Czyja to wina? Druga strona medalu.

Dodano 12 października 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Cofam się o 30 lat. Jako 19latka jestem w ciąży, niechcianej, nieplanowanej ale cóż jestem. Pisałam już o tym prędzej, teraz jednak postanowiłam napisać o tym z innego punktu widzenia, z innej perspektywy, na zimno bez emocji które wtedy mną targały.

Był rok 1985 w domu mam małe dziecko i kolejne w drodze. Z jednej strony byłam przerażona z drugiej zaś cieszyłam się choć bałam się bardzo, moja rodzina nie licząc męża nic nie wiedziała, było mi wstyd, jednak w tamtych czasach środki antykoncepcyjne były słabo dostępne, a prezerwatywa była dla mojego męża czymś czego się nie używa, ale nie o to mi chodzi, dotrwałam do 32 tygodnia ciąży, nie było wtedy jeszcze żadnych specjalistycznych badań, nie było USG i niby wszystko było w porządku. Jadę z bólami do szpitala, na izbie przyjęć wołają aby się spieszyć ale wszystko dobrze, ciekawostka no ale każdy ma prawo się pomylić. Na sali porodowej dosłownie wypluwam maleńką dziewczynkę, niestety nie słychać płaczu, położna z bardzo smutną miną informuje mnie, że córka nie żyje. Był to dla mnie ogromny szok, gdyż zawsze moim pragnieniem była córeczka. Z sali porodowej trafiam na oddział izolacyjny, gdzieś tam usłyszałam że dziecko nie zyje od tygodnia i miałam szczęście że akcja rozpoczęła się sama, bo inaczej mogłoby to się źle dla mnie skończyć.

Jakie z tego mozna wyciągnąć wnioski? Teraz całkiem na chłodno i po wielu doświadczeniach różnie się to odbiera. Wtedy nie zrobili nawet sekcji, nie można było stwierdzić powodu śmierci dziecka, jedyn fakt to było to że nie żyje, a może tak właśnie musiało być, może była tak bardzo chora że zmarła w łonie, mnóstwo pytań i brak odpowiedzi, być może gdyby była możliwość zrobienia wszystkich badań jakie w tej chwili są przeprowadzana możnaby było stwierdzić wcześniej że dziecko nie ma szans na przeżycie, że jest poważnie chore czy cokolwiek innego, gdybym wiedziała prędzej na pewno bym usunęła ciążę, byłby to dla mnie zdecydowanie mniejszy ból, gdybym nie znała płci dziecka, nie męczyłabym się tyle czasu, bo wbrew pozorom ciąża męczy choć cieszy i zdrowe silne dziecko rekompensuje cały ten ból, całe to zmęczenie.

Kolejną córkę urodziłam poprzez CC w rok i 2 mce później i tu też nie dane mi było cieszyć się zdrowym dzieckiem, być może nie byłam nigdy w stanie urodzić zdrowej, silnej córki jednak tego nie wiem. Moja maleńka córeczka zmarła w 3 dobie, tym razem jednak podobno zrobili sekcję i stwierdzili bardzo poważną wadę serca, która nie pozwoliłaby dziecku żyć, więc mimo wszystkich innych okoliczności i tak ta maleńka istotka byłaby skazana na śmierć, wtedy wyparłam z siebie te słowa, nie chciałam o nich pamiętać, bo strata kolejne córki bolała dużo bardziej.

Tak jak napisałam już wyżej gdybym miała możliwość i wiedziała na początku ciąży o tym że moje dziecko nie ma szans na życie usunęłabym, ale nie miałam takich możliwości, urodziłam i cierpiałam bardzo.

Bardzo mnie cieszy obecna technika i możliwości sprawdzenia jak rozwija się płód, czy ma szanse na normalne życie, czy ma szansę na to by cieszyć się tym życiem. Zdecydowanie większą traumą dla matki jest urodzić i zaraz stracić, niż podjąć decyzję o usunięciu rozwijającego się płodu, który nie ma szans na życie i szczęście, bywa że ma szanse na życie tylko pytanie jakie? Czy leżenie całe życie na łóżku, bez możliwości bycia samodzielnym to jest to czego byśmy chcieli dla swojego dziecka, raczej nie, raczej nikt nie chce takiego życia.

Otagowane:  

STOP ABORCJI czym grozi przepchnięcie ustawy, refleksje.

Dodano 27 września 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Bardzo długo nic nie pisałam, ale jakoś tak ani czasu, ani zdrowia do tego nie było.

Sama nawet nie wiem co mam pisać, moje życie jest stabilne i szczęśliwe, choć wiadomo wszędzie są jakieś zawiłości i problemy jednak to nic ciekawego. Troszeczkę się pochorowałam, ale mam nadzieję że wszystko będzie dobrze, jednak nie ten temat chciałam dzisiaj poruszyć.

Od jakiegoś czasu polskie społeczeństwo bulwersuje projekt ustawy obywatelskiej STOP ABORCJI .

Osobiście mnie ten temat nie dotknie, jestem juz za stara na dzieci i nie mieszkam w PL jednak martwi mnie los moich dzieci jeśli ta ustawa przejdzie, bo ogólnie sama jestem przeciwko aborcji na życzenie, ale każdy ma prawo decydować o sobie to jego będą dręczyły wyrzuty sumienia a nie mnie. Wiem też że wiele kobiet tych które sa przeciw tej ustawie same ot tak nie poddałyby się aborcji, chyba że właśnie sytuacja by je do tego zmusiła.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: Masz 12 letnią córkę, piękną dojrzewającą młodą kobietkę, nagle spotyka ją wielka krzywda zostaje zgwałcona przez kogokolwiek, nie można pomóc jej i tak już w wielkim cierpieniu musi cierpieć dalej, w pewnym momencie lekarz stwierdza ze dziecko nie będzie miało rączek, nóg ale i tak musi je urodzić, choć to zagraża jej życiu, musi bo tak ustanowili politycy. Twoje dziecko umiera na sali porodowej zostaje Ci po niej noworodek bez szans na normalne życie, bez rąk i bez nóg, będziesz w stanie je kochać i wychować?? I tylko pytanie po co??

Przypadków jest wiele i każdy inny i indywidualny, ja osobiście nie wyobrażam sobie aby mnie przesłuchiwano po stracie dziecka, a że sama 2 razy poroniłam dwie córki pochowałam jako noworodki (pisałam o tym w innych wpisach) i jeszcze za to że straciłam dziecko bo nosiłam starsze na rekach więc teoretycznie nieumyślnie ale to ja doprowadziłam do poronienia więc trzeba mnie ukarać, jak to w wielu przypadkach się mówi: znajdź mi człowieka,  a znajdę na niego paragraf.

Kolejny absurd: Jeśli dzieckiem jest zapłodniona komórka jajowa czyli jeśli zagnieździ się ona w jajowodzie a nie w macicy (czyli tzw ciąża pozamaciczna) według nowej ustawy nie będzie można jej usunąć, matka musi urodzić, ale niestety takiego dziecka nie urodzi, albo jakimś cudem poroni i jeszcze będzie miała z tego kłopot albo umrze.

Dla mnie ta ustawa to powrót do średniowiecza, a jak Wy myślicie??

Otagowane:  

18 latka z trójką dzieci i to nie trojaczki….

Dodano 7 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj opowiem wam historię prawdziwą, choć coś tam sama widziałam, coś tam usłyszałam, jednak tak się zaczęło: Leżałam właśnie w szpitale po narodzinach mojego drugiego syna, byłam wtedy jeszcze młoda, bo miałam zaledwie 23 lata, gdy nagle na oddziale zrobił się straszny rumor i nagle ucichło, położna szybko uciszyła głośno gadające „baby”, jednak zaciekawiło mnie co tam się dzieje i wyszłam z sali zobaczyć o czym tak te kobitki plotkują, od razu mnie zagadały, a słyszała Pani że 13 latka właśnie urodziła córkę? Co to dzisiaj za czasy, że dzieci rodzą dzieci? No fakt, 13 lat to jeszcze dziecko, traf chciał że dziewczyna trafiła na moją salę więc co nie co udało mi się dowiedzieć. Otóż jej chłopak miał 16 lat, a dzieckiem gdy wyjdzie zaopiekuje się jej mama, bo oni nie mogą przecież są jeszcze za młodzi, a że ona bardzo go kocha to będą razem. Ja następnego dnia wychodziłam już do domu, a panna musiała zostać ciut dłużej więc tyle na temat pierwszego dziecka, szczerze myślałam że więcej o niej nie usłyszę, ani jej nie zobaczę jednak po 5 latach przez przypadek spotkałam ją w domu mojej znajomej, ot koleżanka jej córki, miała w tym momencie 18 lat i chodziła z brzuchem, zapytałam się więc znajomej co i jak u tej dziewczyny, gdyż pamiętam ją z porodówki, ona mnie nie poznała i oto czego się dowiedziałam: W wieku 15 lat ponownie trafiła do szpitale tym razem jej chłopak(ciągle ten sam) zawiózł ją do szpitala z atakiem wyrostka robaczkowego, gdy później dowiadywał się co i jak został połączony z izbą porodową i tam dowiedział się, ze ten wyrostek to chłopczyk i ważył 3410g, chłopak był zdziwiony, to może mało ale zszokowany, nikt w domu nie miała pojęcia, że dziewczyna jest w ciąży tak sprytnie to ukrywała. gdy wróciła do domu kolejnym dzieckiem musiała zająć się jej mama, a chłopak rzucił jej jedno zdanie: „Wszystko bym Ci wybaczył, ale nie to że ja do końca gumy używałem” , no cóż i tak bywa, byli za sobą może jeszcze z miesiąc, ale chłopak już nie umiał się z nią dogadać i odszedł. Po raz trzeci zaszła w ciąże mając 17 lat i to już z innym, ale sama nie wie z kim co się stało z trzecim dzieckiem nie wiem, bo straciłam kontakt ze znajomą, czy podrzuciła je matce czy wychowuje je sama tego nie jestem w stanie powiedzieć, a być może dorobiła się większej gromadki, niestety później już o niej nie słyszałam.

Otagowane:  

„Najlepsza koleżanka, to męża kochanka”

Dodano 24 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak na początek to mam pytanie, czy zgadzacie się ze stwierdzeniem w tytule? Ja twierdzę, że coś w tym jest. Wiele razy spotkałam się z tym tematem w książkach, wszechobecnych teraz serialach, a zwłaszcza w serialu „Zdrady” emitowanym na Polsacie, kilka razy zdarzyło mi się obejrzeć ten serial i akurat ostatni odcinek przypomniał mi jedną z moich sytuacji życiowych, którą zamierzam Wam teraz przedstawić. Tak więc 22 lata poznałam pewną kobietę, która była w tamtym momencie w bardzo podobnej sytuacji życiowej jaka mnie wtedy spotkała, zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo często spędzałyśmy razem czas, ja w tamtym momencie byłam w ciąży z moim 3 synem, było mi bardzo ciężko gdyż wiedziałam już wtedy, że mój obecnie ex małżonek mnie oszukuje, koleżanka była dla mnie wielkim wsparciem przed i po porodzie. Została chrzestną mojego wtedy najmłodszego syna, bardzo często bywała u mnie w domu, spędzałyśmy razem miło czas, wydawało mi się że wszystko jest super, ale do czasu. Gdy mój syn miał jakieś pół roku moja wtedy najlepsza koleżanka została u mnie na noc z dziećmi (miała dwie córeczki 4 i 6 lat), w nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy, wstałam zaniepokojona aby sprawdzić co się dzieje i to co zobaczyła zaparło mi dech w piersi, (w tamtym czasie mój ex spał już w pokoju syna) w pokoju z którego dochodziły dziwne odgłosy spała moja koleżanka wraz ze swoimi córeczkami, ale gdy tam zajrzałam nie była sama, w najlepsze zabawiała się z moim jeszcze wtedy ślubnym, w tamtym momencie najchętniej złapałabym ją i wyrzuciła za drzwi, ale była 4 nad ranem i nie mogłam, nie miałam sumienia wyrzucić dwójki małych dzieci na ulicę, nie wiem jakim cudem udało mi się spokojnie wytrzymać do czasu kiedy dziewczynki wstały, zjadły śniadanie i całkiem spokojnie z mamą opuściły mój dom. Tak to zakończyła się moja „przyjaźń” z tą kobietą, od tamtej pory praktycznie nie mam z nią żadnego kontaktu, próbowała przepraszać, tłumaczyć się jakoś jednak dla mnie żadne wytłumaczenie nie było jej usprawiedliwieniem, wtedy bardziej zabolała mnie jej zdrada niż zdrada mojego ex. Na Pierwszą Komunię mojego syna wysłaliśmy jej zaproszenie jednak się nie zjawiła, po latach mój żal do nie minął, a chciałam by matka chrzestna mojego dziecka była na jego święcie, jednak chyba wstyd za to co zrobiła jej nie pozwolił aby stanęła ze mną twarzą w twarz, mimo iż wiedziała że już dawno jestem po rozwodzie (od swojej siostry) to nie odezwała się do mnie do tej pory, z jej siostrą mam luźny kontakt przez FB ale na jej temat nie dyskutujemy, jeśli ona nie chce mnie znać choć minęło już tyle lat ja się prosić nie będę, nie potrzebne mi takie osoby w moim otoczeniu, zawsze w życiu stawiałam na uczciwość i wiele z tego powodu wycierpiałam, jednak mimo wszystko uczciwość jest dla mnie najważniejszą cechą ludzką i tylko takimi ludźmi staram się otaczać. Pozdrawiam serdecznie!!!

Otagowane:  

Ciąża urojona….

Dodano 10 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć historię mojej chrześnicy, a co za tym idzie najmłodszej córki mojej teściowej. Mamy maj roku 2005 zostaję zaproszona na ślub, nie miałam pojęcia że w ogóle panna ma jakiegoś chłopaka, gdyż po rozwodzie już prawie nie utrzymywałam kontaktów z moja teściową, jedynie na urodziny mojej chrześnicy, a to było w sierpniu zeszłego roku, a wtedy to jeszcze o niczym nie było wiadomo. Ślub cywilny jak ślub potem małe przyjęcie, o dziwo w mieszkaniu chłopaka, a w sumie jego rodziców i była to jedna wielka pomyłka, bo nawet na święta w prawie każdym polskim domu jest więcej na stole, zero alkoholu (choć ja nie piję), atmosfera nijaka i dość szybko opuściliśmy  to przyjęcie, jednak kilka chwil rozmawialiśmy no i jakoś tak pochwaliłam się, ze jestem w ciąży. Panna młoda wtedy stwierdziła, że też już planują dziecko, ale jeszcze nie jest w ciąży. Normalne jak się zawiera małżeństwo myśli się o dziecku, ja niestety miesiąc później poroniłam i życie toczyło się dalej. Na początku następnego roku doszły mnie słuchy że moja chrześnica jest w ciąży i jakoś w październiku będzie rodzić, ucieszyłam się jednak sama zajęta własnym życiem nie bardzo miałam czasu aby ich odwiedzić, zbliżał się sierpień i urodziny Doroty i jak co roku chciałam się do niej wybrać, dowiedziałam się że jej małżeństwo się rozpadło, a ona uciekła do mamusi podobno mąż ją bił i znęcał się nad nią, więc chciał czy nie chciał poszłam do domu mojej teściowej. Przyszła matka wyglądała na kobietę w 7-8 miesiącu ciąży, nic nie wskazywało tragedii, mijał czas, mieliśmy już listopad a ona dalej w ciąży, zaniepokojona pytam się teściowej co mówi lekarz, w odpowiedzi słyszę ze się pomylił i termin jest na grudzień. Ja wtedy byłam już w ciąży z moim najmłodszym synkiem, ale nic im nie mówiłam, bo w końcu co ich to obchodzi. Nie odwiedzałam teściowej jednak wiedziałam co się tam dzieje bo jeszcze wtedy moi chłopcy odwiedzali babcię, mijają kolejne miesiące a Dorota dalej w ciąży, spuchnięta, z ogromnym brzuchem, a dziecka nie widać. Zdenerwowana całą sytuacją już w widocznej ciąży udałam się do domu teściowej, w sumie spędziłam tam parę minut bo to co usłyszałam po prostu mnie powaliło z nóg, na moje pytanie czy Dorota w ogóle była u lekarza usłyszałam ależ oczywiście i wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale lekarz się pomylił. Ile razy i o ile miesięcy może pomylić się lekarz. Gdy w czerwcu 2007 urodził się mój synuś, a moja chrześnica dalej była w ciąży, nie miałam już żadnych wątpliwości, że to ciąża urojona, już prędzej pytałam się mojego lekarza co zrobić z tym fantem, powiedział mi że tutaj tylko psycholog jest w stanie pomóc, więc nawet nie przekazałam tego mojej byłej teściowej wiedząc, że to i tak do niej nie dotrze. Było mi bardzo żal Doroty, ale nic nie mogłam dla niej zrobić, ostatni raz widziałam ją w sierpniu 2007 ciągle w zaawansowanej ciąży, ona sama nie chciała o tym rozmawiać, według niej wszystko było w porządku. Wyjechałam z Polski, od moich synów dowiedziałam się, że w święta 2007 już nie była w ciąży, że dziecko urodziła się martwe, po 2 latach ciąży, a dziewczyna no niestety pozostała zdecydowanie gruba już do dzisiaj z tego co mi wiadomo. Przez ostatnie 8 lat widziałam ją raz jeden 4 lata temu i z tego co wiem to wiąże się z różnymi facetami, niestety zbyt często zagląda do kieliszka, zaniedbała swój wygląd i wygląda na zdecydowanie więcej lat niż ma, no cóż ja nie umiałam jej pomóc, matka miała ostatnie zdanie i w końcu dziewczyna też była już dorosłą kobietą. Nie mam pojęcia w jaki sposób rozwiązała się ta ciąża urojona, ale wiem jedno na pewno bardzo odbiło się to na psychice i wyglądzie młodej dziewczyny. I takim to sposobem moja „kochana” teściowa zniszczyła życie kolejnemu dziecku.

Otagowane:  

Pokręcone drogi ile w tym prawdy???

Dodano 30 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak więc w poprzednim wpisie dotarłam do narodzin syna mojej teściowej, co robiła dalej tego tak naprawdę nie wie nikt, podobno zamieszkała z synkiem w jakimś małym mieszkanku w śródmieściu Torunia i pracowała jako kelnerka. Po dwóch latach na świecie pojawia się kolejne dziecko, tym razem dziewczynka, kto jest ojcem nigdy nie udało nam się tego rozwiązać, ale niestety dziecko jest upośledzone umysłowo, nigdy nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować, taka diagnoza lekarzy, dziewczynka trafia do domu opieki sióstr zakonnych i ślad po niej ginie na wiele, wiele lat…. Kolejne dziecko, kolejnego faceta, czy ta kobieta myśli o tym co będzie dalej?? Na świat przychodzi śliczna, zdrowa (???) dziewczynka, a matka co robi, podobno pracuje dalej, jednak gdy dzieci mają 7 i 2 latka trafia do więzienia, a to chyba najbardziej strzeżona tajemnica mojej bohaterki, nigdy tego głośno nie powiedziała, nigdy do tego się nie przyznała, jednak dokumenty mówią co innego. 7letni wówczas syn kończy 1 klasę szkoły podstawowej w domu małego dziecka, gdzie z późniejszych ustaleń (już dorosłego syna) wynika, że spędził tam rok czasu ponieważ matka w tym czasie przebywała w zakładzie karnym, za co tego nigdy się nie dowiemy. Nie jestem w stanie opisać dokładnie całej przeszłości ponieważ nie byłam jej świadkiem, jednak to co sama zaobserwowałam nie jednego może przyprawić o ból głowy i stwierdzenie. Czy ta kobieta kiedykolwiek mówi prawdę???? Najprawdopodobniej mała, śliczna dziewczynka w wieku 3 lat choruje na ropne zapalenie opon mózgowych i od tej pory zaczyna być traktowana przez matkę jak zło konieczne, gdy dziewczynka ma 5 lat na świecie zjawia się kolejne dziecko, tym razem wiadomo kto jest ojcem, partner, a w późniejszym czasie mąż z którym kobieta będzie żyła do końca jego dni. Po kolejnych 4 latach na świecie zjawia się kolejny potomek mojej teściowej, najstarszy syn ma 14 lat i żyje swoim życiem dla matki najważniejsze są te dzieci z obecnym partnerem, a mała chora dziewczynka, traktowana jak popychadło, do szkoły według matki się nie nadaje, do niczego się nie nadaje, ale na ulice żebrać to tak, jak można tak traktować własne dziecko. Mijają kolejne 3 lata, moja bohaterka staje na ślubnym kobiercu, najstarszy syn w towarzystwie dużo od niego starszej dziewczyny, ale on ją kocha więc to w niczym nie przeszkadza, nikt nie patrzy na to że on ma dopiero 17 lat, a ona 29, czym to się kończy, tragedią, dziewczyna zostawia chorobliwie zazdrosnego gówniarza, on targa się na własne życie, wychodzi jednak z tego. Moja teściowa znowu spodziewa się dziecka, jest w 8 miesiącu ciąży gdy osobiści ją poznaję i od tej pory będę w stanie opisać wszystko co jest faktem, a nie tylko zasłyszaną historią jak do tej pory…..

Otagowane:  

Niechciane dziecko, w bardzo trudnych czasach….

Dodano 29 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Brak mi czasu w tej chwili, aby pisać i czytać, czytanie nadrobię po powrocie do domu, a teraz może Was zainteresuje historia mojej ex teściowej, chciałam ja opisać w całkiem odrębnym blogu, ale niestety nie dam rady, czas mi na to nie pozwala, jednak mam juz kilka gotowych tekstów, więc mam nadzieję że Was to zainteresuje, bo kobieta jest nie do podrobienia, na szczęście juz od dawna nie mam z nią nic wspólnego, a własne wnuki nie chcą znać babci, tak jak ojca. Historia jest opisana z boku i nie jestem pewna czy wszystko jest prawdą bo są tu fakty zasłyszane, w nastepnych tekstach będą zasłyszane i przeżyte przeze mnie scenki, ale postaram sie pisać tak aby było jasne co jest prawdą, a co moze nią nie być. No to zapraszam na pierwszą część, czyli tak jak w tytule…

 

Koniec roku 1946 czyli czas powojenny, wojska rosyjskie wycofują się z Polski czyniąc po drodze zło, pewna młoda wdowa z dwójką jeszcze małych dzieci, zostaje zgwałcona czego owocem okazuje się być niechciana ciąża, cóż miała robić?? Postanowiła urodzić to dziecko i tak 12 lipca 1947 roku przychodzi na świat bohaterka mojej opowieści Grażyna, w dokumentach widnieje nazwisko panieńskie matki, a ojciec nieznany. Pomimo okoliczności poczęcia dziewczynka jest całym światem dla matki, która wkłada całe swoje serce w jej wychowanie, jednak dziewczyna chyba odziedziczyła charakter ojca, jest nie usłuchana, nie chce się uczyć, kłamie, oszukuje wszystkich wokół siebie, a jak wiadomo takie zachowanie wiąże się z konsekwencjami. W wieku 13 lat trafia do domu opieki dla trudnych dzieci, matka nie dawała sobie rady z niepokorna nastolatką, może tam sobie poradzą, może tam nauczą ją jak żyć, ale niestety płonne nadzieje, ta dziewczyna jest chyba nie reformowalna,  niczego nie rozumie. Jako 17latka poznaje pewnego przystojnego mężczyzną, który przyjechał z Niemiec w ważnych sprawach do Polski, jako ze sama była ładną dziewczyną, coś się między mini nawiązuje, jakiś romans, a może coś więcej. W wyniku tej znajomości przychodzi na świat kolejne niechciane dziecko, w sierpniu 1965 roku Grażyna rodzi syna, który staje się dla niej ( choć chyba tylko teoretycznie) najważniejszym celem w życiu. 18letnia dziewczyna musi sobie radzić z wychowanie małego dziecka z pracą, gdyż ojciec małego Gerarda nie chce jej pomóc, musiał wracać do Niemiec….

 

Otagowane:  

Jak się powiedziało A trzeba powiedzieć B.

Dodano 8 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Mój temat moze i ma coś wspólnego z tym co napisze, a może wcale nie, poprostu stwierdziłam ze jeśli napisałam jak przepiegały moje pierwsze 4 ciąże i porody to i napisze o dwóch kolejnych i to juz ostatnich. Tak więc jak już prędziej wspominałam w innym wpisie, gdy mój drugi synek miał ponad 3 lata postanowiłam, że spróbuje po raz kolejny, może tym razem będzie córka, to było moje marzenie i choc w małzeństwie nie było za wesoło zaryzykowałam i sie udało, byłam w kolejnej ciaży, mój mąz nie był zadowolony ponieważ uważał ze to nie jego dziecko, a ja nigdy go nie zdradziłam jednak w tym czasie on juz nie miał skrupułów aby mnie zdradzać, więc sądził sam po sobie, ze jeśli on to robi to ja pewnie też, zostałam sama, nerwy i stres nie sprzyjały ciąży, a mój maz skwitował jednym zdaniem: „Radziła sobie bez balona, to niech teraz radzi sobie z balonem”. Zabolało i to bardzo, takiej reakcji to się nie spodziewałam i gdy już było wiadomo, ze będzie kolejny chłopak mój małzonek zmajstrował sobie córkę z inną (obecnie jego żoną) kobietą. Przytyłam w tej ciązy tylko 6kg (a w poprzedniej 25), jednak dziecko rozwijało się prawidłowo i nie było większych problemów. Na tydzień przed planowanym porodem trafiłam do szpitala, decyzją lekarza aby uniknac problemów i tak nadszedł dzień porodu, choć nic na to nie wskazywało, około godziny 14tej poszłam na inny oddział szpitala aby porozmawiać z moim lekarzem, musiałam pokonać 2 pietra w górę na piechotę, ale spokojnie doszłam i nic się nie działo, jednak miałam pecha lekarz akurat był na sali operacyjne będzie za jakieś 2 godziny, no nic ide z powrotem do siebie. Schodząc w dół poczułam ciepło na nogach, no tak odeszły wody płodowe, więc powolutku doszłam do swojej sali, spakowałam wszystkie rzeczy, wykąpałam się i dopiero gdzieś koło 15tej poinformowałam położną o zaistniałym fakcie, troche na mnie nakrzyczał, ale trudno, badanie i w ciągu 10 minut jestem na sali porodowej, ale tak szczerze nic sie nie działo, jednak po chwili chyba bóle, zacisnełam zęby bo na porodówce była akurat połozna, która nie znosiła kobiet które krzyczą, jakimś cudem zauważyła mój grymas i miłym głosem spytała co się dzieje, odpowiedziałam że chyba zaczęły się bóle, a ona to dlaczego Pani tak spokojnie leży, więc ze śmiechem na ustach powiedziałam jej, że wiem iz przy niej lepiej być cicho, usmiechnęła się i poprosiła młodą połozna o podanie jakiegos leku, nie wiem co to było, ale po 10 minutach mój synek był już na świecie, tak to można rodzić, szybko i prawie bez bólu. Gdy byłam w kolejnej ciąży z moim małym Maciusiem było bardzo cięzko, ale to już wiek dał o sobie znać (miałam 41lat), ostatnie 3 miesiace ciąży w szpitalu pod kontrolą lekarzy, w dzień porodu który nie chciał za bardzo nadejść, lekarz postanowił wywołac akcję, ale nie kroplówkami a balonikiem z wodą, nigdy o tym nie słyszałam no ale jak ma zadziałać. Chodziłam z tym balonikiem ze 4 godziny i powoli, powoli zaczęła się akcja, około godziny 17tej lekarz dyzurny po badaniu stwierdza, że jedziemy na porodówkę, skórcze regularne a rozwarcie pełne więc 15-20 minut i będzie maluszek na swiecie, niestety mój synek był tak uparty że postanowił mnie wymęczyć jak zaden z moich synów, przez 4 godziny męczyłam się w bólach partych, a ten uparciuch zamiast się pchać na świat przy każdym bólu się cofał, ja słabła ale on też, bałam się okropnie o zdrowie i życie mojego synka, nie miałam już siły, a on nie chciał wyjśc, nie było więc innej mozliwości jak cesarskie cięcie i tak też się skończyło, dał mi nie źle popalić, ale za to teraz jest najukochańszym skarbem, fakt najmłodszy z dorosłym rodzeństwem, które go rozpieszcza jak może. Nie wiem czy umiałabym zyc bez moich dzieci, one są dla mnie całym swiatem, dla nich jestem w stanie zrobić wszystko i choć nigdy nie spełniło się moje marzenie o posiadaniu córki, ale za to życie dało mi 4 wspaniałych synów, a na osłodę cudowną wnusie…

Otagowane:  

4 ciąża, 3 porody, a jedno dziecko w domu….

Dodano 6 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak, tak to właśnie wyglądało do tej pory przeżyłam 3 ciąże i 3 porody, a w domu miałam tylko jedno dziecko. Gdy mój synek skończył 3 lata, jego tato dostał wezwanie do wojska, no trudno trzeba będzie dac radę samemu przez te dwa lata. Znalazłam prace, dziecko do przedszkola i jakos sie kulało, po pół roku postanowiliśmy z męzem, ze spróbujemy miec następne dziecko, nigdy nie chciałam mieć jedynaka, bałam się okropnie co bedzie? Mijał czas, dni, tygodnie, miesiące i nic… Dopiero po 7 miesiącach, jest! Jestem w ciązy! Tylko zamartwianie się, czy będzie dobrze, od razu do lekarza i oczywiście na zwolnienie lekarskie i od samego początku kontrola co 2 tygodnie, wszystko szło dobrze, termin miałam na 21 września i pech chciał, że mój lekarz (a chodziłam prywatnie) na początku sierpnia wyjechał na stypendium do USA, a zwolnienie miałam do ostatniego sierpnia, wiec zmuszona sytuacją poszłam do przychodni, tam gbur a nie normalny lekarz karze mi iść do pracy, nie widzi żadnych przeciwwskazań do tego abym pracowała, 3 tygodnie do terminu, a ja po 7 miesiącach zwolnienia mam iść do pracy. Tak mnie zdenerwował, że udało mi się tylko dojść do domu i od razu trzeba było wzywać karetkę, gdyz zaczęły się skurcze, ale gdy dotarłam do szpitala skurcze ustały samoistnie, jednak z tak bardzo obciązoną historia zostaje w szpitalu, po 7 dniach a na 2 tygodnie przed planowanym terminem lekarze decydują się na wywołanie akcji porodowej, nie chcą już ryzykować. Podłączają mnie pod kroplówkę, mija pół godziny i nic tylko jakieś dziwne drętwienie rąk i nóg, wołam położną i mówię jej co się dzieje, ona zmniejsza tylko przepływ kroplówki, mrowienie ustaje, jednak gdy minęło kolejne pół godziny mrowienie wróciło jednak dużo silniejsze, krzyczę, wołam połozną że to jest nie do wytrzymania, ona podchodzi do mojego łózka, podnosi prześcieradło którym byłam przykryta i słysze okropny krzyk: „Biegiem z tym łóżkiem na porodówkę, bo głowa na wierzchu” Po drodze na salę porodową znajoma pielegniarka podaje mi jakiś lek i biegną ze mną jakby się paliło, szybko przekładają mnie na „samolot” i dosłownie chwilę trwało i słyszę krzyk maleństwa i śmiech pielęgniarek i takie słowa: „No to mamy małą małpkę” Nie bardzo wiedziała o co chodzi, ale gdy sama zobaczyłam mojego synka zaczełam się śmiać, no faktycznie gąszcz włosów na głowie i na całym ciele, rączki, nóżki, plecy wszystko we włosach. (Wytarły się wszystkie, oprócz tych na głowie). Synus był malutki (2500 i 50cm), ale silny i zdrowy, musiałam jeszcze urodzić łozysko, poszło, ale problem kawałek został i trzeba wyczyścić (Nie pękłam ani na milimetr) więc lekarz prosi pielęgniarkę, aby podała mi „Dolargan”, pielęgniarka ciut zażenowana, odpowiada „pacjentka już dostała”, lekarz spojrzał na nią nic nie mówiąc i po chwili zastanowienia odpowiedział:”to w takim razie relanium”. W sumie po 3 godzinach od momentu, gdy wyszłam z sali na patologi, bedąc już na oddziale obok wstaję i idę sobie swobodnie po swoje rzeczy, koleżanki z sali ze zdziwieniem pytaja gdzie tak długo byłam a ja ze śmiechem jak to gdzie, na porodówce. Wszystkie były w szoku że już biegam, ja zreszta też, ale czuła się bardzo dobrze. Na połozniczym dzieci przywożone co 3 godziny, mój maluszek co 6, pytam się dlaczego? Jednak panie mnie uspokajają mówiąc, że jest malutki i dokarmiają go na oddziale. Mijają 4 dni i nagdle słyszę na końcu korytarza: „Pani .. proszona na oddział noworodków do lekarza”, nogi miałam jak z waty miałam do przejścia cały długi korytarz, szłam jak w jakimś amoku, nie wiedziałam co mam mysleć, co czuć, nic, jakimś cudem udało mi się dotrzeć do lekarza, Pani doktor gdy mnie zobaczyła sama zbladła i szybko rzuciła:” Pani się nie denerwuje, nic się nie stało złego”. Odetchnełam z ulgą, a Pani doktor chciała tylko zapytać jakie mam warunki w domu, czy może już wypisać dziecko, bo jest małe i musi mieć dobre warunki, aby się rozwijać, jaka wtedy byłam zła, to tak cięzko było jej podejść na salę i się spytać, no najwidoczniej, ale ile nerwów mnie to kosztowało tego to nikt nie wie. Na szczescie mogłam wrócić do domu razem z synkiem.

Otagowane:  

Czyja to wina? Nie, raczej nie moja….

Dodano 4 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zastanawiałam się nad tematem tego wpisu, ale nic nie przychodziło mi do głowy, wiedziałam o czym chce napisać tylko brakowało mi tematu i tak to postawiłam pytanie, może ktos z Was wyciągnie odpowiedź z mojej historii. Otóż mając 6 miesięczne dziecko zorientowałam się, że znowu jestem w ciąży, byłam przerażona, z jednym jest ciężko a co dopiero z dwójką, ale cóż nigdy nie pozbyłabym się dziecka. Było cieżko, ale nie źle jakos dawalismy radę, ciaza przebiegała prawidłowo, byłam już w 7 miesiącu, dzieciatko było tak żywe, ze nie dawało spokoju i nagle znalazłam się w nieodpowiednim miejscu o nie odpowiedniej porze w samym centrum pijackiej awantury w domu moich teściów, gdy mój teść zaczął obrażać mojego ojca nie wytrzymałam i odezwałam się, nie bacząc na to iz jestem w ciąży teść popchnął mnie na ciezką platę węglową, uderzyłam plecami i przerażający ból, który minął jednak ruchy dziecka były od tego momentu jakieś dziwne, niby czułam że sie rusza jednak nie wystawiało juz ani rączek, ani nóżek, czuła sie bardzo dziwnie. Po tygodniu zaczęłam krwawić i zaczęła się bardzo intensywna akcja porodowa, trafiłam do szpitala, niby na izbie przyjęć wszystko było Ok, tętno dziecka wyczuwalne więc szybko na porodówkę, tam dosłownie po kilku minutach „wyplułam” maleńką córeczkę (900 gram), ale nie słychać płaczu, nie słychać nic. No i porażająca wiadomość, dziecko nie żyje mniej więcej od tygodnia. Czyja to wina? Mnie nasuwała się tylko jedna odpowiedź, ale nic nie mogłam zrobić, nic powiedzieć, nic udowodnić pozostało pochować maleństwo i żyć dalej. Minęło kilka kolejnych miesięcy i znowu niespodzianka, kolejna ciąza, tym razem juz bardziej kontrolowana, uważałam na wszystko w koło, starałam sie aby nic złego mi się nie przytrafiło i tak w ostatnim miesiącu ciązy trafiłam do szpitala na patologie ciąży, w badaniach wszystko dobrze, tylko dziecko jak na wiek ciąży bardzo malutkie, być może jakaś pomyłka w obliczeniach, nie wiem. Codzienne badania i czekanie, nie puszczą mnie do domu bo trzeba monitorować, no dobrze w szpitalu czuję się bezpieczniej, pewnego poranka obecny ordynator oddziału położniczego przeprowadza badanie i kątem oka udaje mi się zobaczyć moją kartę wyraźnie widzę na niej 9 czyli ułozenie odwrotne, lekarz delikatnie kręcił moim brzuchem to w jedna to w drugą stronę i po chwili wpisuje w kartę 6, czyżby udało mu się przekręcic dziecko? Najbliżej nocy połozna ma jakieś wątpliwości co do rytmu tętna dziecka, podłącza pod aparat KTG rytm jest nierówny, wzywa lekarza który chyba jest już zmeczony została mu godzina dyżuru więc decyduje że zostawiamy tak jak jest i czekamy na rozwój wypadków. Jakoś w południe pojawiają się pierwsze skórcze zapowiadające poród, decyzja lekarza, zatrzymujemy gdyż dziecko jest zbyt małe i tak do wieczornej wizyty, kroplówka i zastrzyki a akcja jedynie osłabła, ale nie ustała. Na wieczornej wizycie lekarz nakazuje podłączenie aparatu KTG, nie znam się na tym nie wiedziałam co się dzieje, z ust lekarza pada pytanie : „Czy zgadza się Pani na cięcie?” A jakie niby wtedy miałam wyjście, zmęczona a wręcz wykończona pod wpływem środków hamujących poród sama nie urodzę, zgodziłam się. Urodziłam córeczkę 1800 i 41cm dokładnie tak jak ja gdy się urodziłam, 9 na 10 możliwych punktów, tylko trudności z oddychaniem, dziecko było tak pozwijane pępowiną, że ta zaczynała ją dusić. Trafiam na oddział połozniczy, dziecko do inkubatora, jestem szczęśliwa, mam w końcu upragnioną córkę, jednak moja radość nie trwała zbyt długo, w 3 dobie (to wiem z opowiadania starszej pielęgniarki) mała została odłączona od podawanego tlenu, młoda pielęgniarka miała stać i pilnować aby dziecko nie zasnęło, a ta co poszła sobie, fakt wróciła po kilku minutach, ale dziecko już spało i niestety nie udało się już jej wybudzić, po kilku godzinach zmarła. Była to dla mnie wielka tragedia, cięzko nawet dzisiaj jest to pisać i znów pytanie, czyja to była wina? Przecież nie moja, ja się starałam, dałam z siebie wszystko aby było dobrze, ale od tej pory dorosłam na tyle aby zadbać o to by nie przytrafiła mi się kolejna „nie chciana” ciąża. Nie chciałam po raz kolejny przezywać tego co przeżyłam na przełomie 2 lat, a gdybym tak usunęła pierwszą ciąże, nawet nie chcę myśleć wtedy mogłabym winić tylko siebie, nawet gdyby nie była to moja wina… Na szczęście ja nie czułam się winna, na szczeście w domu miałam syna, który w tamtym momencie był moim jedynym pocieszeniem, całym moim zyciem.

 

P.S. Mam ogromną prośbę do czytających ten wpis, proszę napiszcie mi jak na niego trafiliscie?

Otagowane:  

Pierwsza ciąża, pierwszy poród….

Dodano 3 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ta wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, no ale oczywiscie mozna sie było tego spodziewać, jako młoda zaledwie 17letnia dziewczyna, byłam zrozpaczona, nie wiedziałam co mam robić. Do ukończenia 18 lat brakowało mi zaledwie miesiąc, ale co z tego? Mieszkałam sama z ojcem i nie mialam pojęcia jak to wszystko się może potoczyć. Jakoś sie udało, szybki ślub i czekanie na narodziny dziecka, ciaza przebiegała normalnie bez żadnych komplikacji choć przybrałam na wadze tylko 9 kg i brzuszek miałam bardzo malutki. 30 października 1984 roku dostałam pierwsze bóle, panika w domu, szybko do szpitala, tam połozne patrzą na termin wszystko OK (1.11.1984) ale ze śmiechem pytają z czym ja przyjechałam, taki maleńki brzuszek, no ale co jedziemy na porodówkę, leze tam w dziwnych skurczach przez 2-3 godziny, rozwarcie minimalne, aż tu nagle cisza, bóle ustały, odsyłają mnie na salę przedporodową, ile mam tu leżeć? No ale nie mogę zajmowac miejsca na porodówce jeśli nic sie nie dzieje, tak sobie poleżałam aż do rana 1 listopada, super data na urodzenie dziecka, ale czy na to mamy jakiś wpływ? No niestety raczej nie, jakos nad ranem trafiam na porodówkę, bóle stają się coraz silniejsze, a rozwarcia jak nie było tak nie ma, mijaja godziny, a maluch jak nie wyszedł tak nie wyszedł, po godzinie 19tej zmiana lekarza na sali porodowej jednak mój lekarz zostaje i chce mi pomóc, ja w sumie już prawie nie mam sił, a to małe coś co siedzi we mnie uparte i nie chce wyjść. Podali mi już chyba wszystkie możliwe środki, aby mi pomóc, bóle są tak silne ze nie do wytrzymania i słysze głos lekarza: „do cholery wyjdziesz, czy nie?” Byłam przestraszona, lekarz połozył się swoim całym wielkim ciałem na mój brzuch i nagle poczułam ulgę i jest udało się!!! O 21.55 urodził się mój pierworodny, nie był wielki, ale tez nie za malutki (2900 i 51cm), byłam bardzo zmęczona ale zarazem bardzo szczęśliwa, mam syna, choc moim marzeniem była dziewczynka, ale to nic jest piękny, silny i zdrowy chłopak. Ja trafiam na salę poporodową, a maluszek na noworodki, jednak zanim dotarł na swój oddział trafił do kuchni na oddziale połozniczym, sąsiadującej z wejściem na oddział noworodków, tam czekał młody tata na informacje. Pielęgniarka wchodzi do kuchni, aby pokazać dziecko i mówi do niego : „Ma Pan syna!” A ten zamiast się ucieszyć odpowiada z pretensją w głosie: „Ja nie chcę syna, ja chcę córkę.” Co za wstyd, jak się o tym dowiedziałam byłam przerażona, zdziwiona jak można tak zareagować. Po dwóch godzinach od porodu, trafiam na oddział połozniczy, o 6 rano zwalaja mnie z łóżka i każą pochodzić i mała niespodzianka, zamiast normalnie zareagować ja podam jak długa na podłogę, no i z powrotem do łóżka, dopiero po południu byłam w stanie wstać i zrobić kilka kroków, ale byłam bardzo bardzo słaba i obolała, popękałam, miałam założone ze 20 szwów. Po 4 dniach pobytu w szpitalu pojechaliśmy do domu, ja byłam szcześliwa, a mój małżonek chyba bardziej udawał to szczęście, sądząc po jego reakcji w szpitalu, jednak z czasem chyba się pogodził, że jego pierwsze dziecko to syn. Ot tak właśnie wspominam swoje pierwsze doświadczenia w roli matki, bo matką stajesz się już w momencie poczęcia, gdy dziecko rośnie w twoim łonie, zaczyna się ruszać, a później przychodzi na świat i zaczynają się prawdziwe obowiązki matki.

Otagowane: