Na ludzką głupotę chyba nie ma rady :)

Dodano 25 kwietnia 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Muszę to napisać, bo normalnie szlag mnie trafi.

Jakieś dwa tygodnie temu pod naszym domem miał miejsce
wypadek samochodowy z udziałem Guardii Civil czyli w sumie

jednego z główniejszych organów Policji.

O 1.30 w nocy obudził mnie straszliwy
hałas jakby się coś waliło i za moment okropne krzyki.
Nie mieliśmy pojęcia co się stało, a z okna nie bardzo było widać
więc szybko wrzuciliśmy coś na siebie i na dach by zobaczyć
co stało się na ulicy, gdyż bardzo często dochodziło tutaj
do kolizji drogowych.
To co ukazało się naszym oczom to była masakra, ulica pełna

lamentujących ludzi, auto Guardii Civil z rozbitym jednym

przednim światłem stało  przy znaku STOP a jakieś 200 metrów

dalej stał kompletnie  zmasakrowany inny samochód.

Oczywiście z ciekawości zeszliśmy na dół.
Okazało się, że najprawdopodobniej Guardia nie zatrzymała się
na znaku STOP i uderzyła w jadące prawidłowo auto, kierujący
autem młody chłopak nie opanował swojego auta i wpadł

na barierki po  czym dachowali i zatrzymali się na kołach.

Niestety jego kuzyn siedzący na tylnym siedzeniu 21 letni

chłopak zginął na miejscu.
Jednak nie o to mi chodziło, winą marnej widoczności na tym

dziwnym skrzyżowaniu jest wielki klomb z drzewami i palmami
zasłaniający widoczność, ludzie po tym wypadku napisali na
murku otaczającym klomb (około 1 metra do góry) wielkie napisy
FUERA YA czyli wynocha już, a co zrobili drogowcy?
Za pomalowanie żółtych widocznych pasów i wielkiego napisu STOP
na drodze można ich pochwalić jednak 2 dni temu dostawili
barierki murowane, że z koła zrobił się kwadrat i teraz już
kompletnie nic nie widać. Aby skręcić w lewo niestety musimy
wysunąć się na ulicę z pierwszeństwem przejazdu, a co za tym

idzie narazić się na uderzenie przez auto jadące tą drogą.
Mój Pan zazwyczaj jeździ tamtędy, ja zawsze wolałam inną drogą
wjeżdżać do domu, ale teraz sam ma obawy i stwierdził że chyba

będzie  wracał z pracy drugą drogą, aby ominąć teraz

bardziej niebezpieczne  miejsce.

Zamiast poprawić widoczność na skrzyżowaniu by

nie doprowadzić do kolejnej tragedii zrobili coś zupełnie odwrotnego.

Masakra i totalny brak myślenia.

Otagowane:  

To może przydażyć się każdemu z nas – rodziców!

Dodano 3 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

     Bardzo długo zastanawiałam się czy dodać ten wpis czy nie, jednak w końcu zdecydowałam że napiszę dlaczego tak długo nie dodawałam nic konkretnego, dlaczego nie czytałam innych blogów.

Otóż wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące temu, zaczęły do mnie dochodzić słuchy, że coś złego dzieje się z jednym z moich synów, że rozstał się z dziewczyną z którą mieszkał od 4 lat, że wyprowadził się nie wiadomo gdzie i że wpadł w nieciekawe towarzystwo. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, gdyż zawsze uważałam chłopaka za bardzo rozsądnego i myślącego realnie.

     Pewnego wieczoru jednak okazało się, że to wszystko prawda, a co gorsze to najprawdopodobniej oprócz tych wszystkich złych wiadomości to nie dość, że wyprowadził się do jednej z najgorszych i najniebezpieczniejszych dzielnic Torunia to jeszcze zaczął brać narkotyki. To ostatnie to jednak było tylko podejrzenie, a nie sprawdzony fakt, szczerze ciężko mi było w to wszystko uwierzyć. Dziewczyna mojego syna była załamana, nie wiedziała co robić, jak mu pomóc wydostać się z tej sytuacji, poprosiła mnie o pomoc. Jednak w sumie cóż ja mogę na odległość?

      Rozmawiając z synem poprzez Facebooka wyczuwałam w jego głosie dziwne zachowanie, również podczas pisania jego wypowiedzi były niespójne, chaotyczne i czasami pozbawione sensu. Na każdą moją, nawet najmniejszą krytykę zaraz się obrażał.

Postanowiłam zafundować mu wycieczkę do mamy, na Teneryfę. Jak postanowiłam tak i zrobiłam kupiłam bilet w obie strony na 10 dni, aby go rozgryźć, aby się czegoś dowiedzieć, aby w jakikolwiek sposób pomóc.

Przyleciał, po pewnych problemach z dotarciem na lotnisko ale to mało ważne, najważniejsze że był. Ucieszyłam się bardzo choć na dzień dobry o mało nie poznałam syna, wychudzony, zakatarzony dosłownie cień człowieka, jednak on twierdził że wszystko jest w porządku i że przed wyjazdem pogodził się ze swoją dziewczyną, że wszystko już zrozumiał i teraz już będzie tylko dobrze. Zbił mnie tymi słowami z tropu, więc nie drążyła tematu ponieważ każdego wieczoru bardzo długo i  normalnie rozmawiał ze swoją dziewczyną za pomocą skypa, byłam zadowolona, że wszystko wróciło do normy. Widać było, że jest szczęśliwy i nie może doczekać się powrotu do ukochanej, ale jak się później okazało to wszystko było chyba tylko na pokaz, aby mama nie marudziła, aby nie drążyła tematu.

Po 10 dniach chłopak wrócił do Polski przez jeden dzień wszystko było super, jednak następnego dnia pojechał niby po swoje rzeczy i już nie wrócił, łaskawie napisał tylko smsa do dziewczyny, że to koniec. W tym czasie ja z moim partnerem i najmłodszym synkiem byliśmy w Szkocji i w sumie niewiele mogłam zrobić, na dniach mój starszy syn z żoną i córeczką mieli wyruszyć do nas na Teneryfę więc też nic nie mógł poradzić na zachowanie młodszego brata.

Wróciliśmy z wycieczki do domu gdzie czekała już na mnie rodzina, cieszyła się bardzo z nadchodzących świąt i z tego że spędzę je razem z wnusią i jej rodzicami, ale jednak nie przestawałam się martwić o młodszego chłopaka. Co będzie robił na święta? Czy się ogarnie i wróci do mimo wszystko czekającej  na niego dziewczyny? Pytania i brak odpowiedzi nie dawały mi spokoju, tym bardziej że z Polski wcale nie było ciekawych wiadomości.

Nadeszły święta, mój syn obrażony na cały świat, nie zauważał życzeń mu składanych twierdząc, że wszyscy o nim zapomnieli. Doniesienia o tym, że bierze narkotyki stawały się coraz bardziej pewne, a ja popadałam w coraz większą nostalgię i taką jakby niemoc, przecież nie mogłam nic zrobić, w żaden sposób pomóc.

  Nadszedł czas kiedy dzieciaki musiały już wracać do domu czyli ostatni dzień starego roku, mój młodszy syn informuje mnie że tę noc ma zamiar spędzić ze swoją dziewczyną, ale co się jednak okazuje tak się nie stało. Po raz kolejny mnie okłamał, choć przedtem nigdy tego nie robił, zawsze był szczery i uczciwy.

Nowy rok przynosi tragiczne wiadomości, podobno został złapany w sklepie na kradzieży choć oczywiście wszystkiego się wypiera, na domiar tego wszystkiego dostaję wiadomość że rozbił samochód, gdzie za miastem dachował i wylądował w rowie. Jedyną dobrą w tym wszystkim wiadomości to było to, że nikomu nic się nie stało podczas tego wypadku. Po tym wypadku wrócił mieszkać do swojej dziewczyny, jednak jego zachowanie wymagało wiele do życzenia, znikał gdzieś na całe dnie, dom traktował jak stołówkę i hotel mimo to jego dziewczyna miała anielską cierpliwość, aby to wszystko znosić gdyż bała się o niego, aby nie zrobił nic głupiego.

     Pewnego dnia pojechał do „kolegów” najprawdopodobniej po pieniądze na ratę w banku (gdyż był na tyle głupi iż pobrał coś dla kolegów na raty) i co się okazało to nie dość, że nie dadzą mu żadnych pieniędzy, że sam ma się martwić o swoje kredyty to jeszcze go pobili i zniszczyli auto, który na dodatek wracając do domu (za zbite lusterka i światła) dostał mandat jakby mało miał na głowie. Jednak jakby to większość powiedziała „ma czego chciał” albo „a nie mówiłam”.

Po tej nauczce, którą otrzymał od swoich pseudo kolegów chyba coś dotarło do tej opustoszałej głowy, zaczął myśleć jednak powoli, przestał jeździć nie wiadomo gdzie, przestał brać jakiekolwiek narkotyki (przynajmniej na to wskazuje zachowanie i wygląd), w ciągu tygodnie znalazł pracę na razie na umowę 3 miesięczną, a czy przedłużą to zależy już tylko od niego. Od tygodnia pracuje i widać, że próbuje naprawić swoje błędy, jednak mimo wszystko twierdzi że był zbyt dobry, nie widzi w sobie winy, a to źle niestety. Mam jednak nadzieję, że z czasem wróci ten kochany i rozsądny chłopak który wyjechał z Teneryfy, aby zamieszkać z dziewczyną w Polsce.

Tak w wielkim skrócie opisałam problem który mnie dotknął, a nigdy nie przypuszczałam że właśnie mnie może spotkać coś takiego, teraz jednak myślę że każdego może to spotkać nawet jak się najbardziej dba o dzieci.

Otagowane:  

Może się zdarzyć i taka sytuacja, że nagle nasze maleńkie dziecko dostanie wysokiej gorączki, a tu środek nocy i w domu nie ma nic aby zbić niemowlakowi gorączkę (np wywołaną przez ząbkowanie) bo tak było w moim przypadku. Otóż opowiem Wam jak to było w moim przypadku.
Pierwsze dni na obczyźnie, zatrzymaliśmy się w domu mojej koleżanki, totalne „zadupie” do najbliższego miasteczka 30km, późny wieczór więc nawet jeśli pojedziemy apteka może być zamknięta, gdzieś pewnie jakaś działa tylko nikt nie wie gdzie, co robić? ^ miesięczne dziecko ma ponad 39 stopni gorączki, ale tylko to nic innego, żadnych innych niepokojących objawów. Troszeczkę się przeraziłam, ale zachowując spokój i zdrowy rozsądek złapałam za telefon (nota bene musiałam wyjść na podwórko aby złapać zasięg) i dzwonię do Polski do mojej koleżanki, a zarazem super pediatry prosząc o ratunek, co zrobić gdy mamy w domu tylko Eferalgan do rozpuszczenia dla dorosłych. Wypytała o wszystko, pomyślała i dała odpowiedź, nie łamać tabletki, nie kombinować po prostu rozpuścić tabletkę tak jak trzeba dla dorosłego i podać małemu 1/10 do wypicia i powinno pomóc (ważył wtedy około 7kg, bo dawka zależna od wagi) tak jak radziła, tak zrobiłam temperatura spadła, a następnego dnia było już wszystko OK, jednak od tamtej pory zawsze staram się mieć coś na takie ewentualne sytuacje, czyli syropek dla dzieci. Jednak jeśli zdarzy mi się taka sytuacja gdzieś u znajomych na odludziu przynajmniej wiem co robić bez paniki. Być może i Wam przyda się taka rada, bo raczej nikt z nas jadąc w gości gdzieś na wieś daleko od apteki do domu ludzi gdzie nie ma małych dzieci nie zabiera profilaktycznie ze sobą syropu na zbicie gorączki, ale jak widać z każdej sytuacji jest wyjście.

Otagowane:  

Przecież każda matka kocha swoje dziecko, ale czy na pewno?

Dodano 14 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ciut długo mnie nie było, ale tak czasem bywa jednak nie zatrzymała mnie praca czy nadmiar obowiązków, a obietnica której musiała dotrzymać, bo taka już jestem jak coś obiecuję to staję na głowie, ale musi być jak powiedziałam i udało mi się na szczęście choć pochłonęło sporo czasu. Jednak wróćmy do tematu, czytając dzisiaj wpis pewnej bardzo młodej mamy http://sercabiciem.blogujaca.pl/ jak pięknie opisywała miłość i oczekiwanie do swojego dziecka przypomniała mi się historia życia mojego obecnego partnera i matki jego dzieci.

Pierwsze jego dziecko to zwyczajna wpadka, choć po czasie można powiedzieć, że został wrobiony w dziecko, gdyż jego partnerka niestety „robiła” sobie dzieci by żyć na ich koszt, ale cóż urodziła się śliczna córeczka którą kochali oboje jednak po półtora roku na świecie zjawił się pierwszy syn tej kobiety, zaraz po urodzeniu nie był ślicznym niemowlakiem i jej pierwsza reakcja była: „Ja nie chcę go oglądać” i niby zajmowała się dzieckiem ale z wielką niechęcią, gdy chłopiec miał 3 miesiące pojechała niby do pracy do Niemiec zostawiając dwójkę maleńkich dzieci i swoją 7 letnią córkę z pierwszego związku pod opieką ojca, zajmował się całą trójką jak umiał najlepiej kochając bezgranicznie każde z tych dzieci.

Mamusia wróciła po roku do Polski i tu niespodzianka „z brzuchem” wpadła do domu rodzinnego ojca jej dzieci i stwierdziła, że zabiera córki, a syna może sobie zatrzymać, która matka tak postępuje? No cóż, sprawa sądowa na której kobieta wyrzeka się syna, po prostu stwierdza, że ona go nie chce i nigdy nie chciała, oraz że nigdy go nie pokocha. Z przyczyn niezawinionych przez ojca był moment kiedy nie mógł się zająć chłopcem, musiał zarabiać na jego utrzymanie, chwilami maluchem opiekowała się babcia.

Kobieta urodziła kolejnego syna, który tym razem był dla niej wszystkim, jakimś nie wyjaśnionym sposobem (mój partner nie umie mi tego wyjaśnić, sprzeczki rodzinne jej zdolność przekonywania) znowu zamieszkali razem i kolejne dziecko, tym razem córka, jego syn miał wtedy 5 lat. Kobieta rodzi córkę i rejestruje w USC na swoje nazwisko, a ojciec „nieznany” bo tak dostanie więcej kasy na dziecko. Ojciec dzieci pracuje poza domem, bywa w nim 2 razy w miesiącu po 2 dni, jednak gdy najmłodsza córeczka kończy 3 latka dochodzi do niego, że pracuje ciężko na dzieci, a „jego kobieta” co i rusz spotyka się z innymi facetami więc wyprowadza się do domu swojej matki, nie ma tam warunków do zabrania syna, który w domu matki jest niechcianym złem, wszystko co się zdarzy to jego wina, dziecko jest traktowane jak popychadło i jak to dziecko na swój sposób próbuje się bronić, matka nie interesuje się wynikami ani zachowaniem dziecka w szkole, po prostu jest to jest i tyle. I po pól roku od jego rozstania z matką swoich dzieci mój obecny partner wiąże się ze mną, zamieszkujemy razem jednak cały czas pracuje w delegacjach.

Kilka miesięcy później dostają zlecenie w naszym mieście więc przynajmniej pół roku będzie na miejscu i co się dziej, gdy matka jego dzieci orientuje się w sytuacji, pakuje syna i bez zbędnych ceregieli każe mu iść mieszkać sobie do tatusia, co miałam zrobić zgodziłam się bo przecież nie zostawię dziecka na ulicy. Starałam się jak mogłam, traktowałam go na równi z moimi dziećmi, jednak to był strasznie zbuntowany mały chłopiec, który w obronie zawsze kłamał, starałam się to zrozumieć i tłumaczyć dziecku, choć niestety odbierał to inaczej.

Wyjechał z nami za granicę. Był z nami 5 lat choć miał bardzo trudny charakter starałam się zawsze go zrozumieć i pomóc, niestety przekonywania „mamusi” były silniejsze obiecała mu złote góry i nie wrócił z wakacji w Polsce, miał wtedy 15lat, zamieszkał ponownie z matką, ale szczęście trwało krótko bo zaledwie pół roku i mamusia ponownie wyrzuciła go z domu bo nie było z niego żadnych korzyści materialnych, w międzyczasie „zrobiła” sobie kolejne dziecko z 18latkiem (39letnia kobieta). Chłopak poszedł mieszkać do cioci, która starała się aby jakoś dotrwać do ukończenia przez niego 18 lat, aby nie trafił do żadnego ośrodka, do ojca miał żal, nie wiadomo za co, obrażał i ubliżał, mnie obwiniał o rozpad jego rodziny, o to że zabrałam im ojca, nie będę już przytaczać słów jakimi określił mnie i swojego ojca bo każdy jest w stanie wyobrazić sobie do jakich słów jest zdolny obecny nastolatek.

Dopiero gdy chłopak skończył 18lat odezwał się do ojca normalnie jednak z jego ust nie padło słowo „przepraszam”, cóż ojciec mu wybaczył całe zło, ja nie umiem niestety bo jeśli on nie umie przeprosić za swoje czyny ja nie jestem w stanie ich wybaczyć, mój partner o tym wie i nie ma do mnie za to żalu, rozumie moje podejście do sprawy, obecnie chłopak ma 19 lat i mieszka w Anglii chce przyjechać do ojca na święta, ja powiedziałam wyraźnie, nie chcę go widzieć dopóki nie przeprosi, co będzie zobaczymy, czas pokaże, ale jak sami widzicie nie każda matka kocha swoje dziecko.

Otagowane:  

„Jaka ta dzisiejsza młodzież jest bezczelna!”

Dodano 6 października 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Jak dzisiaj oglądam telewizję i patrzę co wyprawia dzisiejsza młodzież to momentami, aż mnie ciarki przechodzą, ale cóż takie czasy. Jednak nie o tym chciałam pisać, patrząc na zachowanie dzisiejszej młodzieży przypomniała mi sie pewna moja przygoda sprzed lat. Miałam wtedy 28 lat więc jeszcze byłam młoda, a ze ponoć i teraz nie wyglądam na swoją 50tkę, więc wtedy tez nie wyglądałam na tyle ile miałam. Byłam wtedy w ostatnim miesiącu ciązy, była zima więc na sobie wiadomo kupa ciuchów, a nie zawsze na siedząco widać, że kobieta jest w ciązy. Tak więc musiałam gdzieś jechać środkami komunikacji miejskiej, wsiadłam spokojnie do tramwaju, a wręcz się wkulałam, bo ledwo już chodziłam, było wolne jedno, jedyne miejsce więc oczywiście usiadłam. Na następnym przystanku wsiadły dwie Panie w wieku około 50 lat, tak mi sie wydawało, nie były to staruszki, które nie mogły sobie postać, a ja szczerze nie mogłam stać, ale nie o to w tym chodzi. Tramwaj ruszył, Panie zatrzymały się przy mnie i byłam jedyną młodą osobą która spokojnie sobie siedziała z torebką na kolanach. Panie dyskutowały o różnych rzeczach, nagle jedna z nich niby mimochodem, oczywiście nie patrząc w moją stronę rzuciła:

„Jaka ta dzisiejsza młodzież jest bezczelna!”

Długo się nie zastanawiałam, podniosłam się z siedzenia i powiedziałam, bardzo grzecznie: „Proszę bardzo, niech Pani usiądzie”, kobieta spojrzała najpierw na moja twarz, potem zniżyła wzrok i zamurowało ją tak, ze z ledwością zdołała wybąkać: „Ale, ale to nie było do Pani”. Nie chciałam tego w żaden sposób komentować, bo nie było sensu, mam tylko nadzieje ze do kobieciny dotarło wtedy, że nie można tak ogólnikowo oceniać kogokolwiek, teraz jest to dla mnie śmieszna anegdota gdy przypomnę sobie minę starszej nie starszej Pani, to teraz mi się tylko śmiać chce.

Osobiście, nawet teraz gdy spędzałam wakacje w Polsce i byłam zmuszona do korzystania z komunikacji miejskiej zawsze starałam się ustąpić miejsca osobie, która wyglądala na taką, która musi usiąść z jakiegokolwiek powodu, choć sama mam problemu, aby stac dłużej w jednym miejscu, czasami znajdzie się człowiek który bardziej tego potrzebuje, ja w końcu nie jestem jeszcze taka stara, czasami i bardzo młody człowiek nie może stać na własnych nogach, gdy siedzi tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić, więc czasem lepiej dwa razy się zastanowić, zanim palniemy jakieś głupstwo.

Otagowane:  

Niespełniona miłość…..

Dodano 28 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Historia ta jest prawdziwa jednak opisana okiem obserwatora, więc być może niektóre uczucia mogą być wyrażone bardziej albo mniej, jeśli komuś z moich czytelników, tych którzy znają mnie osobiście wpadnie do głowy kto to może być proszę pozostawić tą informację dla siebie, nie chciałabym zrobić nikomu przykrości publikując ten wpis, nawet jeśli obie z przedstawionych par już dawno nie są razem.

Więc zacznijmy od początku, przedstawię Wam dwie teoretycznie kochające się pary:

1. Pierwsza para to Ania i Jacek. Ona to rozwódka z dwójką dzieci po wielu przejściach, On to młody kawaler. Żyli ze sobą razem, ale jednak osobno, wiele czasu spędzali wspólnie, jednak łączył ich tylko namiętny seks, bo raczej nie miłość po tym co wynikło później. Był czas, że mieszkali wspólnie w jej domu, układało się dobrze, jednak czegoś w tym związku przez cały czas brakowało i żadne z nich nie było tak naprawdę szczęsliwe.

2. Druga para to Beata i Andrzej, para z długoletnim stażem małżeńskim, z dziećmi i niby szczęśliwym życiem. Była to para żyjąca pod jednym dachem od wielu lat, wspólnie wychowywali dzieci, jednak zarazem zyli obok siebie. Dla otoczenia i przyjaciól byli szczęśliwym, udanym małżeństwem, swoje problemy pozostawiali w zaciszu domowym tak aby nigdy nie ujrzały światła dziennego, jednak oboje byli nieszczęśliwi w tym związku.

 

Po krótce przedstawiłam Wam bohaterów mojej opowieści, a teraz zaczynamy. Andrzej był długoletnim znajomym Ani, a nawet więcej jej pierwszą dziecięca miłością, nie widzieli się wiele lat i pewnego razu wpadli na siebie przypadkiem i od tego czasu odnowili swoja znajomość. Bardzo często spotykali się w czwórkę, a także razem z dziećmi Ani i Andrzeja. Razem bywali na imprezach, gościli jedni u drugich i dobrze się wspólnie bawili. Ania była bardzo bystrą osobą i od razu zauważyła, że małżeństwo Andrzeja to jedna wielka farsa, on tego przed nia nie ukrywał gdyż Ania również była dla niego kimś więcej niż tylko zwykłą szkolną znajomością. Beata i Jacek pozostawali z boku nie zauważając jak rozwija sie romans Anki i Andrzeja, którzy skrzętnie ukrywali swoje spotkania. Tak ta dwójka spotykała się po kryjomu, nikt nie poznał ich tajemnicy, gdyż oboje byli bardzo dyskretni i zarazem nie chcieli ranić swoich współpartnerów, każde z nich miało w pewien sposób poukładane życie i ani jedno, ani drugie nie chciało z niego rezygnować. Kochali się bezgranicznie, ale ważniejsze dla nich było życie ich dzieci, nie mogli ogłosić wszem i wobec, ze się kochają, że bardzo chcieliby być razem, gdyż zapewne nie ucierpiałaby za bardzo na tym druga połowa związku, ale ich dzieci. Tak więc przez kilka lat spotykali się sporadycznie w róznych miejscach i sytuacjach. Ta sytuacja ciążyła obojgu, gdyż oboje bardzo dbali o swoje dobre imię i dzieci i wszystko co robili, aby ukryć swój romans robili dla dzieci. Ich romans umarł śmiercią naturalną w momencie gdy Anka rozstała się definitywnie z Jackiem, nie chciała wtedy spotykać się z nikim, chciała poświęcić cały swój wolny czas dzieciom i tak też zrobiła, choć przez czas gdy była sama miała nadzieję że Andrzej podejmie ważną decyzję o rozwodzie i będą razem jednak tak się nie stało. Po kilku latach poznała mężczyznę z którym chciał ułożyć sobie życie, wtedy powiedziała Andrzejowi, że owszem mogą się widywać, ale tylko jako przyjaciele, jeśli on nie był w stanie podjąć tej ważnej decyzji ona tez nie będzie wiecznie czekać, na cos co może nigdy się nie spełni.

Od tamtej pory Ania i Andrzej są dobrymi przyjaciółmi, którzy mogą rozmawiać ze sobą o wszystkim jednak nic więcej ich nie łączy, natomiast Jacek cóz ułożył sobie życie jak chciał z inną kobietą. Żona Andrzeja była tak pewna swego, że nie spodziewała się tego co stało się w momencie gdy najmłodsze z ich dzieci ukończyło 18lat. Andrzej zmęczony, znudzony małżeństwem które przez x lat było dla niego koszmarem złozył pozew o rozwód,. jednak dla niego i Ani to było już za późno. Jednak Andrzej uwolnił się z toksycznego związku i mógł poswięcić swój czas pracy, znajomym temu co lubi, jednak przez jego brak zdecydowania, poprzez brak odwagi jak sam przyznał stracił miłość swojego życia.

No cóż jak widzicie różne są historie życia i czasami warto zawalczyć o to co kochamy inaczej stracimy to bezpowrotnie. A skąd znam tak dobrze ich historię, to już niestety tajemnica, gdyż ich związek był ukrywany latami i żadne z nich nie chce aby w tej chwili nawet po latach ujrzał światło dzienne, dlatego też imiona zostały zmienione i może niektóre fakty pominięte.

Napiszcie swoje refleksje na ten temat, co Wy myślicie.

Otagowane:  

„Najlepsza koleżanka, to męża kochanka”

Dodano 24 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak na początek to mam pytanie, czy zgadzacie się ze stwierdzeniem w tytule? Ja twierdzę, że coś w tym jest. Wiele razy spotkałam się z tym tematem w książkach, wszechobecnych teraz serialach, a zwłaszcza w serialu „Zdrady” emitowanym na Polsacie, kilka razy zdarzyło mi się obejrzeć ten serial i akurat ostatni odcinek przypomniał mi jedną z moich sytuacji życiowych, którą zamierzam Wam teraz przedstawić. Tak więc 22 lata poznałam pewną kobietę, która była w tamtym momencie w bardzo podobnej sytuacji życiowej jaka mnie wtedy spotkała, zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo często spędzałyśmy razem czas, ja w tamtym momencie byłam w ciąży z moim 3 synem, było mi bardzo ciężko gdyż wiedziałam już wtedy, że mój obecnie ex małżonek mnie oszukuje, koleżanka była dla mnie wielkim wsparciem przed i po porodzie. Została chrzestną mojego wtedy najmłodszego syna, bardzo często bywała u mnie w domu, spędzałyśmy razem miło czas, wydawało mi się że wszystko jest super, ale do czasu. Gdy mój syn miał jakieś pół roku moja wtedy najlepsza koleżanka została u mnie na noc z dziećmi (miała dwie córeczki 4 i 6 lat), w nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy, wstałam zaniepokojona aby sprawdzić co się dzieje i to co zobaczyła zaparło mi dech w piersi, (w tamtym czasie mój ex spał już w pokoju syna) w pokoju z którego dochodziły dziwne odgłosy spała moja koleżanka wraz ze swoimi córeczkami, ale gdy tam zajrzałam nie była sama, w najlepsze zabawiała się z moim jeszcze wtedy ślubnym, w tamtym momencie najchętniej złapałabym ją i wyrzuciła za drzwi, ale była 4 nad ranem i nie mogłam, nie miałam sumienia wyrzucić dwójki małych dzieci na ulicę, nie wiem jakim cudem udało mi się spokojnie wytrzymać do czasu kiedy dziewczynki wstały, zjadły śniadanie i całkiem spokojnie z mamą opuściły mój dom. Tak to zakończyła się moja „przyjaźń” z tą kobietą, od tamtej pory praktycznie nie mam z nią żadnego kontaktu, próbowała przepraszać, tłumaczyć się jakoś jednak dla mnie żadne wytłumaczenie nie było jej usprawiedliwieniem, wtedy bardziej zabolała mnie jej zdrada niż zdrada mojego ex. Na Pierwszą Komunię mojego syna wysłaliśmy jej zaproszenie jednak się nie zjawiła, po latach mój żal do nie minął, a chciałam by matka chrzestna mojego dziecka była na jego święcie, jednak chyba wstyd za to co zrobiła jej nie pozwolił aby stanęła ze mną twarzą w twarz, mimo iż wiedziała że już dawno jestem po rozwodzie (od swojej siostry) to nie odezwała się do mnie do tej pory, z jej siostrą mam luźny kontakt przez FB ale na jej temat nie dyskutujemy, jeśli ona nie chce mnie znać choć minęło już tyle lat ja się prosić nie będę, nie potrzebne mi takie osoby w moim otoczeniu, zawsze w życiu stawiałam na uczciwość i wiele z tego powodu wycierpiałam, jednak mimo wszystko uczciwość jest dla mnie najważniejszą cechą ludzką i tylko takimi ludźmi staram się otaczać. Pozdrawiam serdecznie!!!

Otagowane:  

# Get Well Darcy # 43 Darcy jesteśmy z Tobą!

Dodano 27 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj raczej nie na wesoło chciałam ten temat ruszyć już wcześniej, ale tak jakoś zeszło, nie wiem ilu z moich czytelników jest fanami czarnego sportu, ale wiem że wszyscy jesteście ludźmi, dobrymi ludźmi i wierzę że będziecie z nami w tym bardzo trudnym momencie dla tego sportu. Na poczatek przedstawię Wam obraz pewnego młodego i bardzo utalentowanego sportowca, nie będą to moje słowa lecz cytaty najtrafniej opisujące tego chłopaka.

Darcy Ward

635728143095280241

„To geniusz, wysłannik niebios. Urodził się, aby ścigać się na motocyklach. To także wspaniały człowiek”

O umiejętnościach…

 

Darcy Ward jest geniuszem. Urodził się po to, aby ścigać się na motocyklu. Wielu zawodników, którzy spędzili lata w szkółkach pod okiem świetnych trenerów, nie potrafi zrobić naparstka tego, co potrafi Australijczyk. On ma wielką lekkość w jeździe, w pojmowaniu aspektów mechaniki. Ma tchnienie Boga, coś jak Ayrton Senna. Kiedy Warda podpatrują wielcy mistrzowie, którzy mają więcej tytułów niż on, nie są w stanie pojąć, jak on balansuje ciałem, jak się ustawia, jak puszcza sprzęgło. Wszystko jest spoza tej galaktyki. Nie można tego objąć umysłem.

O charakterze…

 

To człowiek o gołębim sercu, który nawet w trudnych chwilach – a przecież był zawieszony na 10 miesięcy – potrafił znaleźć jasny odcień życia. Kiedy ktoś mu mówił, że we Wrocławiu zginął Lee Richardson, to on szukał sensu tej śmierci. To człowiek, który ma niespożyte siły, odporność, energię, jest skory do żartów. To gość, który wciąż chce coś robić. Kiedy mówiliśmy mu, żeby posiedział spokojnie w hotelu i zrobił barbecue odpowiedział, że może to zrobić, ale jeżdżąc na deskorolce! To jest twórczy umysł; tym obarczeni są ludzie o niewyobrażalnej dla nas, śmiertelników, skali talentu. Darcy w każdej sytuacji potrafił dostrzec coś niezwykłego.

 

O mistrzostwach świata juniorów…

 

Dwa mistrzostwa świata, które Darcy zdobył, jakby przed chwilą wstał od stołu zjadłszy kromkę chleba z masłem, pokazują skalę jego talentu.

 

O żużlu…

 

Speedway to sport ekstremalny, który niemal 100 lat temu wymyślili Australijczycy… A żużlowcy kochają żużel ponad życie. Ward to wysłannik niebios, ale jak to z nimi bywa są także naznaczeni, podatni, wrażliwi na kaprysy losu. Przesuwają też granicę, jak Marco Simoncelli, który zginął na torze MotoGP pod kołami motocyklu swojego przyjaciela Valentino Rossiego. Sporty ekstremalne udowadniają, że nie ma żartów – takiemu Travisowi Pastranie kręgosłup oderwał się od miednicy! Geniusze pokazują nam jednak rozwój dyscypliny. Ktoś, kto ma dar od Boga i umiejętności nabyte w drodze rozwoju, jest postacią epokową, taką jak Darcy Ward.

 

A teraz może wyjaśnie dlaczego przedstawiłam jego sylwetkę, również słowani innych bo chcąc pisać swoimi słowami i tak musiałabym wszystko powtórzyć.



Darcy Ward doznał urazu kręgosłupa wskutek wypadku, do którego doszło w niedzielnym meczu PGE Ekstraligi pomiędzy SPAR Falubazem Zielona Góra a MRGARDEN GKM Grudziądz. Australijczyk jest przytomny i samodzielnie oddycha.

Niewykluczone, że już w środę Ward zostanie przetransportowany ze szpitala w Zielonej Górze do Wielkiej Brytanii. – Współpracujemy z firmami ubezpieczeniowymi z Australii, aby sprowadzić Darcy’ego jak najszybciej do Wielkiej Brytanii. Darcy jest już po operacji nadgarstka i miejmy nadzieję, że będziemy mogli go przetransportować. Jego stan jest stabilny i pozwala na to – powiedział Mark Lemon, menedżer reprezentacji Australii.

Lemon nie ukrywa, że w Wielkiej Brytanii Ward mógłby liczyć na wsparcie najbliższych. – Chcemy tylko, by był blisko domu. To pomaga, jeśli jesteś w anglojęzycznym kraju. Wiemy, że polskie szpitale są dobre, ale chcemy go z powrotem w Wielkiej Brytanii, aby przebywał w znajomym otoczeniu. Jeśli będzie miał wsparcie bliskich, to wszystko będzie łatwiejsze - dodał menedżer australijskiej reprezentacji.

Lemon nawiązał również współpracę z fundacją „Wings for Life”, która mieści się w Salzburgu. Niewykluczone, że pomoże ona w leczeniu Warda. – Pracujemy z nimi od poniedziałkowego poranka. Byli bardzo pomocni od początku i mają dużą wiedzę w kwestii medycyny. Staraliśmy się znaleźć jakąś pomoc i tak trafiliśmy do nich. Oni pomagają sportowcom z czołówki i są na bieżąco z wszelkimi badaniami i technikami, jeśli chodzi o urazy kręgosłupa – poinformował Lemon.

Nie mogę zebrać myśli, pracować, funkcjonować. Wciąż nie dociera do mnie to co stało się z Darcym Wardem. Jednak nie tylko ja tak silnie to przeżywam. Czytam i wiem, jak bardzo ta tragedia przeniknęła i poruszyła ludzi. Tysiące ciepłych i otwartych serc pełnych wrażliwości, człowieczeństwa, przyzwoitości. Tego, czego w momencie wypadku Darcy’ego zabrakło grupie psycholi, którzy krzycząc obraźliwe słowa pod adresem zawodnika pokazali swój upadek moralny, prymitywizm i brak godności. Ważne, że odwrócił się od nich cały stadion, odwrócili się wszyscy!!!
Darcy jesteśmy przy tobie zjednoczeni bez podziału na kibiców z Zielonej Góry, Torunia czy Leszna. Jest z tobą cała sportowa Polska, cały sportowy świat. Jest z tobą ciepła i szczera energia przekazywana przez młodych i starych, kibiców i zwykłych ludzi, którzy z szacunku do Ciebie wyrażają swój ból, dowody wsparcia okazują przez internet, media czy przychodząc na poniedziałkowe spontaniczne spotkanie pod oknami szpitala, w którym przebywasz.
To ciężkie chwile dla całego środowiska, ale przede wszystkim dla samego żużlowca. Wspaniałego człowieka i niesamowitego talentu. Młodego chłopaka, który za sportową ambicję i chęć bycia najlepszym zapłacił bardzo wysoką cenę.
Jesteś jednym z nas, cząstką każdego sportowca, kibica i zwykłego człowieka. Nie zostawimy cię tak samo, jak ty nie zostawiłeś nas do końca ostatniego biegu. Jesteśmy i będziemy z tobą zawsze.
Głęboko wierzę w to, że medycyna tak bardzo poszła do przodu, że to co niedawno było niemożliwe (przeszczep twarzy czy serca) dziś będzie do zrobienia. Wierzę, że takim ludziom jak Darcy będzie można pomóc.

Otagowane:  

Ciąża urojona….

Dodano 10 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć historię mojej chrześnicy, a co za tym idzie najmłodszej córki mojej teściowej. Mamy maj roku 2005 zostaję zaproszona na ślub, nie miałam pojęcia że w ogóle panna ma jakiegoś chłopaka, gdyż po rozwodzie już prawie nie utrzymywałam kontaktów z moja teściową, jedynie na urodziny mojej chrześnicy, a to było w sierpniu zeszłego roku, a wtedy to jeszcze o niczym nie było wiadomo. Ślub cywilny jak ślub potem małe przyjęcie, o dziwo w mieszkaniu chłopaka, a w sumie jego rodziców i była to jedna wielka pomyłka, bo nawet na święta w prawie każdym polskim domu jest więcej na stole, zero alkoholu (choć ja nie piję), atmosfera nijaka i dość szybko opuściliśmy  to przyjęcie, jednak kilka chwil rozmawialiśmy no i jakoś tak pochwaliłam się, ze jestem w ciąży. Panna młoda wtedy stwierdziła, że też już planują dziecko, ale jeszcze nie jest w ciąży. Normalne jak się zawiera małżeństwo myśli się o dziecku, ja niestety miesiąc później poroniłam i życie toczyło się dalej. Na początku następnego roku doszły mnie słuchy że moja chrześnica jest w ciąży i jakoś w październiku będzie rodzić, ucieszyłam się jednak sama zajęta własnym życiem nie bardzo miałam czasu aby ich odwiedzić, zbliżał się sierpień i urodziny Doroty i jak co roku chciałam się do niej wybrać, dowiedziałam się że jej małżeństwo się rozpadło, a ona uciekła do mamusi podobno mąż ją bił i znęcał się nad nią, więc chciał czy nie chciał poszłam do domu mojej teściowej. Przyszła matka wyglądała na kobietę w 7-8 miesiącu ciąży, nic nie wskazywało tragedii, mijał czas, mieliśmy już listopad a ona dalej w ciąży, zaniepokojona pytam się teściowej co mówi lekarz, w odpowiedzi słyszę ze się pomylił i termin jest na grudzień. Ja wtedy byłam już w ciąży z moim najmłodszym synkiem, ale nic im nie mówiłam, bo w końcu co ich to obchodzi. Nie odwiedzałam teściowej jednak wiedziałam co się tam dzieje bo jeszcze wtedy moi chłopcy odwiedzali babcię, mijają kolejne miesiące a Dorota dalej w ciąży, spuchnięta, z ogromnym brzuchem, a dziecka nie widać. Zdenerwowana całą sytuacją już w widocznej ciąży udałam się do domu teściowej, w sumie spędziłam tam parę minut bo to co usłyszałam po prostu mnie powaliło z nóg, na moje pytanie czy Dorota w ogóle była u lekarza usłyszałam ależ oczywiście i wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale lekarz się pomylił. Ile razy i o ile miesięcy może pomylić się lekarz. Gdy w czerwcu 2007 urodził się mój synuś, a moja chrześnica dalej była w ciąży, nie miałam już żadnych wątpliwości, że to ciąża urojona, już prędzej pytałam się mojego lekarza co zrobić z tym fantem, powiedział mi że tutaj tylko psycholog jest w stanie pomóc, więc nawet nie przekazałam tego mojej byłej teściowej wiedząc, że to i tak do niej nie dotrze. Było mi bardzo żal Doroty, ale nic nie mogłam dla niej zrobić, ostatni raz widziałam ją w sierpniu 2007 ciągle w zaawansowanej ciąży, ona sama nie chciała o tym rozmawiać, według niej wszystko było w porządku. Wyjechałam z Polski, od moich synów dowiedziałam się, że w święta 2007 już nie była w ciąży, że dziecko urodziła się martwe, po 2 latach ciąży, a dziewczyna no niestety pozostała zdecydowanie gruba już do dzisiaj z tego co mi wiadomo. Przez ostatnie 8 lat widziałam ją raz jeden 4 lata temu i z tego co wiem to wiąże się z różnymi facetami, niestety zbyt często zagląda do kieliszka, zaniedbała swój wygląd i wygląda na zdecydowanie więcej lat niż ma, no cóż ja nie umiałam jej pomóc, matka miała ostatnie zdanie i w końcu dziewczyna też była już dorosłą kobietą. Nie mam pojęcia w jaki sposób rozwiązała się ta ciąża urojona, ale wiem jedno na pewno bardzo odbiło się to na psychice i wyglądzie młodej dziewczyny. I takim to sposobem moja „kochana” teściowa zniszczyła życie kolejnemu dziecku.

Otagowane:  

W poszukiwaniu ojca….

Dodano 6 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Wracając do mojej teściowej od momentu kiedy sie od niej wyprowadzilismy starałam się jak mogłam aby ograniczyć wszelkie kontakty, jednak nie było to łatwe ponieważ mój małzonek nie rozumiał, a może nie chciał zrozumieć jaka jest jego matka. W dwa lata po ślubie postanowił odszukać swojego biologicznego ojca, więc zaczęlismy swoje poszukiwania od USC, tam w akcie urodzenia zupełnym dowiedzielismy się, że mój mąż został uznany przez ojca w kilka lat po jego urodzeniu, to dało nam do myslenia, dlaczego przecież z tego co opowiadała moja teściowa to tata bardzo kochał syna, ale nie mógł byc w Polsce i że jego siostra to przecież też jego dziecko, stało się to dla nas bardzo dziwne (wtedy jeszcze nie wiedzielismy nic o dziecku przebywającym w zakładzie dla dzieci upośledzonych). Poszlismy więc tym tropem do sądu, tam urzędnicy udostepnili nam akta sprawy do wglądu i co się okazało, owszem ojciec uznał syna na sprawie, ale jego siostra to juz inna sprawa to nie jego dziecko, a dlaczego nie został w Polsce, dlaczego zostawił młodą dziewczynę z małym dzieckiem? Otóż fakt gdy była w ciązy z synem musiał wyjechać, wrócił później do Polski chciał zająć się synem i jego matką, ale niestety zaraził się od niej chorobą weneryczną, dowiedział się że już urodziła kolejne dziecko, które gdzieś oddała, dla mojego męża to był szok, przecież mama mówiła zupełnie co innego, jednak nie poruszył tego tematu z matką, a ja nie miałam takiego zamiaru. Po jakimś czasie postanowiliśmy odszukać jego ojca na terenie Niemiec jednak bez skutku, szukając po znajomych dowiadywaliśmy się coraz to nowych rzeczy, ale faktem było że mimo tego wszystkiego co zrobiła moja teściowa on bardzo kochał syna, ale nie mógł się z nim skontaktować bo ona na to nie pozwalała i niestety zmarł bez mozliwości kontaktu z synem. Wtedy mój ex poruszył temat z matką cos tam wymyslała, przyznała się że miała dziecko które oddała bo było chore i ze jego siostra jest innego męzczyzny, choć później i tak wiedzieliśmy że wiele zmysliła z tego wszystkiego, juz nawet nie pamiętam wszystkich szczegółów bo wszystko się mieszało i w sumie co było prawdą tego wtedy nikt nie wiedział. No to może tyle na dzisiaj nastepnym razem przedstawie kolejną sytuację, gdzie moja teściowa dała mi sie dobrze we znaki. Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Otagowane:  

Problem, gdzie zamieszkają młodzi???

Dodano 4 sierpnia 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Jak to zazwyczaj bywa, odwieczny problem gdzie zamieszkają młodzi po ślubie, przecież dziecko w drodze, muszą mieć odpowiednie warunki. W mieszkaniu  mojej teściowej nie ma miejsca, a u mojego ojca jest więc decyzja zapadła. Tutaj zaczyna się problem, do czasu narodzin dziecka jest w miarę Ok, potem zaczynają się schodki, gdyż mój ojciec się we wszystko wtrąca, zdeterminowana postanawiam zamieszkać u teściowej, błąd, który jednak pokazał mi prawdziwe oblicze tej kobiety. Niby opiekuńcza, pomocna, ale awantury w domu na porządku dziennym, gdy jej mąż wraca z pracy pod wpływem alkoholu ( a zdarzało się to dosyć często), awantura gotowa, wrzaski, krzyki, latające talerze i człowiek w sumie niczego nie winien ląduje za drzwiami, gdyż ten człowiek owszem lubił wypić, ale zawsze był potulny jak baranek, to ona wszczynała awanturę z byle powodu, a sama nie wylewała za kołnierz, minimum raz w tygodniu alkoholowa libacja w domu oczywiście kończąca się awanturą. Jestem w 7 mcu drugiej ciąży, kolejna awantura, tym razem byłam zbyt blisko, mój teść sprowokowany przez wyzwiska zaczyna obrażać mojego ojca, wypominać że mieszkamy z nimi a on sam nawet nie mieszka w dużym mieszkaniu, które stoi puste, nie wytrzymuje i odzywam się w obronie, było nie było mojego taty i….. stała się tragedia, dziecko które nosiłam w łonie zmarło,(pisałam o tej sytuacji dokładniej w jednym z postów) nie wytrzymałam, uprosiłam ojca aby pozwolił mi wrócić do domu. W czasie zamieszkiwania pod jednym dachem z tą kobietą zginęły mi wszystkie kosztowności, ale winny niestety się nie znalazł, straciłam wszystko łącznie z zaufaniem, ale to dało mi do myślenia kim jest ta kobieta, potrafi być aniołem, a z drugiej strony wcielonym diabłem, nigdy nie przyznała mi racji, że winnym śmierci mojego dziecka był jej mąż, zawsze i wszędzie go broniła, a sama jechała po nim jak po psie, wyzywała, biła itp. Tak skończył się dylemat gdzie będą mieszkać młodzi i przygoda z mieszkaniem u teściowej.

Otagowane:  

Pokręcone drogi ile w tym prawdy???

Dodano 30 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak więc w poprzednim wpisie dotarłam do narodzin syna mojej teściowej, co robiła dalej tego tak naprawdę nie wie nikt, podobno zamieszkała z synkiem w jakimś małym mieszkanku w śródmieściu Torunia i pracowała jako kelnerka. Po dwóch latach na świecie pojawia się kolejne dziecko, tym razem dziewczynka, kto jest ojcem nigdy nie udało nam się tego rozwiązać, ale niestety dziecko jest upośledzone umysłowo, nigdy nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować, taka diagnoza lekarzy, dziewczynka trafia do domu opieki sióstr zakonnych i ślad po niej ginie na wiele, wiele lat…. Kolejne dziecko, kolejnego faceta, czy ta kobieta myśli o tym co będzie dalej?? Na świat przychodzi śliczna, zdrowa (???) dziewczynka, a matka co robi, podobno pracuje dalej, jednak gdy dzieci mają 7 i 2 latka trafia do więzienia, a to chyba najbardziej strzeżona tajemnica mojej bohaterki, nigdy tego głośno nie powiedziała, nigdy do tego się nie przyznała, jednak dokumenty mówią co innego. 7letni wówczas syn kończy 1 klasę szkoły podstawowej w domu małego dziecka, gdzie z późniejszych ustaleń (już dorosłego syna) wynika, że spędził tam rok czasu ponieważ matka w tym czasie przebywała w zakładzie karnym, za co tego nigdy się nie dowiemy. Nie jestem w stanie opisać dokładnie całej przeszłości ponieważ nie byłam jej świadkiem, jednak to co sama zaobserwowałam nie jednego może przyprawić o ból głowy i stwierdzenie. Czy ta kobieta kiedykolwiek mówi prawdę???? Najprawdopodobniej mała, śliczna dziewczynka w wieku 3 lat choruje na ropne zapalenie opon mózgowych i od tej pory zaczyna być traktowana przez matkę jak zło konieczne, gdy dziewczynka ma 5 lat na świecie zjawia się kolejne dziecko, tym razem wiadomo kto jest ojcem, partner, a w późniejszym czasie mąż z którym kobieta będzie żyła do końca jego dni. Po kolejnych 4 latach na świecie zjawia się kolejny potomek mojej teściowej, najstarszy syn ma 14 lat i żyje swoim życiem dla matki najważniejsze są te dzieci z obecnym partnerem, a mała chora dziewczynka, traktowana jak popychadło, do szkoły według matki się nie nadaje, do niczego się nie nadaje, ale na ulice żebrać to tak, jak można tak traktować własne dziecko. Mijają kolejne 3 lata, moja bohaterka staje na ślubnym kobiercu, najstarszy syn w towarzystwie dużo od niego starszej dziewczyny, ale on ją kocha więc to w niczym nie przeszkadza, nikt nie patrzy na to że on ma dopiero 17 lat, a ona 29, czym to się kończy, tragedią, dziewczyna zostawia chorobliwie zazdrosnego gówniarza, on targa się na własne życie, wychodzi jednak z tego. Moja teściowa znowu spodziewa się dziecka, jest w 8 miesiącu ciąży gdy osobiści ją poznaję i od tej pory będę w stanie opisać wszystko co jest faktem, a nie tylko zasłyszaną historią jak do tej pory…..

Otagowane:  

Niechciane dziecko, w bardzo trudnych czasach….

Dodano 29 lipca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Brak mi czasu w tej chwili, aby pisać i czytać, czytanie nadrobię po powrocie do domu, a teraz może Was zainteresuje historia mojej ex teściowej, chciałam ja opisać w całkiem odrębnym blogu, ale niestety nie dam rady, czas mi na to nie pozwala, jednak mam juz kilka gotowych tekstów, więc mam nadzieję że Was to zainteresuje, bo kobieta jest nie do podrobienia, na szczęście juz od dawna nie mam z nią nic wspólnego, a własne wnuki nie chcą znać babci, tak jak ojca. Historia jest opisana z boku i nie jestem pewna czy wszystko jest prawdą bo są tu fakty zasłyszane, w nastepnych tekstach będą zasłyszane i przeżyte przeze mnie scenki, ale postaram sie pisać tak aby było jasne co jest prawdą, a co moze nią nie być. No to zapraszam na pierwszą część, czyli tak jak w tytule…

 

Koniec roku 1946 czyli czas powojenny, wojska rosyjskie wycofują się z Polski czyniąc po drodze zło, pewna młoda wdowa z dwójką jeszcze małych dzieci, zostaje zgwałcona czego owocem okazuje się być niechciana ciąża, cóż miała robić?? Postanowiła urodzić to dziecko i tak 12 lipca 1947 roku przychodzi na świat bohaterka mojej opowieści Grażyna, w dokumentach widnieje nazwisko panieńskie matki, a ojciec nieznany. Pomimo okoliczności poczęcia dziewczynka jest całym światem dla matki, która wkłada całe swoje serce w jej wychowanie, jednak dziewczyna chyba odziedziczyła charakter ojca, jest nie usłuchana, nie chce się uczyć, kłamie, oszukuje wszystkich wokół siebie, a jak wiadomo takie zachowanie wiąże się z konsekwencjami. W wieku 13 lat trafia do domu opieki dla trudnych dzieci, matka nie dawała sobie rady z niepokorna nastolatką, może tam sobie poradzą, może tam nauczą ją jak żyć, ale niestety płonne nadzieje, ta dziewczyna jest chyba nie reformowalna,  niczego nie rozumie. Jako 17latka poznaje pewnego przystojnego mężczyzną, który przyjechał z Niemiec w ważnych sprawach do Polski, jako ze sama była ładną dziewczyną, coś się między mini nawiązuje, jakiś romans, a może coś więcej. W wyniku tej znajomości przychodzi na świat kolejne niechciane dziecko, w sierpniu 1965 roku Grażyna rodzi syna, który staje się dla niej ( choć chyba tylko teoretycznie) najważniejszym celem w życiu. 18letnia dziewczyna musi sobie radzić z wychowanie małego dziecka z pracą, gdyż ojciec małego Gerarda nie chce jej pomóc, musiał wracać do Niemiec….

 

Otagowane:  

Rodzeństwo powinno sie wspierać…..

Dodano 20 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Jest piękne, gdy rodzeństwo jest ze sobą blisko, wspierają się i pomagają, a zwłaszcza w dorosłym życiu. Ja osobiście mam brata, ale chyba tylko na papierze bo nie widziałam go jakieś 28 lat, a w tym czasie rozmawiałam z nim jeden, jedyny raz gdy tata w poważnym stanie trafił do szpitala, wtedy szanowny braciszek postanowił porozmawiać ze mną osobiście, a nie przez pośredników, mam na mysli moją bratową. Ale zaczynając od początku nigdy nie miałam wspólnego języka z bratem, jest on starszy ode mnie o równe 7 lat nawet urodziny obchodzimy w tym samym dniu. jako mała dziewczynka wiedziałam, że mam brata który mnie obroni i nie da skrzywdzić, ale gdy rodzice prosili, aby mnie gdzieś zabrał to w głowie utkwiło mi jedno zdanie: „Gdzie ja tę gówniarę będę brał”, ale gdy potrzebował pomocy bo ukradli mu spodnie na basenie (krytym zimą) to wiedział gdzie szukać tej gówniary, która przyniesie nowe. Po smierci mamy wyjechał studiować do innego miasta i już było tak jakbym tego brata nie miała, gdy wychodziłam za mąż przelała się czara goryczy, ponieważ mój brat był całkowicie anty (teraz wiem, że miał rację) nie pojawił się ani w urzędzie, ani w kościele a tym bardziej na weselu. Po studiach zamieszkał z żoną w innym mieście ale na krótko, ponieważ gdy jego córka miała dwa latka wyjechał do Włoch, a stamtąd do Kanady, gdzie mieszka do dzisiaj, z Włoch dostałam jedną paczkę dla synka, z Kanady no cóż 2 razy czek na 200 dolarów, ale to wszystko wysłała bratowa, zyczenia na swięta wysyłała bratowa, na urodziny jak nie wysłałam pierwsza to nie dostałam nic, ale jeśli już dostałam to od bratowej. I przez te wszystkie lata jedna paczka dla mojego najmłodszego syna, a w Polsce nigdy mi sie nie przelewało. Kiedys mój tato mi powiedział, że mój brat chciał mnie ściągnąc do siebie, ale gdy miałam jedno dziecko, sam z synkiem, jednak sam mi tego nie powiedział, bo może wtedy bym się zdecydowała i moje zycie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ile razy dzwoniłam, tyle razy słyszałam od bratowej że zajęty pracą itp. Nigdy nie miał dla mnie chwili czasu, znalazł ją dopiero 2 lata temu, gdy tato by chory, ale cóż od czasu gdy tata wyzdrowiał jest to samo, mam brata, a tak jakbym go wcale nie miała. Dlatego jestem szczesliwa, że moje chłopaki trzymają się razem i wspierają.

Otagowane:  

Po raz kolejny pomaganie innym wychodzi mi bokiem….

Dodano 19 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Coraz częściej zastanawiam się czy warto pomagać innym, tak po prostu z dobrego serca i sama nie wiem czy warto. Ale zacznę od początku, już tutaj na Teneryfie poznaliśmy pewną pare, nie byli małżeństwem, ale dziewczyna była w ciązy, na samym początku i bardzo się bała, ponieważ kilka razy już miała problem z donoszeniem przez te pierwsze tygodnie, miała też wtedy 13 letnią córkę z innym mężczyzną, który nie interesował się losem córki, więc obecny partner jakby zastępował jej ojca. Tym razem sie udało po kilku miesiącach urodziła im się śliczna coreczka, która zarówno dla mamy jak i dla taty jest całym swiatem, tata zrobiłby dla niej wszystko, jest jego jedynym ukochanym skarbem. Jednak sielanka tej pary nie trwała długo, dochodziło do różnych nieporozumień, których najczęstszym powodem była starsza córka dziewczyny. Nie wiem dokładnie co i jak bo nigdy nie interesuję się cudzym życiem jeśli ktoś mnie o to nie prosi i sam nic nie mówi. Jakieś dwa miesiące temu wszystko pękło i zostałam wmieszana w ich życie. Pewnego ranka zadzwoniła do mnie zapłakana koleżanka z prośbą o pomoc, przez telefon powiedziała mi tylko tyle, że jej partner dostał wyrok, dwa lata zakazu zbliżania się do niej i jej starszej corki i czy mogłabym pośredniczyć w przekazywaniu ich wspólnego dziecka na spotkania z tatą, prosiła bo nie ma tu nikogo innego komu mogłaby zaufać, aby zostawić dziecko choćby na 5 minut, zaszokowana cała sytuacją zgodziłam się i jak się domyslacie teraz ja za to płacę. Znam dwie wersje całej historii, a prawda zapewne leży gdzieś po środku, ale nie o to w tym chodzi. Na początku było wszystko dobrze, choć tata małej jest furiatem i ma totalnego bzika na punkcie córki, wyzwiska pod adresem byłej partnerki wpadały mi jednym uchem, a drugim wylatywały nie chciałam się mieszać w ich konflikt, po prostu przekazywałam wiadomości, ponieważ nawet nie kontaktują się przez telefon. tatuś małej miał pretensje, że matka pomimo że ma wykupiony karnet do parku rozrywki nie jeździ z dzieckiem przynajmniej raz w tygodniu, jemu cięzko zrozumieć że kobieta nie ma pieniędzy na paliwo aby robić tyle kilometrów, być może nie jest to aż tak daleko, a paliwo tutaj jest tanie, ale każda taka podróż to około 5 euro w obie strony, dla jednych to nic dla innych już sporo. Aby dziecko mogło jeździć z mamą do parku obiecał mi, nie jej prosząc o przekazanie informacji że co tydzień będzie dawal te 5 euro, aby pojechała i co drugi tydzień kolejne 5 na to aby przywiozła córkę, bo choć w wyroku było zapisane, że prawo do zabierania córki ma co 2 tygodnie na weekend, dogadali się oczywiście za moim pośrednictwem że będzie zabierał córkę w każdy piątek do niedzieli. Tydzień temu w niedzielę miał zostawić pieniążki za wyjazd w poprzednim tygodniu, otrzymał zdjęcia ze dziecko było, nie wiem czy zapomniał czy co, w sumie nie powinno mnie to interesować jednak dziewczyna faktycznie nie ma aż tyle kasy by jeździć i w tym tygodniu nie pojechała nigdzie z dzieckiem. Dzisiaj kolejny piątek, tata miał odebrać córkę ode mnie o 13tej, tak uzgodniłam między nimi i żartem przypomniałam mu o jego obietnicy, którą złożył mnie odnośnie kasy, jednak wszystkowiedzący Pan z ironią w tekście, że mam się nie wtrącać w jego życie tylko zająć się własnym. Napisałam mu, że chyba powinien zauważyć że żartuję, bo tak formułowałam tekst, aby nikogo nie urazić i by było widać żartobliwy ton, on to wziął tak poważnie, że dosłownie zrobił mi awanturę, że wpierdalam się dosłownie w jego życie i mam sie odczepić, mimo wszystko próbowałam załagodzić sytuacje pisząc, że jeśli w jakikolwiek sposób go uraziłam to przepraszam, bo na pewno tego nie chciałam, a to że mu przypomniałam to tylko dlatego że mnie to obiecał i sam prosił aby mu przypomnieć gdyby zapomniał, w odpowiedzi dostałam tylko jedno zdanie: „Obiecać coś to nie znaczy to spełnić…” Odpisałam mu że jeśli tak podchodzi do tego to jego sprawa ja już więcej nie będę się odzywać jedynie przekazywać wiadomości odnośnie kiedy ma zabrać lub oddać córkę. Przyjechał po małą z półgodzinnym opóźnieniem i od razu próbował mi zrobić jakąś awanturę, powiedziałam mu że nie chce z nim rozmawiać na ten temat, dopiero wtedy sie oburzył, mój partner próbował mu wytłumaczyć, aby przestał bo mnie boli głowa, to wychodząc tylko rzucił, a chuj mnie to obchodzi, że ja boli głowa i coś tam jeszcze ale już nie słuchałam, miałam dość. Czy ludzie nie potrafią docenić pomocy innych, widocznie tak już musi być, a dla mnie jeśli człowiek nie dotrzymuje własnych obietnic już nie wiele znaczy, nie obiecuje się niczego jeśli nie chcemy, czy nie możemy spełnić danej obietnicy. Dla mnie po raz kolejny pomoc innym wychodzi bokiem, najgorszy problem jest w tym że nie mogę się wycofać, tylko moja osoba podana jest w sądzie i we wszystkich innych instytucjach, no cóż bedę pomagac dalej, ale z mojej strony to już będzie pomoc tylko matce, ojciec niech zapomni, nie pozwole aby ktoś mnie upokarzał i wyżywał się na mnie bo ma zły humor albo cokolwiek innego, więc jeśli urażony pan zechce sobie pokrzyczeć, powyzywać itp niech znajdzie sobie innego kozła ofiarnego, ja już tego nie będę słuchać, a tym bardziej w jakikolwiek sposób temu panu pomagać.

Otagowane:  

Sport to zdrowie?! Być może, ale nie wyczynowy…

Dodano 17 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Patrząc na wszelkiego typu kontuzje sportowców co możemy powiedzieć? Czy sport to zdrowie, być może jak sobie ot tak poćwiczymy, pobiegamy czy cos tam innego, ale wyczynowo to już większy problem. Moi chłopcy wszyscy od małego trenowali hokej na lodzie i co nie co wiem o tym czy sport to zdrowie. Patrząc na najstarszego, kilka razy wstrząs mózgu, połamane i koniec końców drutowane kości obojczyka, skonczyło się na tym że lekarz sportowy nie podpisał zgody na dalsze treningi bo to niebezpieczne dla jego zdrowia, miał takiego pecha, albo zawsze się pchał tam gdzie nie trzeba. Prawie za każdym razem gdy z jakichkolwiek zawodów docierała do nas wiadomość że którys z chłopaków miał wypadek okazywało się że to mój syn, owszem innym też się zdarzało jednak on był chyba mistrzem. Po kilku latach trenowanie hokeja młodsi synowie zmienili dyscypline na short track czyli w skrócie jazda szybka na krótkim lodzie, no i tam mój średni syn miał bardzo poważny wypadek, końcówka płozy (a są one długie, ostre jak noże i bardzo cienki) wpiła mu się ponad kostką podczas upadku, około 2cm przebiła tętnicę, na szczęście szybka reakcja uratował mu nogę i życie bo mógł się wykrwawić, jedynie najmłodszy z tych starszych jakoś uniknął poważnych kontuzji, za to poza sportem rozbijał sie równo, ale na szczęście nie były to bardzo poważne sprawy, teraz gdy wszyscy są już dorośli, cała trójka trenuje hokej amatorsko, dla rozrywki i dobrej zabawy, najstarszy jest nawet sędzią hokeja na lodzie. Na lodowisko mają bardzo blisko, bo choc każdy z nich mieszka już osobno to wszyscy bardzo blisko siebie i to mnie cieszy, że mają dobry kontakt. Więc czasem warto się zastanowić zanim zapiszemy dziecko do jakiegoś klubu, bo nigdy nic nie wiadomo….

Otagowane:  

Przyznaj się, inaczej Cię zabiję…..

Dodano 13 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Chciałabym wam dzisiaj opisać pewną sytuację z którą zapewne nie jedna kobieta w swoim życiu się spotkała, patrząc na różnego typu tragedie w rodzinach, że mąz zabija żonę, a nawet dzieci z jakiegoś tylko sobie znanego powodu. Ale ja zacznę od początku, w zeszłym roku dowiedziałam się, ze jeszcze przed moim slubem mój przyszły mąż wynajął jakiegoś chłopaka, aby dobitnie pobił chłopaka mojej koleżanki, którego podejrzewał o to, ze się ze mną spotyka, co było nie prawdą, na szczęscie w samą porę dotarła moja koleżanka i jakoś się sytuacja rozwiązała polubownie, ale to jest tylko wstęp do tego co chciałam napisać. Byliśmy juz po ślubie, mój synek miał może z 8 mcy, gdy mój wtedy jeszcze mąż przyszedł do domu pijany i zaczął sie awanturować, gdy zobaczył w domu mojego kuzyna. Mój kuzyn nie chcąc sprawiać kłopotu po prostu pożegnał się i wyszedł, gdy się zamknęły drzwi dopiero zaczęło się piekło, mój mąz złapał mnie za szyję i kazał się przyznać do romansu z wcześniej wspomnianym kolegą, ja oczywiście zaprzeczałam bo niby mam się przyznać do tego co nie istnieje, podejrzewam ze już wtedy mnie zdradzał, ale to tylko moje podejrzenia. Gdy ja mówiłam, ze to nie prawda on coraz bardziej jedną reką ściskał mnie za ręce, a drugą trzymał na szyi  i po prostu uderzał w twarz, zaprzeczałam, pamiętam ze mówiłam wtedy że dla jego przyjemności nie przyznam się do czegoś czego nigdy nie zrobiłam, jednak moje słowa wywoływały tylko jego większą wściekłość. Szczerze mówiąc nie wiem jakby się skończyła ta sytuacja gdyby nie mój kuzyn, który wyszedł co prawda z mojego mieszkania, ale coś go niepokoiło i wrócił, słysząc za drzwiami jego wrzaski że mnie zabije, nie bacząc na nic wpadł do mieszkania złapał mojego męza i wyprowadził z domu, chyba zawiózł do do jego matki, teraz juz nie wiem, ale wiem jedno uratował mi życie. No i standardowo jak to bywało następnego dnia po pracy mój małżonek przychodzi nie do domu, a do swojej matki (bo wiedział dobrze, że ja tam będę) z wielkim bukietem kwiatów i na kolanach przeprasza i przyrzeka, że to się nigdy nie powtórzy, a ja oczywiście głupia i naiwna uwierzyłam, wybaczyłam. Fakt taka sytuacja może i już nie miała miejsca, ale były inne może mniej łagodne. Dopiero gdy poszedł do wojska ataki agresji z jego strony ustały, wtedy uwierzyłam że się zmienił, tak ale chyba na gorsze, bo czasem nękanie psychiczne jest gorsze od nękania fizycznego, bardziej boli i niszczy człowieka. Teraz to wiem i nigdy juz nikomu nie pozwolę aby mna pomiatał w żaden sposób. :lol:

Otagowane:  

To co znam tylko z opowiadania innych ludzi….

Dodano 10 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć jak potoczyło się życie Marcina czyli mojej 5letniej przygody, tak teraz to mogę nazwać. Nie znam wszelkich szczegółów ponieważ ten człowiek po naszym rozstaniu wykreślił mnie całkowicie ze swojego zycia, jednak dopiero po jakimś czasie, dlaczego nie od razu? Otóż, gdy rozstalismy sie definitywnie ja nie chciałam za bardzo utrzymywać kontaktów, jednak gdy przypadkiem gdzieś się spotkaliśmy nie traktowałam go jak obcego człowieka, zawsze starałam się z usmiechem powiedzieć „Cześć, co słychać?” Na poczatku jeszcze było ok, aż zaczął wydzwaniać, chciał się umówić na spotkanie, będąc w drugim związku, spotkałam się z nim raz z ciekawości, czego może ode mnie chcieć i chciał tylko jednego…. I tu się pomylił, gdy nie dostał tego co chciał zaczął traktować mnie jak powietrze, gdy się mijaliśmy na ulicy udawał że mnie nie zna, trudno ja się z tym pogodziłam, choć uważam ze nie tak traktują się ludzie kiedyś sobie bliscy. Z opowiadania osób z jego towarzystwa, jego siostry to ozenił się z kobietą dla której mnie zostawił, mamusia była szczęsliwa, kupił jakieś mieszkanie na kredyt, jednak jego charakter i skłonność do nadużywania alkoholu (gdy był ze mną pił tylko na imprezach) spowodowały, że nie mógł utrzymać pracy, za jazdę pod wpływem odebrali mu prawo jazdy. Urodziła mu się córka, a problemy finansowe się pietrzyły, on uciekał w alkohol, a ta biedna dziewczyna w tym momencie już nie dawała rady z wszystkimi problemami które na nią spadły, małe dziecko, mąż alkoholik nie szczędzący awantur, a nawet podnoszenia ręki, w końcu nie ona od niego, a on od niej odszedł dla jakiejś aktoreczki, która bardzo szybko się nim znudziła i został sam. A domiar wszystkiego złego rozpoznano u niego bardzo cięzka chorobą „toczeń’, jednak nie wiem jakiego rodzaju, wiem że w pewnym momencie był na granicy zycia i smierci. Podobno przestał pić, dostał jakąś rentę ale jak w Polsce się z tego utrzymać? Niestety do żadnej pracy iść nie może przy jego stanie zdrowia i jest sam mieszkając u mamy, chyba nie takiego życia oczekiwał, ja nie życzę nikomu źle, nawet jeśli ta osoba mnie skrzywdziła, jednak każdy dostaje to na co zasłużył….

Otagowane:  

Czyja to wina? Nie, raczej nie moja….

Dodano 4 czerwca 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zastanawiałam się nad tematem tego wpisu, ale nic nie przychodziło mi do głowy, wiedziałam o czym chce napisać tylko brakowało mi tematu i tak to postawiłam pytanie, może ktos z Was wyciągnie odpowiedź z mojej historii. Otóż mając 6 miesięczne dziecko zorientowałam się, że znowu jestem w ciąży, byłam przerażona, z jednym jest ciężko a co dopiero z dwójką, ale cóż nigdy nie pozbyłabym się dziecka. Było cieżko, ale nie źle jakos dawalismy radę, ciaza przebiegała prawidłowo, byłam już w 7 miesiącu, dzieciatko było tak żywe, ze nie dawało spokoju i nagle znalazłam się w nieodpowiednim miejscu o nie odpowiedniej porze w samym centrum pijackiej awantury w domu moich teściów, gdy mój teść zaczął obrażać mojego ojca nie wytrzymałam i odezwałam się, nie bacząc na to iz jestem w ciąży teść popchnął mnie na ciezką platę węglową, uderzyłam plecami i przerażający ból, który minął jednak ruchy dziecka były od tego momentu jakieś dziwne, niby czułam że sie rusza jednak nie wystawiało juz ani rączek, ani nóżek, czuła sie bardzo dziwnie. Po tygodniu zaczęłam krwawić i zaczęła się bardzo intensywna akcja porodowa, trafiłam do szpitala, niby na izbie przyjęć wszystko było Ok, tętno dziecka wyczuwalne więc szybko na porodówkę, tam dosłownie po kilku minutach „wyplułam” maleńką córeczkę (900 gram), ale nie słychać płaczu, nie słychać nic. No i porażająca wiadomość, dziecko nie żyje mniej więcej od tygodnia. Czyja to wina? Mnie nasuwała się tylko jedna odpowiedź, ale nic nie mogłam zrobić, nic powiedzieć, nic udowodnić pozostało pochować maleństwo i żyć dalej. Minęło kilka kolejnych miesięcy i znowu niespodzianka, kolejna ciąza, tym razem juz bardziej kontrolowana, uważałam na wszystko w koło, starałam sie aby nic złego mi się nie przytrafiło i tak w ostatnim miesiącu ciązy trafiłam do szpitala na patologie ciąży, w badaniach wszystko dobrze, tylko dziecko jak na wiek ciąży bardzo malutkie, być może jakaś pomyłka w obliczeniach, nie wiem. Codzienne badania i czekanie, nie puszczą mnie do domu bo trzeba monitorować, no dobrze w szpitalu czuję się bezpieczniej, pewnego poranka obecny ordynator oddziału położniczego przeprowadza badanie i kątem oka udaje mi się zobaczyć moją kartę wyraźnie widzę na niej 9 czyli ułozenie odwrotne, lekarz delikatnie kręcił moim brzuchem to w jedna to w drugą stronę i po chwili wpisuje w kartę 6, czyżby udało mu się przekręcic dziecko? Najbliżej nocy połozna ma jakieś wątpliwości co do rytmu tętna dziecka, podłącza pod aparat KTG rytm jest nierówny, wzywa lekarza który chyba jest już zmeczony została mu godzina dyżuru więc decyduje że zostawiamy tak jak jest i czekamy na rozwój wypadków. Jakoś w południe pojawiają się pierwsze skórcze zapowiadające poród, decyzja lekarza, zatrzymujemy gdyż dziecko jest zbyt małe i tak do wieczornej wizyty, kroplówka i zastrzyki a akcja jedynie osłabła, ale nie ustała. Na wieczornej wizycie lekarz nakazuje podłączenie aparatu KTG, nie znam się na tym nie wiedziałam co się dzieje, z ust lekarza pada pytanie : „Czy zgadza się Pani na cięcie?” A jakie niby wtedy miałam wyjście, zmęczona a wręcz wykończona pod wpływem środków hamujących poród sama nie urodzę, zgodziłam się. Urodziłam córeczkę 1800 i 41cm dokładnie tak jak ja gdy się urodziłam, 9 na 10 możliwych punktów, tylko trudności z oddychaniem, dziecko było tak pozwijane pępowiną, że ta zaczynała ją dusić. Trafiam na oddział połozniczy, dziecko do inkubatora, jestem szczęśliwa, mam w końcu upragnioną córkę, jednak moja radość nie trwała zbyt długo, w 3 dobie (to wiem z opowiadania starszej pielęgniarki) mała została odłączona od podawanego tlenu, młoda pielęgniarka miała stać i pilnować aby dziecko nie zasnęło, a ta co poszła sobie, fakt wróciła po kilku minutach, ale dziecko już spało i niestety nie udało się już jej wybudzić, po kilku godzinach zmarła. Była to dla mnie wielka tragedia, cięzko nawet dzisiaj jest to pisać i znów pytanie, czyja to była wina? Przecież nie moja, ja się starałam, dałam z siebie wszystko aby było dobrze, ale od tej pory dorosłam na tyle aby zadbać o to by nie przytrafiła mi się kolejna „nie chciana” ciąża. Nie chciałam po raz kolejny przezywać tego co przeżyłam na przełomie 2 lat, a gdybym tak usunęła pierwszą ciąże, nawet nie chcę myśleć wtedy mogłabym winić tylko siebie, nawet gdyby nie była to moja wina… Na szczęście ja nie czułam się winna, na szczeście w domu miałam syna, który w tamtym momencie był moim jedynym pocieszeniem, całym moim zyciem.

 

P.S. Mam ogromną prośbę do czytających ten wpis, proszę napiszcie mi jak na niego trafiliscie?

Otagowane:  

Migrena, paskudztwo które może sie przyplątać do każdego i nigdy nie wiesz gdzie i kiedy Cie dopadnie i meczy tak, ze masz dość wszystkiego i wszystkich. Jak z nia walczyć? Nie ma skutecznych sposobów na pokonanie migreny jedynie środki przeciwbólowe, cisza i spokój, a co najważniejsze szybka reakcja. Mnie po raz pierwszy dopadła jakieś 15 lat temu i początki były najgorsze, wtedy nie wiedziałam co zrobić, jak unknąc kilku dni potwornego bólu głowy, nic nie pomagało gdy ból był juz zbyt silny, praktycznie za każdym razem lądowałam na szpitalnej izbie przyjęć, gdzie podawano mi w zastrzykach środki uśmierzające ból. Rzadko zdarzało się, że wezwane pogotowie zostawiało mnie w domu, gdyż wystarczyło im zmierzenie ciśnienia, a tam 60/40 albo niżej więc to juz jest źle, najczęsciej po podaniu srodków wszystko mijało, jednak nie zawsze. Pewnego razu było juz bardzo źle wezwany lekarz bez zastanowienia zabiera mnie do szpitala, tam jak zawsze zastrzyki, ale nic zero jakiejkolwiek reakcji, głowa jak bolała tak boli, to były chyba najgorsze dni w moim zyciu, 30 dni potwornego bólu głowy, dzień w dzień kroplówki, zastrzyki a ból nie ustępuje, wszystkie mozliwe badania, bo być może jest inny powód tego bólu, ale nie, nic nie znaleźli, wszystko jest w normie, a mnie boli głowa. Po 30 dniach męczarni odeszło samo tak jak przyszło, w końcu ulga i do domu z rozpoznaniem migreny i zapasem leków oraz zaleceniami, aby odstawić to i tamto, odstawiiłam wszystko o co prosili, starałam się, brałam wszystkie zapisane leki i co? Po miesiącu z powrotem pogotowie, nie ja mam juz tego dość, cos z tym trzeba zrobić, gdy boli głowa nie mogę nic zrobić, nawet wypić szklanki wody, bo zaraz zwracam, a przeciez robiłam wszystko co mi kazali, same wyrzeczenia i wszystko na nic. W końcu stwierdziłam, że muszę żyć normalnie, zrobić coś, aby te bóle nie wracały i jakos mi się udało, może to głupie, ale żadne leki nie pomagały, zadne wyrzeczenia. Podstawowym składnikiem w mojej torebce stały się tabletki przeciwbólowe i udało się, gdy tylko zaczynałam odczuwać choć minimalny ból głowy lub jakiekolwiek inne symptomy migreny łykałam tabletkę i ból nie wystapił, problem występował tylko wtedy gdy w porę nie zareagowałam bo zabrakło tabletki, bo ból obudził mnie w środku nocy. Najczęściej taka 2-3 dniówka dopada mnie do tej pory, ale tylko wtedy gdy w środku nocy obudzi mnie ból, przerażający ból, a ja nie mogę już zareagować, nie mogę zrobić nic co by pomogło tak od razu, na szczęscie lekarz przepisał mi czopki, które uśmierzają ból i nie muszę wzywać lekarza, ale co mnie pomęczy to mnie pomęczy. Nie lubię patrzeć na cudze cierpienie i zawsze staram się pomóc, ale sama też nie lubię cierpieć ale na to nie mam wpływu. Nie życze tej choroby nikomu nawet wrogom, choć nie wiem czy ich mam, ale każdy gdzieś ma jakiegoś wroga…..

Otagowane: