Zakazane słowa, jak na nie reagować?

Dodano 29 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Czytając notkę na http://blogrodzinny.blog.pl/ pt; „Oczami dziecka -z zakazane słowa” przypomniał mi się pewien epizod z mojego życia, który po krótce postaram się Wam teraz opisać.
Gdy mój najmłodszy z dorosłych synów miał około 3-4 lat dokładnie nie pamiętam momentu, jego siostra, a córka mojego byłego męża miała o 10 miesięcy mniej, często ze swoją matką odwiedzała moją teściową, ja raczej rzadko tam zaglądałam, ale tego dnia były to chyba urodziny mojej teściowej, a ze nigdy nie byłam wredna to choć w ten dzień starałam się do niej zaglądać bo mimo wszystko czasami zdarzało się, że potrzebowałam jej pomocy w opiece nad dziećmi, ale wróćmy do tematu. Otóż impreza w domu, śmiech i zabawa, dzieci się bawią, w pewnym momencie obecna zona mojego byłego męza woła po coś swoją córeczkę, ta nie chce przyjść, gdy zdenerwowana matka próbuje ją wyciągnąć spod stołu ta mała istotka odzywa się do niej takimi słowami: „zostaw mnie ty kulwo!”, a co na to mamusia, a więc totalnie nic, a może jednak dużo więcej bo zaczęła się smiać, a za nią wszyscy zgromadzeni, mnie zatkało jednak nie było sensu komentować takiego zachowania posiedziałam trochę, zabrałam dzieci i wyszłam. Po jakimś czasie, gdy byłam zmuszona zostawić moje dziecko na jakieś dwie, trzy godziny u mojej teściowej idąc z synkiem do babci, już nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale mój synek nie chciał iść do babci choć nie wiedział że bedzie musiał tam zostać sam przez jakiś czas i gdy się z nim przekomarzałam, że musimy iścć moje własne dziecko wyskakuje do mnie ze słowami: „Ty jesteś kulwa”, a że w tym czasie doskonale wymawiał „r” więc zabrzmiało to zupełnie inaczej, spojrzałam się na niego dosyć groźnym wzrokiem i powiedziałam, że teraz to idzie do babci i zostanie już tam na zawsze, że ja nie chcę dziecka, które tak brzydko mówi na swoją mamę, że jest to bardzo obraźliwe słowo. Synek spojrzał się na mnie zapłakanymi oczami, ale nic nie powiedział gdyż wchodziliśmy już do domu mojej teściowej, weszliśmy powiedziałam tylko zostawiam go i wyszłam bez słowa. Gdy wróciłam mniej więcej po dwóch godzinach od teściowej dowiedziałam się, ze mój synek przez cały ten czas siedział w kącie i płakał, strasznie mi się żal go zrobiło, podeszłam do niego i gdy mnie zobaczył rzucił mi się na szyję i przepraszał obiecując, że nigdy więcej tak nie powie, ja wiedziałam gdzie i w jakich okolicznościach to usłyszał, jednak w jakiś sposób musiałam zareagować. Jakiś czas potem, nie pamiętam dokładnie ile czasu minęło oglądaliśmy wspólnie film : „koszmar z ulicy wiązów” był to odcinek w którym była pokazana matka Frediego i gdy był obok niej rzucił do niej słowa: dziwka, a mój synek na to: mamusiu, ale on tak nie może mówić przecież to jest jego mama. Tak to właśnie utkwiło mojemu synkowi w głowie, to że nie można obrażać nikogo takimi słowami, a tym bardziej mamy, do tej pory (a ma 21 lat) w stosunku co do mnie w zasadzie nie używa słowa: mama, zawsze jest mamusia albo mamuś. Teraz oboje potrafimy się śmiać z tej historii, choć wtedy ani jemu, ani mnie nie było do śmiechu.

Otagowane:  

Niespełniona miłość…..

Dodano 28 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Historia ta jest prawdziwa jednak opisana okiem obserwatora, więc być może niektóre uczucia mogą być wyrażone bardziej albo mniej, jeśli komuś z moich czytelników, tych którzy znają mnie osobiście wpadnie do głowy kto to może być proszę pozostawić tą informację dla siebie, nie chciałabym zrobić nikomu przykrości publikując ten wpis, nawet jeśli obie z przedstawionych par już dawno nie są razem.

Więc zacznijmy od początku, przedstawię Wam dwie teoretycznie kochające się pary:

1. Pierwsza para to Ania i Jacek. Ona to rozwódka z dwójką dzieci po wielu przejściach, On to młody kawaler. Żyli ze sobą razem, ale jednak osobno, wiele czasu spędzali wspólnie, jednak łączył ich tylko namiętny seks, bo raczej nie miłość po tym co wynikło później. Był czas, że mieszkali wspólnie w jej domu, układało się dobrze, jednak czegoś w tym związku przez cały czas brakowało i żadne z nich nie było tak naprawdę szczęsliwe.

2. Druga para to Beata i Andrzej, para z długoletnim stażem małżeńskim, z dziećmi i niby szczęśliwym życiem. Była to para żyjąca pod jednym dachem od wielu lat, wspólnie wychowywali dzieci, jednak zarazem zyli obok siebie. Dla otoczenia i przyjaciól byli szczęśliwym, udanym małżeństwem, swoje problemy pozostawiali w zaciszu domowym tak aby nigdy nie ujrzały światła dziennego, jednak oboje byli nieszczęśliwi w tym związku.

 

Po krótce przedstawiłam Wam bohaterów mojej opowieści, a teraz zaczynamy. Andrzej był długoletnim znajomym Ani, a nawet więcej jej pierwszą dziecięca miłością, nie widzieli się wiele lat i pewnego razu wpadli na siebie przypadkiem i od tego czasu odnowili swoja znajomość. Bardzo często spotykali się w czwórkę, a także razem z dziećmi Ani i Andrzeja. Razem bywali na imprezach, gościli jedni u drugich i dobrze się wspólnie bawili. Ania była bardzo bystrą osobą i od razu zauważyła, że małżeństwo Andrzeja to jedna wielka farsa, on tego przed nia nie ukrywał gdyż Ania również była dla niego kimś więcej niż tylko zwykłą szkolną znajomością. Beata i Jacek pozostawali z boku nie zauważając jak rozwija sie romans Anki i Andrzeja, którzy skrzętnie ukrywali swoje spotkania. Tak ta dwójka spotykała się po kryjomu, nikt nie poznał ich tajemnicy, gdyż oboje byli bardzo dyskretni i zarazem nie chcieli ranić swoich współpartnerów, każde z nich miało w pewien sposób poukładane życie i ani jedno, ani drugie nie chciało z niego rezygnować. Kochali się bezgranicznie, ale ważniejsze dla nich było życie ich dzieci, nie mogli ogłosić wszem i wobec, ze się kochają, że bardzo chcieliby być razem, gdyż zapewne nie ucierpiałaby za bardzo na tym druga połowa związku, ale ich dzieci. Tak więc przez kilka lat spotykali się sporadycznie w róznych miejscach i sytuacjach. Ta sytuacja ciążyła obojgu, gdyż oboje bardzo dbali o swoje dobre imię i dzieci i wszystko co robili, aby ukryć swój romans robili dla dzieci. Ich romans umarł śmiercią naturalną w momencie gdy Anka rozstała się definitywnie z Jackiem, nie chciała wtedy spotykać się z nikim, chciała poświęcić cały swój wolny czas dzieciom i tak też zrobiła, choć przez czas gdy była sama miała nadzieję że Andrzej podejmie ważną decyzję o rozwodzie i będą razem jednak tak się nie stało. Po kilku latach poznała mężczyznę z którym chciał ułożyć sobie życie, wtedy powiedziała Andrzejowi, że owszem mogą się widywać, ale tylko jako przyjaciele, jeśli on nie był w stanie podjąć tej ważnej decyzji ona tez nie będzie wiecznie czekać, na cos co może nigdy się nie spełni.

Od tamtej pory Ania i Andrzej są dobrymi przyjaciółmi, którzy mogą rozmawiać ze sobą o wszystkim jednak nic więcej ich nie łączy, natomiast Jacek cóz ułożył sobie życie jak chciał z inną kobietą. Żona Andrzeja była tak pewna swego, że nie spodziewała się tego co stało się w momencie gdy najmłodsze z ich dzieci ukończyło 18lat. Andrzej zmęczony, znudzony małżeństwem które przez x lat było dla niego koszmarem złozył pozew o rozwód,. jednak dla niego i Ani to było już za późno. Jednak Andrzej uwolnił się z toksycznego związku i mógł poswięcić swój czas pracy, znajomym temu co lubi, jednak przez jego brak zdecydowania, poprzez brak odwagi jak sam przyznał stracił miłość swojego życia.

No cóż jak widzicie różne są historie życia i czasami warto zawalczyć o to co kochamy inaczej stracimy to bezpowrotnie. A skąd znam tak dobrze ich historię, to już niestety tajemnica, gdyż ich związek był ukrywany latami i żadne z nich nie chce aby w tej chwili nawet po latach ujrzał światło dzienne, dlatego też imiona zostały zmienione i może niektóre fakty pominięte.

Napiszcie swoje refleksje na ten temat, co Wy myślicie.

Otagowane:  

8 zasad hiszpańskiego savoir-vivre

Dodano 27 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Przeglądając stronki wpadłam na bardzo interesujący tekst, który zamieszczam poniżej, być może tytuł nie jest całkowitym odniesieniem, wiedząc że savoir – vivre to zasady dobrego wychowania, a nie mentalne przyzwyczajenia czy wady, ale tak mi się wydaje że tytuł brzmi ciekawie i większość Hiszpanów jest wychowywana w tym schemacie, a często i przybysze przejmują ich zwyczaje. Jak powszechnie się mówi o Hiszpanach ” siesta, fiesta i mańana” Tutaj gdzie jestem czyli na Teneryfie tubylcy nie uważają się za Hiszpanów, oni to Canarusy, a Hiszpania to Hiszpania, jednak zachowania i zwyczaje są dokładnie takie same. Życzę miłej lektury i refleksje na ten temat.

 

Będąc w Hiszpanii, powinniśmy pamiętać o specyfice iberyjskiej  mentalności, charakteru, sposobu bycia i widzenia świata oraz o kilku punktach z kodeksu dobrego zachowania, które w Polsce niekoniecznie są one uważane za podstawowe lub wcale też nie są praktykowane.
1. Powitanie

 

Dla osób, które nie miały wcześniej styczności z hiszpańską kulturą, może ono okazać się bardzo zaskakujące. Nie miejsce tu zachowywanie dystansu i chłodne wyciągnięcie ręki na przywitanie! Nowo poznana osoba w Hiszpanii od razu przywita się z Tobą, dając Ci dwa całusy w policzki.

Z czasem przesiąkniesz ową zdrową bezpośredniością na tyle, że ciężko będzie Ci wyzbyć się tego zwyczaju nawet przebywając z wizytą w kraju rodzinnym. Emocjonalne obejmowania, pocałunki i uściski to dla Hiszpanów zupełnie naturalne zachowanie również wobec nowo poznanych osób, niezależnie od płci.

 

2. Obiecanki-cacanki…

 

Czy Wasi hiszpańscy znajomi na pożegnanie również mają tendencję obiecywania wszystkim wokół spotkania na kawę/piwo? Jest to obietnica, którą należy traktować raczej jako część hiszpańskiego savoir-vivre, jako że do spotkania takiego zazwyczaj nie dochodzi lub dochodzi w zupełnie innym terminie…
3. Szacunek tolerancja

 

Będąc tyglem kulturowym, hiszpańskie społeczeństwo jest niezwykle tolerancyjne i otwarte. Wielowiekowy dialog kultur, współistnienie niezliczonej ilości nacji i narodów obok siebie sprawia, iż jakiekolwiek zjawisko, które przez przedstawiciela innej narodowości być może z łatwością zostałyby nazwane „odmiennym”, obserwowane i komentowane, tutaj nie budzi bynajmniej żadnej niechęci, uprzedzeń czy też niezrozumienia.

 

4. Con calma

 

Hiszpanie nie lubią się spieszyć, mają tendencję do odkładania obowiązków „na jutro”, posługując się dwoma magicznymi słowami: „mañana” (jutro) oraz „tranquilo” (spokojnie). Z pewnością jest to podejście oszczędzające nadmiernego stresu, skupiania się na kwestiach problematycznych. Dla osób nieprzyzwyczajonych do takiego „rozwiązywania” kłopotliwych sytuacji, może to być naprawdę denerwujące. Tym bardziej dla Polaków, których z kolei cechuje tendencja do zbytniego przejmowania się. Kontrat w podejściu do wielu spraw życiowych może więc być bardzo wyraźny. Z jednej strony jest to szansa na nauczenie się hiszpańskiego „luzu”, z drugiej jednak będzie wymagało uzbrojenia się w cierpliwość przy konieczności załatwienia jakiejkolwiek sprawy urzędowej.
5. Czas posiłku i czas odpoczynku

 

Hiszpanie uchodzą za bardzo spontaniczny naród. Przebywając jednak stale w ich otoczeniu, zdasz sobie sprawę, że „spontaniczność” tę cechuje swoista cykliczność i uporządkowanie.

Ułożona jest ona w dość sztywne ramki czasowe i codzienną rutynę. Poranną kawę każdy Hiszpan pije o godz. 11.00, pora obiadowa to godz. 14.00, do klubu nocnego nie wychodzi się przed godziną 1.00.

Z założenia czas po popołudniowym posiłku przeznaczany jest na odpoczynek (są to mniej więcej godziny od 14.00 do 16.00). Dla pracowników oznacza to obowiązkową przerwę na obiad w pracy (co najmniej godzinną). W tym czasie Hiszpania „śpi”. Pamiętaj, że z tego też powodu nie wypada w czasie siesty dzwonić do nikogo.
6. Niepunktualne spotkania

 

W codziennych kontaktach towarzyskich niepunktualność jest stosunkowo naturalną cechą Hiszpanów (nie tyczy się to kontaktów biznesowych, oficjalnych). Nawet jeśli nie lubisz spóźnialstwa, nie okazuj tego. W Hiszpanii zwyczajowy kwadrans spóźnienia (nawet jeśli uległ wydłużeniu) nikogo nie dziwi.
Tapas!
Tapas!
7. Delektowanie się jedzeniem

 

Przygotowywanie i spożywanie posiłków jest niemalże rytuałem, do którego podchodzi się z dużym szacunkiem, wdzięcznością, niekiedy nawet hedonistycznym oddaniem. Hiszpański stosunek do jedzenia jest szczególny. Jest to osobny dział hiszpańskiej kultury, kultury przygotowywania i spożywania posiłków.. Hiszpanie delektują się jedzeniem. Stąd też tak duża ilość restauracji i barów rozsianych po wszystkich ulicach i uliczkach każdego z hiszpańskich miast. Jeśli więc chcesz lepiej poznać Hiszpanów i zaskarbić sobie ich sympatię, rozmawiaj z nimi o jedzeniu!To jeden z głównych tematów rozmów!
8. Uśmiech

 

Hiszpanie są narodem potrafiącym cieszyć się życiem, żyć chwilą. Wyrażaj swoje emocje, pielęgnuj optymizm i pokłady pozytywnej energii!

Otagowane:  

Taka to refleksja wpadła mi po opublikowaniu ostatniego mojego wpisu i moim zdaniem nie możemy mierzyć każdego jedną miarą. Każdy facet jest inny i wbrew pozorom jak mówi przysłowie” Okazja czyni złodzieja” nie każdy z mężczyzn od razu zdradzi swoją ukochaną jeśli tylko trafi się okazja. Otóż będąc jeszcze w Polsce udzielałam się w Klubie Sportowym, wspominałam o tym we wpisie o żużlu, ale nie o tym chciałam pisać. Więc w grupie było wiele osób, mężczyźni, kobiety, pary i małżeństwa. Razem organizowaliśmy przeróżne spotkania związane z meczami, ale też towarzyskie na grilu czy tańcach i tak na pewnej z imprez dotarły do mnie słuchy, że jedna z koleżanek nota bene ponoć szczęśliwa mężatka bywająca na wszystkich spotkaniach razem ze swoim mężem uwodzi innych facetów. Nie bardzo chciałam wierzyć, aby była do tego zdolna, jednak po wszystkich moich przejściach wiem, że wszystko jest możliwe. Bawiliśmy się super, ja i mój partner, jednak w pewnym momencie wybuchła awantura bo ktoś doniósł mężowi owej Pani, że zachowuje się niestosownie i wtedy się dowiedziałam od mojego partnera, ze jemu tez robiła dwuznaczne propozycję jednak ją zbył, w to że spuścił ją na drzewo to wierzę, jednak zastanawia mnie czy powiedziałaby mi wtedy o tym gdyby nie wybuchła ta awantura, być może bo raczej nie ma przede mną tajemnic, jednak czasem nie mówi o wszystkim, ale wiem że nie wynika to ze złej woli ale z nadmiaru pracy i tego, że o takich błahostkach szybko zapomina i czasem przy jakiejś okazji to wychodzi, bo właśnie często dowiaduje się czegoś po czasie i jego zdziwienie wtedy jest najzabawniejsze, a co nie mówiłem Ci o tym, a myślałem że mówiłem, a czasem faktycznie mi powie, a ja wysłucham i zapomnę to będzie tak długo drążył temat, aż sobie przypomnę kiedy i gdzie mi o tym mówił. Ot taka refleksja.

Otagowane:  

„Najlepsza koleżanka, to męża kochanka”

Dodano 24 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak na początek to mam pytanie, czy zgadzacie się ze stwierdzeniem w tytule? Ja twierdzę, że coś w tym jest. Wiele razy spotkałam się z tym tematem w książkach, wszechobecnych teraz serialach, a zwłaszcza w serialu „Zdrady” emitowanym na Polsacie, kilka razy zdarzyło mi się obejrzeć ten serial i akurat ostatni odcinek przypomniał mi jedną z moich sytuacji życiowych, którą zamierzam Wam teraz przedstawić. Tak więc 22 lata poznałam pewną kobietę, która była w tamtym momencie w bardzo podobnej sytuacji życiowej jaka mnie wtedy spotkała, zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo często spędzałyśmy razem czas, ja w tamtym momencie byłam w ciąży z moim 3 synem, było mi bardzo ciężko gdyż wiedziałam już wtedy, że mój obecnie ex małżonek mnie oszukuje, koleżanka była dla mnie wielkim wsparciem przed i po porodzie. Została chrzestną mojego wtedy najmłodszego syna, bardzo często bywała u mnie w domu, spędzałyśmy razem miło czas, wydawało mi się że wszystko jest super, ale do czasu. Gdy mój syn miał jakieś pół roku moja wtedy najlepsza koleżanka została u mnie na noc z dziećmi (miała dwie córeczki 4 i 6 lat), w nocy obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy, wstałam zaniepokojona aby sprawdzić co się dzieje i to co zobaczyła zaparło mi dech w piersi, (w tamtym czasie mój ex spał już w pokoju syna) w pokoju z którego dochodziły dziwne odgłosy spała moja koleżanka wraz ze swoimi córeczkami, ale gdy tam zajrzałam nie była sama, w najlepsze zabawiała się z moim jeszcze wtedy ślubnym, w tamtym momencie najchętniej złapałabym ją i wyrzuciła za drzwi, ale była 4 nad ranem i nie mogłam, nie miałam sumienia wyrzucić dwójki małych dzieci na ulicę, nie wiem jakim cudem udało mi się spokojnie wytrzymać do czasu kiedy dziewczynki wstały, zjadły śniadanie i całkiem spokojnie z mamą opuściły mój dom. Tak to zakończyła się moja „przyjaźń” z tą kobietą, od tamtej pory praktycznie nie mam z nią żadnego kontaktu, próbowała przepraszać, tłumaczyć się jakoś jednak dla mnie żadne wytłumaczenie nie było jej usprawiedliwieniem, wtedy bardziej zabolała mnie jej zdrada niż zdrada mojego ex. Na Pierwszą Komunię mojego syna wysłaliśmy jej zaproszenie jednak się nie zjawiła, po latach mój żal do nie minął, a chciałam by matka chrzestna mojego dziecka była na jego święcie, jednak chyba wstyd za to co zrobiła jej nie pozwolił aby stanęła ze mną twarzą w twarz, mimo iż wiedziała że już dawno jestem po rozwodzie (od swojej siostry) to nie odezwała się do mnie do tej pory, z jej siostrą mam luźny kontakt przez FB ale na jej temat nie dyskutujemy, jeśli ona nie chce mnie znać choć minęło już tyle lat ja się prosić nie będę, nie potrzebne mi takie osoby w moim otoczeniu, zawsze w życiu stawiałam na uczciwość i wiele z tego powodu wycierpiałam, jednak mimo wszystko uczciwość jest dla mnie najważniejszą cechą ludzką i tylko takimi ludźmi staram się otaczać. Pozdrawiam serdecznie!!!

Otagowane:  

Coś dla wielbicieli telenowel… i języka hiszpańskiego.

Dodano 23 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Witam i wiem, że ten wpis nie będzie dla wszystkich, dlatego tak jak napisałam w tytule jest to wpis dla tych którzy lubią telenowele, nie mówię o wszystkich telenowelach, mam na myśli meksykańskie produkcje, według mnie są one najlepsze, choć często mają wspólne wątki i tych samych aktorów. Jest na onecie pewien blog, który widnieje w moim spisie „Tutaj zaglądam” na którym znajdziecie wszystkie emitowane w TV4 telenowele, blog sam w sobie nie potrzebuje żadnej promocji gdyż ma świetną oglądalność, ale co mnie w nim urzekło? To ile pracy wkłada w ten blog autorka tego bloga, jaką rzetelną pracę wykonuje i za to należą się jej wielkie brawa. Wpadłam na jej blog przypadkiem szukając streszczeń pewnej noweli, która mnie bardzo zainteresowała i chciałam się dowiedzieć czegoś więcej, a akurat w tamtym momencie nie miałam zbyt wiele czasu na oglądanie odcinków po hiszpańsku, czyli do przodu, zanim pokaże się w polskiej telewizji. Na tym właśnie blogu znalazłam wszystko co mnie interesowało i tak śledziłam dodawane wpisy, nowe odcinki, nowe streszczenia. aż w pewnym momencie autorka zamieściła ogłoszenie, że potrzebuje lektora do tłumaczenia streszczeń jednej z telenowel, która jeszcze jest emitowana w TV4 pt „Dzikie serce”, zgłosiłam się i takim to sposobem w maleńkim stopniu przyczyniłam się do tworzenia tego wspaniałego bloga. Ta telenowela w Polskiej TV dobiega końca jednak około 3 tygodni temu rozpoczęto emisję kolejnej pod tytułem „Kotka”, dla mnie jest to bardzo ciekawa telenowela, nie zbyt długa z ciekawą historią. Również do tej telenoweli przygotowuję streszczenia więc jestem ciut do przodu z jej treścią, zapraszam wszystkich którzy lubią takie klimaty na blog http://telenovel.blog.pl/ oraz oglądanie w telewizji. Jak już wspomniałam blog nie wymaga żadnej promocji, ale mimo wszystko polecam, warto tam zajrzeć i samemu się przekonać ile pracy wkłada jego autorka.

A tak na marginesie właśnie oglądanie tych telenowel nauczyło mnie dużo jeśli chodzi o język hiszpański, poprawnego wysławiania się, składania zdań itp. To dla tych którzy uczą się języka w szkole czy gdziekolwiek i chcą go lepiej opanować, warto się wsłuchać w język, obejrzeć tłumaczony odcinek i oryginał, sprawdźcie sami, jednak coś z tego języka trzeba znać aby móc zrozumieć.

Otagowane:  

Gril i spotkanie po latach…..

Dodano 21 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Zorganizowanie grilla, czy to coś trudnego? No zapewne nie, jednak wszystko zależy od ekipy. Tak więc gdy spędzałam wakacje w Polsce w pewne słoneczne popołudnie z moją najukochańszą przyjaciółką postanowiłyśmy zorganizować grilla, oczywiście u niej w domu gdyż ma na to odpowiednie warunki, piękny ogród, ogromny stół osłonięty od słońca, jak to się mówi, żyć i nie umierać. Zaczęły się przygotowania, a więc pierwsze kto będzie? I tak oprócz mnie i mojej przyjaciółki będzie jej mąż, ma być druga moja najlepsza psiapsiółka i jeden z naszych wspólnych kolegów z podstawówki z żoną. umówiliśmy się mniej więcej na godzinę 16.00 jednak dom do którego jechałam jest kilka kilometrów poza miastem więc z Torunia zabieram moją druga przyjaciółkę i jeden z moich chłopaków zawozi nas na imprezę. Przyjechałyśmy kilka minut po 16tej, nasz wspólny kolega z podstawówki i jego żona już byli na miejscu. On jak on nie zmienił się za bardzo, wesoły jak zawsze, a jego żona no cóż jakaś dziwna, nie mogła się doczekać kiedy będzie ten grill (bo ona nic nie jadła), no ludzie jeśli umawiamy się popołudniu więc chyba należałoby coś zjeść z rana, a nie czekac cały dzień i poganiać właściciela, ale cóż różni są ludzie. W domu nie mogła wysiedzieć , bo dym z papierosów jej przeszkadza, ale nikt jej nie trzyma w domu, wszystko na zewnątrz już gotowe, więc zrobiła sobie drinka i wyszła na zewnątrz, zanim moja psiapsiółka przygotowała surówkę, abyśmy wyszli na dwór zdązyła wrócić i zrobić sobie kolejnego, a z tego c się dowiedziałyśmy od drugiej naszej przyjaciółki to siedziała na dworze i płakała, bo niby coś ją rozbolało, zjadła suchą bułkę z surówką bo była strasznie głodna, mięso na grillu dopiero się robiło, nikomu innemu to nie przeszkadzało tylko jej. W końcu wszyscy usiedliśmy przy stole, gospodarz domu serwował same smakołyki, była super atmosfera wśród nas przyjaciół jednak żona naszego kolegi chyba udawała bo marudziła, że chce wracać do domu itp Dyskutowaliśmy na różne tematy, było wesoło, gdy zrobiło się szaro nasz kolega z żoną pożegnali się i zapraszali nas na niedzielę do siebie, umówiliśmy się na telefon. My pozostali bawiliśmy się do białego rana, dyskutując i wspominając stare czasy. W niedzielę musiałam rano wyjechać gdyż dzieci postanowiły zabrać mnie nad jezioro. Więc pojechałam. Nasz kolega całą niedzielę nie zadzwonił, aby ponowić zaproszenie na basen, który ma w ogródku, ale nikt nie żałował iż się nie odezwał po tym co stało się w poniedziałek. Otóż nasz kolega przyjechał do właścicieli domu niby z towarzyską wizytą i pada pytanie: To jak się rozliczamy za tego grilla? Ja wydałem 40zł. (na jakieś 15 szaszłyków z czego zjedzonych zostało 6, reszte zabrali do domu i jakąś surówkę, którą jedli tylko oni i pewnie też na butelkę wódki grejfrutowej która piła tylko jego żona) Na to zbulwersowany pytaniem właściciel domu odpowiada, a ja wydałem 60zł na same mięso, a było tego sporo, bo karkówka, boczek, kiełbasa, kaszanka nie licząc surówki, dodatków typu musztarda, itp i alkohole, więc niby jak mamy się rozliczać, z resztą towarzystwa było uzgodnione że się składamy a Pan domu kupuje tylko oni chcieli sami coś przygotować więc to już ich sprawa. Niby normalnie wyszedł od nich z domu, moja psiapsiólka wręczyła mu jeszcze niedopitą wódkę żony i sok który pozostał, obiecał że zadzwoni ale niestety jakoś później już się nie odzywał. Na całe szczęście nie pojechaliśmy do niego do domu bo po takim numerze jaki wywinęli sami nie wiemy czego moglibyśmy się spodziewać. Ja jestem w stanie zrozumieć, że żona naszego kolegi (którego w sumie nie widzieliśmy XX lat) mogła czuć się obco w naszym towarzystwie, ale chyba zawsze można dostosować się do grupy, przecież grupa nie będzie dostosowywać się do jednej osoby. Co o tym wszystkim myślicie? Ja samą imprezkę wspominam bardzo miło, a cały incydent z rozliczeniem, my zamieniliśmy w śmiech w końcu nie musimy widywać się z ludźmi którym nie odpowiada nasze towarzystwo.

Otagowane:  

Wyprowadziłam się na „koniec świata”…

Dodano 16 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Czasami tak właśnie myślę, że wyprowadziłam się na koniec świata, tak bardzo daleko od bliskich, bo nie powiem od domu, iż dom to nie cztery ściany, a miejsce w którym mieszkamy, żyjemy i czujemy się szczęśliwi, spełnieni. Więc mój dom jest tutaj na Teneryfie, razem z moim partnerem i synkiem, choć bardzo brak mi moich starszych synów, za którymi bardzo tęsknię i tak bardzo chciałabym im pomóc, dać im wszystko na co zasługują, a sama muszę „walczyć o przetrwanie”. Może to tak dziwnie powiedziane, ale tak muszę żyć normalnie, a nie jest to łatwe gdyż z pracą ciężko, nie powiem aby mi czegoś brakowało, na życie wystarcza, jednak czuję jakiś niedosyt, brak możliwości pomocy dzieciom, już nie mówię tylko o stronie finansowej, ale również o swojej obecności. Mamy dobry kontakt, jednak czasem to za mało. tak mi brak moich synów, oni są częścią mojego życia i gdybym tylko mogła oddałabym wszystko, aby oni byli szczęśliwi. Bardzo się cieszę z każdego ich sukcesu, a czasami mnie zaskakują, jeden właśnie awansował w pracy, drugi zrobił kurs, aby znaleźć lepszą pracę i jeszcze robi 2 dodatkowe. sami doskonale dają sobie radę i za każdą moją pomoc serdeczne dziękują, nigdy o nic nie proszą bo wiedzą, że nam też nie jest lekko. Ja jednak gdy tylko mogę staram się im pomóc, wesprzeć radą i uśmiechem. Dla moich dzieciaków najważniejsze jest, abym zawsze była uśmiechnięta i szczęśliwa i dla nich będę, choćby na końcu świata, ale będę szczęśliwa, może kiedyś nadejdzie czas że nie będę się musiała martwić każdym dniem, czy wystarczy na wszystko i będę mogła wspomóc moje ukochane dzieciaki. Tutaj w miejscu tak odległym od rodzinnego miasta jestem szczęśliwa mimo tęsknoty za najbliższymi, żyje dniem dzisiejszym i nie zamartwiam się tym co będzie, jak na razie jest dobrze i aby tak dalej.

Otagowane:  

Mówię „Jo” bo jestem z Torunia!!

Dodano 14 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzisiaj tak troszeczkę obrazowo chcę Wam coś przedstawić abyście łatwiej zrozumieli, bo czasem ludzie z innych rejonów niż Pomorze, Kujawsko-Pomorskie zastanawiali się co to słowo oznacza, w Języku hiszpańskim z tą sama wymową, ale inną pisownią (Yo) oznacza po prostu Ja, w polskim słowniku raczej tego słowa brak, tak samo jest w moich rejonach z używaniem słówka „no”, gdyż też bardzo często jest używane w różnych momentach, a tu w języku hiszpańskim oznacza „nie” więc czasem gdy rozmawiamy po polsku nadużywając tego słowa to ludzie hiszpańsko języczni są z lekka zdziwieni dlaczego stale powtarzamy, nie, znajomym akurat udało się wytłumaczyć i teraz już wiedzą, że gdy dzwoni telefon i słyszą co chwila, no, no, no itd wiedzą że rozmawiamy z polakiem, ot i tyle celem wyjaśnienia.

 

 

Gwara toruńska różni się od języka polskiego przede wszystkim niezwykle częstym występowaniem wyrazu „jo”.

W różnych formach intonacyjnych.

Wyrażają one odpowiednio:

Aprobatę – jo!

Zdziwienie – jooo?

Prośbę o potwierdzenie faktu – jo?

Potwierdzenie faktu – no jo.

Przypływ pożądania – niech no jo….

Olśnienie – A jooo!

Rozczarowanie – no jooo…

Niedowierzanie – jo, jo….

Ekstra zabawkę na sznurku – jojo

Gruntowne potwierdzenie – jak ni jak jo

 

Jak sami widzicie gwara toruńska jest bardzo prosta i zrozumiała.

Otagowane:  
Otagowane:  

Strach ma wielkie oczy….

Dodano 10 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Oj tak i to w większości przypadków, strach ma wielkie oczy jak to się popularnie mówi, wspomnę króciutko jak to moje dziecko sobie poradziło w szkole, otóż jedyne co od niego usłyszałam to było standardowe dobrze, dopiero po jakimś czasie przyszedł i powiedział że Pani zabrała mu z ławki koleżankę z poprzedniej klasy i posadziła inna dziewczynkę, a on chciał siedzieć z Estrella, no cóż tak bywa podejrzewam ze Pani kierowała się tym, iż jego koleżanka jest bardzo wysoka i nie może siedzieć w pierwszej ławce, jednak zapewne gdy Pani pozna dzieci z powrotem posadzi te pannę blisko siebie, gdyż jest to bardzo pracowita dziewczynka jednak potrzebuje pomocy nauczyciela, gdyż sama sobie nie za bardzo radzi, ale to zobaczymy, jak zawsze czas pokaże.

Nawiązując do tematu, otóż wczoraj musiałam pojechać w jedno miejsce, moje autko stało kilka dni nie uzywane, mój partner powiadomił mnie tylko że trzeba podjechać na stację bo w jednym kole jest ciut mało powietrza, więc spokojnie wsiadłam z synkiem do auta i ruszamy. Pojechaliśmy, nie wiem ile udało nam się przejechac spokojnie może z 500 metrów i nagle trzaski, stuki i jakieś dziwne odgłosy dochodzące z dołu auta mnie przeraziły, miałam miejsce zjechałam na pobocze, synek wysiadł i mówi: „mama to koło” no co miałam zrobić, musiałam dzwonić po mojego ukochanego, gdyż w czasie gdy byłam w Polsce ktoś próbował włamać się do auta i zamek na „kipę” został zablokowany i trzeba go wymienić, więc sama nie byłam w stanie nic zrobić. Wiedziałam, że mój partner za chwilę dojedzie, aby mi pomóc wysiadłam z auta i patrząc na tą oponę stwierdziłam, że nic się nie stało, fakt brak powietrza ale do stacji by dojechał, ale kilka metrów za autem zauważyłam 5 litrową plastikową butelkę po wodzie i domyśliłam się że to ona powodowała ten rumor pod autem, sama z siebie się śmiałam, a mój partner gdy podjechał miał jeszcze większy ubaw i jak zwykle skwitował: „baba za kółkiem”, jednak to ten mój mały „mechanik” powiedział mi że to koło i sama w tamtym momencie byłam przekonana że złapałam „gumę”. Mały też się wtedy smiał, ale razem stwierdziliśmy, że ten hałas nas wystraszył i to całkiem na poważnie, nic podjechaliśmy ze 200 metrów dalej na stację, dopompowaliśmy powietrza i ruszyliśmy załatwiać sprawy. Teraz widzę, że jednak chyba lepiej samemu wysiąść i sprawdzić co się dzieje, niz od razu panikować. Ot taka przygoda z butelką po wodzie.

Pozdrawiam!!

Otagowane:  

Pierwszy dzień w nowej szkole!!

Dodano 9 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No i nareszcie spokój w domu, dziecko poszło do szkoły więc na spokojnie mozna usiąść do komputera, nikt nie marudzi że ja też chcę. Bez tego małego łobuziaka w domu choc przez kilka godzin można odpocząć, spokojnie posprzątać i w ogóle. Tak więc moje najmłodsze dziecko dzisiaj po raz pierwszy poszło do nowej szkoły, ma dopiero 8 lat a to już jego trzecia szkoła nie licząc polskiej. Rok chodził w Hiszpanii do grupy 3 latków, później po przeprowadzce na Teneryfę 4 lata chodził do jednej szkoły jednak gdy zmienilismy miejsce zamieszkania również synek był zmuszony do zmiany szkoły, nie bardzo był zadowolony na poczatku jednak podczas wakacji się przekonał, a dzisiaj był bardzo zadowolony, a gdy dotarł do szkoły cieszył się jeszcze bardziej gdyż razem z nim szkołę zmieniła jego koleżanka z klasy i trafiła do tej samej klasy co mój łobuziak. Usiedli razem w ławce i to na dodatek pierwszej zaraz przy wychowawczyni, mam nadzieję, że równiez wychowawczyni mu się spodoba, na pierwszy rzut oka jest bardzo miła, ale jak jest faktycznie to sie okaże. Również po raz pierwszy będzie dzisiaj sam wracał ze szkoły ponieważ w poprzednim naszym miejscu zamieszkania dojeżdżał do szkoły szkolnym autobusem gdyż było dość daleko i sam nie mógł chodzić choć bardzo chciał.Teraz też nie ma szkoły pod domem, bo piechotką jakieś 15 minut ale z kolegami zawsze raźniej, a ma kilku kolegów mieszkających obok nas. Refleksje z pierwszych dni szkoły mogę opisać później jeśli w ogóle moje dziecko coś więcej powie oprócz słowa „dobrze”, bo to u niego standard, nawet po egzaminie w Polsce gdy spytałam się jak było i co robił to skwitował że było dobrze, a co robił to nie muszę wiedzieć. Nikomu nie powiedział o co go pytali i w ogóle. Taka krótka notka choć długo mnie nie było, ale teraz muszę się zabrać za sprzątnięcie pokoju tego małego łobuziaka bo z nim się nie da, a trzeba wykorzystać jego nieobecność. Pozdrawiam wszystkich moich czytelników serdecznie!

Otagowane:  

Imigranci, temat ostatnich dni..

Dodano 3 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ja już nie mogę słuchać tego głupiego gadania, jednak czasem nie unikną słuchania wiadomości w polskiej telewizji i prawie za każdym razem temat imigrantów, portale społecznościowe też o nich huczą, a z dnia na dzień w całej Europie jest ich coraz więcej i coraz więcej problemów. Generalnie trzymam się z dala od polityki, to nie moja bajka i mnie nie interesuje, jednak sprawa imigrantów mnie bulwersuje, że zmuszają Polskę do ich przyjmowania. W Polsce przeciętny emeryt ma około 1000zł emerytury, a większość mniej, przeciętni Polacy zarabiają ciężko pracują i zarabiają mizerną najniższą krajową, a tu się słyszy, ze nie dość że ich się przyjmie to jeszcze dostaną od państwa po 1000zł zasiłku, za co się pytam? Jestem całkowicie przeciwna imigrantom spoza Europy, w większości są to islamiści a wiadomo co się działo przez lata z ludźmi tego wyznania, nie muszę chyba tego wszystkiego opisywać ile złego zrobili na całym swiecie, a teraz mamy ich przyjmowac w cywilizowanych krajach, mieszkając w Hiszpanii widziałam wielu imigrantów z Maroco którzy starali się o karty pobytu i do jakiegoś czasu były im wydawane i mogli więcej niż my europejczycy, później gdy zauważono że jest ich zbyt wielu i rozmnażają się na potęgę trochę przystopowano, nie wiem dokładnie jak jest na Teneryfie z przyznawaniem statusu rezydenta dla tych spoza Europy, wiem jedynie że procedura jest dość długa, ale jakie wymagania to nie wiem, jednak wymagania dla UE to 5100 euro na koncie, lub praca, do tego zameldowanie i prywatne ubezpieczenie dopiero wtedy otrzymamy status rezydenta Wysp Kanaryjskich, ograniczenia te zostały wprowadzone dlatego iz wielu turystów wykorzystywało łatwość otrzymania karty rezydenta, aby potem korzystać z 50% zniżki na wszystkie parki rozrywki i przeloty do Hiszpanii. Więc nie dziwię się że tak to zostało zrobione, aby ukrócić proceder oszustw i wykorzystywania państwa. Zapewne Hiszpania też będzie zmuszana do przyjmowania imigrantów jednak mam nadzieję, że nie będą ich pchać na Wyspy, tutaj każda Wyspa ma swoją autonomię i sama decyduje o swoich przepisach wewnetrznych. Jednak nie chciałabym też aby fala imigrantów zalała Polskę gdzie i tak jest bardzo ciężko żyć na jakimś poziomie, moi trzej synowie mieszkają w Polsce więc dobrze wiem za jakie marne pieniądze pracują i jak jest im cięzko utrzymać rodziny, pułap przyznawania pomocy od państwa (np głupi zasiłek rodzinny) jest dosłownie głodowy, a jak się przekroczy o parę złotych to można się z pomocą pożegnać. Jestem z zasady człowiekiem o dobrym sercu, ktory stara się pomagać innym jednak nie własnym kosztem, a tak zrobi Polska zgadzając się na ich przyjęcie. Takie jest moje zdanie, a Wasze??

Otagowane:  

Rozpoczęcie roku szkolnego, ale nie wszędzie….

Dodano 2 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak właśnie wczoraj rozpoczął się nowy rok szkolny w Polsce, dzieci w Szkocji chodzą do szkoły już tydzień albo i dwa, a w Hiszpanii te najmłodsze rozpoczynaja dopiero 9 września, a starsze 14, taki system i w sumie co roku inaczej. Tak więc mojemu synkowi pozostał jeszcze tydzień wakacji choć już nie może się doczekać kiedy pójdzie do szkoły, a że od tego roku szkolnego idzie do nowej więc jest bardzo ciekawy , co i jak będzie. Jak zapewne większość z Was się orientuje mój synek ma 8 lat i w tym roku idzie do 3 klasy, a do szkoły chodzi już 5 lat, teraz będzie 6 rok szkolny. Może wielu z Was to zdziwi, ale tutaj przedszkole jest dla dzieci do 3go roku zycia i za to się płaci, choć i w tych instytucjach państwo wiele pomaga, zasiłki rodzinne choć są bardzo niskie, na dziecko do 3 lat wynoszą 500 euro rocznie (płatne w 2 ratach w lipcu i styczniu) natomiast na starsze dzieci to tylko 290 euro wypłacane tak samo, każda matka podejmująca pracę i mająca na utrzymaniu dziecko do 3 lat otrzymuje od państwa 100 euro miesięcznie, aby mogła umieścić malucha w przedszkolu, no fakt że czasem to za mało ale zawsze jakaś pomoc.. Natomiast dzieci od 3go roku życia idą do szkoły, do grupy „Infantil| czyli krótko tłumacząc dziecięcej, gdzie od pierwszego roku otrzymują książki i podstawowe przybory szkolne (oczywiście rodzice muszą je zakupić), tak więc już 3 latki rozpoczynają naukę. Jest bardzo podobny system jak w polskich przedszkolach (nauka nie jest obowiązkowa, jednak 90% dzieci idzie do szkoly) z tą róznicą że te małe dzieciaczki oprócz zabawy i integracji z innymi dziećmi uczą się również powolutku pisać, liczyć i czytać, po pierwszym roku każde z nich potrafi napisać swoje imię, zna kilka literek i umie liczyć do 3 i zna te cyferki, aby je napisać. Uogólniając, dzieciaki przez 3 lata uczą się tego wszystkiego co polskie dzieci w zerówce, wiekszość z nich kończąc Infantil umie czytać i pisać, choć nie wszystkie. Na koniec szkoły otrzymują piękne dyplomy i wiedzą, że od następnego roku idą już tam gdzie są starsze dzieci czyli zazwyczaj budynek obok, jednak na terenie tej samej szkoły, niektore po prostu tylko zmieniają piętro w szkole, przez 3 lata miały jedną nauczycielkę i jedną klasę teraz zmieni się Pani i dostaną nową salę. Tak więc wszystkie 6latki idą do szkoły zadowolone bez żadnych obaw, gdyż 3 lata przygotowań do tego momentu daje swoje efekty. Edukacja szkoły podstawowej trwa 6 lat i zazwyczaj tak jak w PL 3 lata jedna wychowawczyni, potem inna, jednak maluchy mają swoją salę przeznaczoną tylko dla jednej klasy, więc wszystkie książki, przybory szkolne zostają w szkole, dziecko zabiera z domu tylko śniadanie i odrobione zadanie domowe, a jeśli chodzi o zadania domowe to w Infantil 3 i 4 latki dostają na weekend cos do zrobienia w domu, a 5 latki 2,3 razy w tygodniu, tak aby już w 1 klasie praktycznie codziennie odrabiać zadania w domu. Część podręczników kupuje szkoła dla każdego ucznia, rodzice muszą kupić wszystkie przybory szkolne i część podręczników, w starszych klasach gdzie nauka jest bardziej zróżnicowana większość podręczników finansuje szkoła. Tak więc 12latki kończą szkołę podstawową i idą do gimnazjum (jak to się mówi w PL, tutaj jest to 2 stopień nauczania). Obowiązek nauki jest tutaj do ukończenia 16 lat (i to błąd) czyli do momentu ukończenia gimnazjum ktore tutaj trwa 4 lata, jednak jeśli znajdują się uczniowie którzy nie ukończyli jakiejkolwiek klasy są starsi i nie muszą kończyc tego gimnazjum, więc wielu tutaj rezygnuje bez ukończenia tej szkoły, a dalej no cóż idą nieliczni, Ci bardziej utalentowani, albo pchani ambicjami rodziców, choć takich to raczej mało w Hiszpanii bo większość ze starszych ludzi kończąc 16 lat zaczynała pracować, bądź samemu bądź u rodziców, choć z roku na rok coraz wiecej uczniów decyduje się kontynuować naukę idą z postepem. Jak myslicie czy gdyby w Polsce został wprowadzony taki system nauczania, czy dalej większość polaków byłaby przeciwko posyłaniu 6 latków do szkoły?? Pozdrawiam serdecznie!!

Otagowane:  

Odrobinka humoru a dzisiaj!!!

Dodano 2 września 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Otagowane: