Na szczęście skończyło się na strachu….

Dodano 7 lutego 2016, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

     Dzień jak co dzień, nic się w sumie nie działo do wieczora. wybraliśmy się na zakupy, gdy byliśmy już w ostatnim sklepie nagle zadzwonił telefon, koleżanka szuka swojej mamy. Przerażona od kilku godzin nie ma z nią kontaktu, mówiła że idzie do pracy, gdzie nie dotarła, prosi nas o pomoc w dostaniu się do mieszkania swojej mamy bo nie wiadomo czy przypadkiem nie ma jej w środku.

           Wsiadamy w samochód i jedziemy do miejsca gdzie mieszka (również nasza znajoma) mama mojej koleżanki, na miejscu mąż dziewczyny już rozmawia ze strażą pożarną, z policją. No cóż moim zdanie troszeczkę się pospieszyli, ale wiadomo każdy by się martwił, piesek sam w domu, gdzie nigdy nie zostawiała go na długo samego, telefon dzwoni w domu, a drugi telefon nie odpowiada, obdzwonili już wszystkich znajomych i nikt nic nie wie.

          Po kilku minutach przyjeżdża straż pożarna i policja, rozpoczyna się akcja dostania się do mieszkania zaginionej. Na ośrodku (zamknięty ośrodek z mieszkaniami prywatnymi) zbiegowisko, wszyscy ciekawi co mogło się stać, gdyż jakieś dwa tygodnie temu na tymże ośrodku w pożarze zginęła matka z córką. Straż próbuje wyciąć kratę z okienka prowadzącego do łazienki, policja spisuje dane, po chwili zjawia się również karetka w razie czego. Zbiegowisko na całego, a w sumie nie wiadomo co się stało i czy coś w ogóle się stało.

          Moja koleżanka ciągle jeszcze próbuje dodzwonić się do jednej znajomej swojej mamy, która do tej pory nie odbierała telefonu jak i również na drugi telefon swojej mamy i w pewnym momencie ktoś odbiera telefon. Nie wiemy o czym rozmawia i z kim, ale mój partner podsłuchał, że ponoć była z nią 5 minut temu, szybka przybiega pod drzwi gdzie strażacy przecinają śruby od krat, aby poinformować ich by przestali, bo jest, znalazła się!

          Akcja ratownicza przerwana wszyscy rozchodzą się do domu, a my czekamy na winowajczynię tego całego zamieszania, po 20 minutach dociera do swojego domu i jakby jeszcze miała pretensje do wszystkich, po prostu zapomniała telefonu, a drugi pożyczyła koleżance i nie chciało jej się wracać do domu, do pracy nie dotarła bo gościa nie było w domu (sprząta w mieszkaniach), a ze spotkała znajomą to sobie poszły do baru na kawkę i spokojnie siedziały kilka godzin, nie zdając sobie sprawy co się dzieje.

          Teraz wspominając tą chwilę wszyscy się z niej śmiejemy, ale ile strachu wszystkim napędziła tego się nie da opisać, gdyż nie jest już najlepszego zdrowia, ma problemy z sercem i nawet tego dnia nie czuła się najlepiej. Po tej całej akcji dała już drugie klucze do mieszkania córce, tak na wszelki wypadek.

The following two tabs change content below.
Otagowane:  

16 Responses to Na szczęście skończyło się na strachu….

  1. Ania pisze:

    Ojejku, ja bym na waszym miejscu zawału z nerwów dostała, a potem znajomej nagadała :)

  2. ~Puszkowa pisze:

    Drudgi komplet kluczy, przy kiepskim zdrowiu mamy kolezanki to mus. Teraz juz będzie spokojniej, na pewno. Pozdrawiam i buziaki!
    Tyle razy przez Guargacho przejeżdżałam….

  3. ~t.vik pisze:

    Dobrze, że kosztów akcji nie trzeba pokrywać :)

  4. ~Ruda Blondynka pisze:

    Dobrze wiem co to strach kiedy nie można się skontaktować i bliską osobą.
    Kiedy mój tata zostawił jeden telefon w samochodzie a drugi mu się rozładował i nie można było się z nim skontaktować cała rodzina była postawiona na nogi.
    Kiedy jego siostra po szalonej jeździe przez miasto taryfą w końcu do niego dojechała on był zdziwiony że niechcąco uruchomił czerwony alert rodzinny.
    Dobrze że wszystko dobrze się skończyło i tu i u mnie.
    Czasami , szczególnie w erze telefonów komórkowych , nie zdajemy sobie sprawy jak brak kontaktu potrafi zaniepokoić innych .

  5. ~szarabajka pisze:

    Drugi komplet kluczy u kogoś bliskiego to dla mnie sprawa oczywista. Dla mojego własnego bezpieczeństwa. Natomiast bez komórki bardzo często wychodzę. Nie jestem specjalnie do niej przywiązana.
    A syn mi ostatnio (wyszłam nic mu nie mówiąc, bo i on tego od daaaawna nie robi) powiedział: „jak gdzieś wychodzisz to mi mów; muszę wiedzieć, gdzie jesteś; nie możesz sama chodzić wieczorami; jak będziesz w takiej sytuacji, to dzwoń – podeślę ci taksówkę”. Normalnie mi szczęka opadła na stół, bo on nigdy się nie opowiada, co mu zresztą powiedziałam. „Teraz zmieniły się zasady; muszę wiedzieć, gdzie jesteś, bo jakby mnie policja zapytała (mój dawny argument)…” :) W sumie to mnie wzruszył tą troską.

  6. ~jotka pisze:

    Nie dziwię się bliskim, że zamartwiali się, tym bardziej, że wcześniej sie tak nie zdarzało.
    Zawsze warto wiedzieć, gdzie są najbliżsi i na jak długo wychodzą, żeby wiedzieć czy już sie niepokoić czy jeszcze poczekać, choćby z rozwalaniem drzwi…
    To była akcja!

  7. Nareszcie wróciłaś kochana do pisania! czekałam i czekałam i doczekać się nie mogłam :) Cieszę się już więc, że jesteś :-) Strach i lęk o najbliższych czasami przysłania racjonalne myślenie, co można zobaczyć w wielu takich i podobnych sytuacjach :-) Najważniejsze, że się znalazła i wszystko już dobrze.

  8. pluca.zycia pisze:

    Ciekawa historia. Choć powiem Ci byłabym bliska zawału na miejscu córki a potem tyle śmiechu. Uf najważniejsze że nic się nie stało :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>