tutaj totalne zaskoczenie dla wszystkich, nikt nie spodziewał się takiego popisu, pierwsza melodia zwyczajna melodyczna i zwykły taniec, już niby skończyli i tu nagle rozbrzmiewa na środku sali dźwięk telefonu komórkowego, młody odbiera i mówi: „Halo?” w odpowiedzi z głośników na sali wydobywa się odpowiedź: „Kopyta Ci walą” i za moment dźwięki muzyki: „Rudy się żeni”, ( gdzie młody razem ze swoją nowo poślubioną żonką pokazywali jak są szczęśliwi)„Kocham Cię o kochanie moje”,(tutaj młoda wyciągnęła z kieszeni portfel z marynarki młodego i przeglądała zawartość),następnie słowa „a Ty całuj mnie, ja Ci to wszystko dam”, kolejny fragment to „on zimny, on zimny, ona gorąca” ( gdzie ona się do niego tuli, a on ucieka), po tym popisie młody wjeżdża na salę samochodem zabawką przy dźwiękach słów „będę brał Cię, w aucie”, no i standardowo nie mogło zabraknąć słów „Facet to świnia”, gdy już poleciały słowa tej znanej wszystkim melodii zabrzmiały słowa” żono moja, serce moje jak ja umrę wszystko Twoje” (tutaj oczywiście młody przekazywał małżonce różnego typu papiery), później odtańczyli w rytmie Gangnam Style”,i 2 innych nagrań ale szczerze nie znam ich tytułów, następnie poleciały słowa „Daj mi tę noc” i „Nie bądź taki szybki Bil”(chyba nie muszę tłumaczyć zachowania na parkiecie), kolejny fragment to „Ja jestem maczo” i „Gdzie Ci mężczyźni” na te dźwięki z głośników padają słowa Bogusława Lindy „Nie chce mi się z Tobą gadać” na co Panna młoda reaguje natychmiastowa i z wałkiem w ręce w rytmie muzyki Benny Hila goni męża wokół sali, gdy tak sobie ciut pobiegali słyszymy słowa z „Sexmisji” „Kobieta mnie bije” i „poddaję się, dajcie mi wszyscy święty spokój i w rytmie piosenki „Chłopaki nie płaczą” zakończyli pierwszy taniec i rozpoczęło się weselisko trwające do białego rana. Przepiękny prezent młodzi przygotowali dla rodziców podczas tzw.”oczepin”, cudowne bukiety w barwach ich ulubionej drużyny żużlowej, czyli biały, żółty i niebieski i taniec w rytmie muzyki „Cudownych rodziców mam” (Oczywiście w roli ojca cały czas występował mój partner). Zabawa była super jak to na weselach bywa i nic nie zakłóciło spokoju weselników.

To byłoby na tyle starałam się opisać ten pierwszy taniec jak najlepiej umiałam tym, którzy nie znają niektórych tekstów mogę powiedzieć, że wszystko można znaleźć na  https://www.youtube.com/

 

Otagowane:  

# Get Well Darcy # 43 Darcy jesteśmy z Tobą!

Dodano 27 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj raczej nie na wesoło chciałam ten temat ruszyć już wcześniej, ale tak jakoś zeszło, nie wiem ilu z moich czytelników jest fanami czarnego sportu, ale wiem że wszyscy jesteście ludźmi, dobrymi ludźmi i wierzę że będziecie z nami w tym bardzo trudnym momencie dla tego sportu. Na poczatek przedstawię Wam obraz pewnego młodego i bardzo utalentowanego sportowca, nie będą to moje słowa lecz cytaty najtrafniej opisujące tego chłopaka.

Darcy Ward

635728143095280241

„To geniusz, wysłannik niebios. Urodził się, aby ścigać się na motocyklach. To także wspaniały człowiek”

O umiejętnościach…

 

Darcy Ward jest geniuszem. Urodził się po to, aby ścigać się na motocyklu. Wielu zawodników, którzy spędzili lata w szkółkach pod okiem świetnych trenerów, nie potrafi zrobić naparstka tego, co potrafi Australijczyk. On ma wielką lekkość w jeździe, w pojmowaniu aspektów mechaniki. Ma tchnienie Boga, coś jak Ayrton Senna. Kiedy Warda podpatrują wielcy mistrzowie, którzy mają więcej tytułów niż on, nie są w stanie pojąć, jak on balansuje ciałem, jak się ustawia, jak puszcza sprzęgło. Wszystko jest spoza tej galaktyki. Nie można tego objąć umysłem.

O charakterze…

 

To człowiek o gołębim sercu, który nawet w trudnych chwilach – a przecież był zawieszony na 10 miesięcy – potrafił znaleźć jasny odcień życia. Kiedy ktoś mu mówił, że we Wrocławiu zginął Lee Richardson, to on szukał sensu tej śmierci. To człowiek, który ma niespożyte siły, odporność, energię, jest skory do żartów. To gość, który wciąż chce coś robić. Kiedy mówiliśmy mu, żeby posiedział spokojnie w hotelu i zrobił barbecue odpowiedział, że może to zrobić, ale jeżdżąc na deskorolce! To jest twórczy umysł; tym obarczeni są ludzie o niewyobrażalnej dla nas, śmiertelników, skali talentu. Darcy w każdej sytuacji potrafił dostrzec coś niezwykłego.

 

O mistrzostwach świata juniorów…

 

Dwa mistrzostwa świata, które Darcy zdobył, jakby przed chwilą wstał od stołu zjadłszy kromkę chleba z masłem, pokazują skalę jego talentu.

 

O żużlu…

 

Speedway to sport ekstremalny, który niemal 100 lat temu wymyślili Australijczycy… A żużlowcy kochają żużel ponad życie. Ward to wysłannik niebios, ale jak to z nimi bywa są także naznaczeni, podatni, wrażliwi na kaprysy losu. Przesuwają też granicę, jak Marco Simoncelli, który zginął na torze MotoGP pod kołami motocyklu swojego przyjaciela Valentino Rossiego. Sporty ekstremalne udowadniają, że nie ma żartów – takiemu Travisowi Pastranie kręgosłup oderwał się od miednicy! Geniusze pokazują nam jednak rozwój dyscypliny. Ktoś, kto ma dar od Boga i umiejętności nabyte w drodze rozwoju, jest postacią epokową, taką jak Darcy Ward.

 

A teraz może wyjaśnie dlaczego przedstawiłam jego sylwetkę, również słowani innych bo chcąc pisać swoimi słowami i tak musiałabym wszystko powtórzyć.



Darcy Ward doznał urazu kręgosłupa wskutek wypadku, do którego doszło w niedzielnym meczu PGE Ekstraligi pomiędzy SPAR Falubazem Zielona Góra a MRGARDEN GKM Grudziądz. Australijczyk jest przytomny i samodzielnie oddycha.

Niewykluczone, że już w środę Ward zostanie przetransportowany ze szpitala w Zielonej Górze do Wielkiej Brytanii. – Współpracujemy z firmami ubezpieczeniowymi z Australii, aby sprowadzić Darcy’ego jak najszybciej do Wielkiej Brytanii. Darcy jest już po operacji nadgarstka i miejmy nadzieję, że będziemy mogli go przetransportować. Jego stan jest stabilny i pozwala na to – powiedział Mark Lemon, menedżer reprezentacji Australii.

Lemon nie ukrywa, że w Wielkiej Brytanii Ward mógłby liczyć na wsparcie najbliższych. – Chcemy tylko, by był blisko domu. To pomaga, jeśli jesteś w anglojęzycznym kraju. Wiemy, że polskie szpitale są dobre, ale chcemy go z powrotem w Wielkiej Brytanii, aby przebywał w znajomym otoczeniu. Jeśli będzie miał wsparcie bliskich, to wszystko będzie łatwiejsze - dodał menedżer australijskiej reprezentacji.

Lemon nawiązał również współpracę z fundacją „Wings for Life”, która mieści się w Salzburgu. Niewykluczone, że pomoże ona w leczeniu Warda. – Pracujemy z nimi od poniedziałkowego poranka. Byli bardzo pomocni od początku i mają dużą wiedzę w kwestii medycyny. Staraliśmy się znaleźć jakąś pomoc i tak trafiliśmy do nich. Oni pomagają sportowcom z czołówki i są na bieżąco z wszelkimi badaniami i technikami, jeśli chodzi o urazy kręgosłupa – poinformował Lemon.

Nie mogę zebrać myśli, pracować, funkcjonować. Wciąż nie dociera do mnie to co stało się z Darcym Wardem. Jednak nie tylko ja tak silnie to przeżywam. Czytam i wiem, jak bardzo ta tragedia przeniknęła i poruszyła ludzi. Tysiące ciepłych i otwartych serc pełnych wrażliwości, człowieczeństwa, przyzwoitości. Tego, czego w momencie wypadku Darcy’ego zabrakło grupie psycholi, którzy krzycząc obraźliwe słowa pod adresem zawodnika pokazali swój upadek moralny, prymitywizm i brak godności. Ważne, że odwrócił się od nich cały stadion, odwrócili się wszyscy!!!
Darcy jesteśmy przy tobie zjednoczeni bez podziału na kibiców z Zielonej Góry, Torunia czy Leszna. Jest z tobą cała sportowa Polska, cały sportowy świat. Jest z tobą ciepła i szczera energia przekazywana przez młodych i starych, kibiców i zwykłych ludzi, którzy z szacunku do Ciebie wyrażają swój ból, dowody wsparcia okazują przez internet, media czy przychodząc na poniedziałkowe spontaniczne spotkanie pod oknami szpitala, w którym przebywasz.
To ciężkie chwile dla całego środowiska, ale przede wszystkim dla samego żużlowca. Wspaniałego człowieka i niesamowitego talentu. Młodego chłopaka, który za sportową ambicję i chęć bycia najlepszym zapłacił bardzo wysoką cenę.
Jesteś jednym z nas, cząstką każdego sportowca, kibica i zwykłego człowieka. Nie zostawimy cię tak samo, jak ty nie zostawiłeś nas do końca ostatniego biegu. Jesteśmy i będziemy z tobą zawsze.
Głęboko wierzę w to, że medycyna tak bardzo poszła do przodu, że to co niedawno było niemożliwe (przeszczep twarzy czy serca) dziś będzie do zrobienia. Wierzę, że takim ludziom jak Darcy będzie można pomóc.

Otagowane: