Ot takie pytanie mi się nasunęło wspominając stara czasy i wydaje mi się, ze różnie to bywa. Dla jednych ta pierwsza miłość pozostanie już ta ostatnią, ale takie przypadki są bardzo rzadkie, choc mój obecny partner jako 14latek zakochał się w dojrzałej kobiecie i wydawałoby się że nic z tego nie bedzie, a jednak… Ale nie o nim chciałam pisać, chciałam napisać o sobie, o mojej pierwszej szczenięcej miłości po której mimo upływu lat pozostał wielki sentyment i wspaniała przyjaźń. Otóż nie pamiętam dokładnie ile wtedy miałam lat 9 czy 10, ale coś koło tego, wtedy religia była jeszcze w kościele i tam też poznałam chłopaka, był jak lalka, śliczny z przerażająco długimi rzesami, wszystkie dziewczyny szeptały, jaki on jest ładny. Oczywiście i mnie to nie umknęło, ale jak to dzieci, chodziliśmy razem do kościoła trzymając się za rączkę ot i tyle, gdy poznał moją najlepszą koleżankę to na nią zwrócił uwagę, później spotykaliśmy się na lodowisku, na tzw ślizgawkach, tym razem zainteresował się moją osobą, ale ja byłam urażona i jak żuraw i czapla tak kilka lat, ale zawsze w dobrych stosunkach jako koledzy, przyjaciele. Niestety jak już wiecie w wieku 18 lat wyszłam za mąż, teraz tak sobie myślę, że gdyby tego dnia pojawił się ten chłopak i powiedział: Nie rób tego! Może, ale tylko może byłoby inaczej, nie wiem co bym zrobiła, wtedy wydawało mi się że kocham mojego w tej chwili już byłego męża, jednak teraz z perspektywy czasu i wszystkiego co się stało uważam, że bardziej w momencie gdy brałam ślub kierował mną strach przed samotnością, duma i wstyd, ze wszyscy mieli rację tylko nie ja. Mijały lata, ja wiedziałam o wszystkim co dzieje się w życiu mojej pierwszej miłości, że założył rodzinę, że urodziło mu się dziecko, później kolejne i kolejne, w sumie dobił do 4 i o dziwo on również wiedział o tym co się dzieje w moim zyciu. Ostatni raz widziałam go gdy miałam zaledwie 17 lat i tu nagle po 15 latach stajemy naprzeciwko siebie, odżywają wspomnienia, ale tylko tyle w końcu oboje mamy rodziny, swoje własne lepsze lub gorsze życie. Ja jestem w trakcie rozwodu, on twierdzi, że życie z zoną to piekło, że jest z nią tylko dla dzieci. Poznałam jego żone i dzieci, zaprzyjaźniliśmy się, spotykaliśmy się dosyć często, co oczywiście nie umknęło uwadze zazdrosnych i zawistnych ludzi, gdy widzieli nas tylko we dwoje już wymyslali przedziwne scenariusze, gdy nagle dołączała do nas żona mojego przyjaciela, zdziwienie na twarzach tych ludzi to bezcenny widok, a już mysleli że dobry temat do plotek. W sumie do mojego wyjazdu z Polski mieliśmy stały kontakt, często we dwoje wspominaliśmy stare czasy i smialismy się, z dziecięcych podchodów i żałowaliśmy, ze wtedy się nic miedzy nami nie zaczęło, bo być może nasze życie byłoby inne. Mój przyjaciel coraz częściej wspominał o rozwodzie jednak nie umiał podjąc tej decyzji, bo dzieci, dopóki nie będą samodzielne będę się męczył z tą kobietą, a z tego co mówił nie było mu łatwo. Gdy zostałam sama, prosił zaczekaj na mnie, nie umiałam, nie mogłabym tego zrobić jego dzieciom, przecież on ma żonę i 4 dzieci, a rozwodu nie widać i nic na to nie wskazywało, choć wiem że jego żona również o tym myślała. Związałam się z Mateuszem i moje smutne życie nabrało barw i tak jak już opisywałam, dopiero wtedy zaczęłam żyć, krótko przed urodzeniem mojego Maciusia mój przyjaciel powiedział mi piekne i jakże prawdziwe słowa do sytuacji w której byliśmy: „Jeśli się kogoś naprawdę kocha, trzeba pozwolić mu odejść”. No i już na zawsze zniknęłam z jego życia, wyjechałam, ale gdy jestem w Polsce zawsze znajdziemy chwilę, aby się spotkać, pogadać, powspominać stare czasy. To już od wielu, wielu lat nie jest miłośc, ale jakiś ogromny sentyment do tej pierwszej dziecięcej miłości…

P.S. No to mój przyjaciel 2 lata temu w końcu zdecydował się na rozwód, w momencie gdy jego najmłodszy syn skończył 18 lat, teraz jest sam, zaangażowany tylko w pracę i pasję, która pochłania go od juz wielu lat całkowicie, ale z jego słów wynika, że nareszcie ma spokój psychiczny, dłużej by nie wytrzymał takiego życia.

Otagowane:  

Dia de Canarias… Dzień Wysp Kanaryjskich

Dodano 29 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ten dzień przypada jutro, jednak dzisiaj we wszystkich szkołach był obchodzony dosyć szczególnie, wszystkie dzieci poubierane w ludowe stroje przygotowały specjalny program, w szkole u mojego dziecka akurat dzieci wyszły z pochodem na ulice miasteczka, szły przy muzyce i co jakiś czas tańczyły, rodziców było chyba więcej niż dzieci, wszyscy chcieli zobaczyć występy swoich pociech.

I tak, aby wszyscy mogli zobaczyć cały archipelag przy tonach pieknej piosenki pt: :Zabawa z wyspami, „  Pani śpiewa co znajduje się na każdej z wysp, a dzieci zgadują, która to z nich..

Otagowane:  

Za poświęcony czas i okazaną pomoc kopa w d…..

Dodano 28 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Za poświęcony czas i okazaną pomoc kopa w d….. tak niestety często bywa w życiu, a w moim zdarzało się to nazbyt często zbyt długo za bardzo ufałam ludziom, choć dalej staram się pomagać jestem zdecydowanie ostrożniejsza, ale wracając do tematu z braku pracy siedzę w domu i mam sporo czasu więc udzielałam się na forach dotyczących Teneryfy, pisząc to co wiem aby pomóc tym niezorientowanym nie popełniać błędów. Wszystko to robiłam całkowicie bezinteresownie, ot po prostu dla własnej przyjemności, jakimś sposobem pewien człowiek z Polski chcący osiedlić się na Teneryfie dotarł do mojego skypa, fakt nie jest to trudne gdyz prawie wszędzie jest ten sam nick, ten sam mail. Odezwał się do mnie z wiadomością, że chce sie osiedlic na wyspie i czy mogłabym mu pomóc, jak to ja nie odmówiłam. Na początek chciał przyjechac z rodziną na 4 tygodnie na wakacje, aby sprawdzic jak tu się żyje, ile pieniędzy potrzeba itp. Tak więc załatwiłam mu na miesiąc mieszkanie w bardzo atrakcyjnej cenie, gdyz doba wynajmu 3 pokojowego mieszkania zaczyna się od 30 euro jeśli wynajmuje się na wakacje, czyli czas krótszy niż 3 miesiące, mnie udało się załatwić za 400 euro na cały miesiąc plus 50 euro tzw kaucji oddawanej po opuszczeniu mieszkania. Przylecieli, całą 4 osobowa rodziną, za moją fatygę przywieźli kilka drobiazgów z Polski o które poprosiłam i nie chcieli zwrotu pieniędzy, ok ja chciałam za wszystko zapłacić, nie oczekuję od ludzi zapłaty za pomoc. Gdy byli tutaj na miejscu pomogłam im w załatwieni wszelkich formalności związanych z wyrobieniem karty rezydenta, a to jeśli się nie zna języka w jakimkolwiek biurze kosztuje od 50 do 150 euro za osobę, ja zrobiłam to po prostu aby im pomóc, aby nie musieli wydawać aż tyle pieniędzy.  Nadszedł dzień wyjazdu i zwrotu kaucji (tych 50 euro) jednak osobiście nie mogli jej odebrać ponieważ klucze od mieszkania miałam oddać dopiero dzień po wyjeździe, zapytałam się więc w jaki sposób mam przekazać te pieniądze w odpowiedzi usłyszałam, że przyjade w lipcu juz na stałe to mi oddasz ( a był styczeń), spoko nie ma problemu. Byliśmy w sumie w kontakcie, ale takim luźnym, az tu nagle niespodzianka w marcu pan F. zjawia się z kolegą i zaraz do mnie dzwoni z pytaniem czy moge teraz podjechać po kasę? Po pierwsze byłam zdziwiona jego pojawieniem się, po drugie rzadko mam kasę w domu, zazwyczaj wszystko jest na koncie, więc grzecznie i kulturalnie mu odpowiadam, że w tej chwili to niemożliwe, że dopiero wieczorem, nie zdążyłam podac powodu a pan F. wpada we wsciekłość i zaczyna mi ubliżać od osób nieodpowiedzialnych, od złodziei i jeszcze tam gorszych, nie chcąc tego słuchać powiedziała że wieczorem przekażę mu te pieniądze. Nota bene klient jest właścicielem wielkiej firmy w Polsce, kamienicy w Krakowie i kasy przysłowiowo mówiąc ma jak lodu, do końca dnia juz się nie odezwał, wieczorem dałam koleżance moją karte do bankomatu (ponieważ wraz z męzem miała się z nim spotkać, ja już nie chciałam), aby wypłaciła te nieszczęsne 50 euro i mu oddała, jednak on stwierdził, że teraz to ma to już gdzieś i nie chce tych pieniędzy. Zostawiłam to tak jak było, nie będę się nikomu narzucać, ja nie mam sobie nic do zarzucenia, a on?? Przyjechali w lipcu całą rodziną i jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam go w drzwiach mojego domu z bukietem kwiatów i butelką dobrego likieru, jednak nawet pół słowa, które brzmiałoby jak przepraszam. To, że jestem z reguły miła i tolerancyjną osobą nie komentowałam niczego, ale nie ufałam już temu człowiekowi, tym razem musieli sobie radzić sami lub z pomocą innych osób, ja już im nie pomogę. Chociaż się zapierałam to i tak pośrednio jeszcze im pomogłam, może nie moimi rękoma ale mój Mateusz pomagał i w różnych sytuacjach, przy montażu anteny, przy problemach z autem, tyle że tym razem za każdą „pomoc” Mateusza płacił i gdybym tak robiła od początku pewnie nie było by tej całej zwady. Ludzie jednak nie wytrzymali na wyspie zbyt długo, nie wiem z jakiego powodu wrócili do Polski, ponieważ nasze kontakty tutaj były bardzo słabe, fragmentów z ich pobytu i powrotu do Polski dowiedziałam się od moich znajomych, a to co usłyszałam pewnego razu, odrobinę zatarło złe wspomnienia. Otóż pan F. wspominając pobyt na wyspie stwierdził, że tak naprawdę oprócz naszych wspólnych znajomych to jedynymi normalnymi osobami na wyspie to byliśmy właśnie ja i Mateusz. Być może ten typ człowieka nie potrafi powiedziec przepraszam, być może nie umie przyznać się do błędu, ale fakt jest taki poświęciłam swój czas, aby im pomóc nie oczekując niczego w zamiam, a dostałam to co dostałam…..

Otagowane:  

Przeżyj to sam…..

Dodano 27 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Kilka przepieknych ujęć i cudowna piosenka:

Mieszkam w pewnym archipelagu gdzie słychać dźwięk tamboru i ludzie się mieszają, w połowie Atlantyku, gdzie mieszkamy Ty i Ja , gdzie wiem że zostanę…

 

Otagowane:  

Życie i śmierć, ludzkie dramaty…

Dodano 27 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Wielkimi krokami zbliża sie pierwsza rocznica śmierci mojego przyjaciela, tak tak moge powiedzieć przyjaciela, choc nie znałam go zbyt długo, poznalismy się tu na Teneryfie, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest śmiertelnie chory, na początku tego nie mówił, nie chciał by ludzie się nad nim litowali, a kompletnie nie było tego po nim widać, ale może zacznę od początku, od tego co opowiadał i jak to się skończyło. Otóż jakieś 6 lat temu usłyszał od lekarzy w Polsce, że jest smiertelnie chory, że zostało mu 2,3 lata życia może ciut więcej może mniej, miał firmę działającą w Polsce, żonę i dwóch synów, nie wiem dokładnie co i jak się działo z firmą, bo o tym mówił mało, mało też mówił o wypadku w którym uszkodził sobie kręgosłup, jednak w jego wyniku lekarze zmienili diagnozę, być może pożyje Pan jeszcze ze 3 miesiące. Razem z żoną i młodszym synem postanowili wyjechać na Teneryfę, on po to by sie leczyc, a żona tego nikt nie wie, gdyż po roku skutecznego leczenia stwierdziła, że nie może zaprzepaścić swojej kariery i wraca do Polski, zostawiła samego człowieka i 11letnim (chyba) wtedy dzieckiem, człowieka który musiał jeżdzić ponad 70km do szpitala na chemie, wracał wykończony, nie był w stanie opiekować się dzieckiem. Ja poznałam go w momencie, gdy syn był juz w Polsce z matką jak do tego dokładnie doszło nie wiem, bo nigdy nie chciałam wnikac w szczegóły, nigdy nie wypytywałam, wiedziałam tylko tyle co sam powiedział,a zaczął mówić dopiero gdy poznał bratnią duszę, którą była jego partnerka, koleżanka, przyjaciółka, która sama pokonała raka i pęknięcie tętniaka, jedna nogą była juz na tamtym świecie, ale nie poddała się i walczyła o lepsze jutro dla siebie i dla niego. Spotykając się z nimi nie chciałam wierzyć, że ten człowiek jest tak bardzo chory, przecież w ogóle tego nie widać, spędzaliśmy miło czas, smiejąc się popijając drinki, po prostu bawiąc się, on jednak cierpiał, zaczął głosno mówić o swojej chorobie, a tym że wkrótce umrze i jak mało czasu mu zostało, chciał aby wszyscy w jego otoczeniu byli szczęśliwi i zadowoleni, wszystkim pomagał na tyle na ile mógł, jednym dobrym słowem innym finansowo. No i oczywiście jak to w życiu bywa gdy on potrzebował pomocy to tylko kilka osób było obok, Ci którym pomógł najmniej albo wcale. Mozna powiedzieć, ze cieszył się tutaj zdrowiem, żona w Polsce uprzykrzała mu życie, opowiadała bzdury, że wyleguje się pod palmami z kochanką, a nie się leczy i ewidentnie czekała na jego śmierć. Na rok przed śmiercia postanowił wrócic do Polski bo tam podobno była szansa na wyleczenie, tutaj już wykorzystali wszystkie możliwości, jak postanowił tak zrobił, pozamykał tutaj wszystkie sprawy i wyjechał, po 3 miesiącach pobytu w Polsce, okazuje się że w szpitalu nie zrobią nic, a nawet nie ma leku aby uśmierzyć ból, dają mu 3 tygodnie życia, nie zastanawiając się długo, wypisuje się ze szpitale i następnego dnia jest już na Teneryfie i prosto z lotniska trafia do szpitala, ale nie jest to już ten sam człowiek, który opuszczał wyspę, to wrak człowieka. W ciągu 2 tygodni lekarze w szpitalu doprowadzają go do stanu, w którym może samodzielnie funkcjonować, może żyć dalej jak normalny człowiek, jednak leczenie jest konieczne każdego dnia musi się stawić do szpitala, wynajmuje więc małe mieszkanko obok szpitala, aby mieć blisko. Na wyspę przyjeżdża żona, niby sie nim opiekować i jakie jest jej zdziwienie, że nie jest w szpitalu, że dobrze się czuje przeciez tak naprawdę przyjechał tu aby umrzeć i oczywiście mnóstwo wyrzutów, że kto rozsądny leci tak daleko od kraju tylko po to by umrzeć i sprawić innym tylko problemy, kazała mu zerwać wszystkie kontakty z kochanką ( z jej punktu widzenia ) w przeciwnym razie nie zobaczy już młodszego syna, tak więc postępował nie chciał stracić dziecka, a zdawał sobie sprawę iz niewiele życia mu zostało. Żona zła po 2 tygodniach wróciła do Polski, bo ona nie ma co dalej robić na wyspie, on sam sobie daje radę, normalna znieczulica, przestał kontaktować się z zoną, aby nie podnosiła mu ciśnienia. Odnowił kontakt z jedyną kobietą której na nim zależało, nie ważne czy zdrowy czy chory tylko aby był obok więc przyjechała aby go wspomóc, była przy nim cały czas i prawie wróciły czasy z przed wyjazdu do Polski jednak częsciej musiał bywać w szpitalu, przygotowywali jakis zabieg, przeszczep komórek macierzystych, nie znam się na tym więc nie jestem w stanie powiedzieć zbyt wiele na ten temat. Od diagnozy polskich lekarzy, że zostały mu 3 tygodnie minęło prawie 7 miesięcy, a on ciągle żyje, choć sam coraz częściej powtarza, że koniec jest już blisko. wszystkie sprawy w Polsce ma poukładane, więc niczym się nie martwi, zyje dniem dzisiejszym. Czas na planowany zabieg, trafia do szpitala, dzień za dniem coraz słabszy, ale to podobno normalne przy tym zabiegu, po kilku dniach powinien odzyskiwać siły, jesteśmy w stałym kontakcie z jego partnerką, która większość czasu spędza przy jego szpitalnym łóżku. Aż tu nagle telefon w środku nocy, pomóż ja nic nie rozumiem, porozmawiaj z lekarzem, od lekarza dowiaduję się że mój przyjaciel najprawdopodobniej miał wylew i że to ostatnie chwile jego życia, lekarze są bezsilni, w obecnym stanie jego zdrowia nie są w stanie nic zrobić, nie mogą mu pomóc, jest zbyt słaby, nie ma już pomocy…. Umiera… jednak nie na raka, na wylew krwi do mózgu, jakie to smutne, ale dopiero teraz zaczyna się prawdziwy koszmar, ludzki dramat. Dziewczyna, która do ostatniej chwili siedziała przy jego łóżku spełniła wszystkie jego prośby teraz nie może zrobić nic, władna jest tylko jego żona, ewentualnie dorosły syn. Ostatnią prośbą umierającego męzczyzny było to, aby wszystkie jego prywatne rzeczy trafiły do jego matki, do żony nic oprócz wymaganych dokumentów, chciał by go pochowali w Polsce blisko matki, a czy żona zabierze ciało, czy prochy było mu wszystko jedno. Po informacji o śmierci męza, szanowna małżonka zjawiła się na wyspie bardzo szybko i nic tylko pretensje do wszystkich i o wszystko, że ona chce zabrać jego rzeczy, a zwłaszcza telefon, laptop i karty płatnicze, jakby on miał tutaj jakiś majatek przecież ostatnimi czasy, ten człowiek nie miał za co żyć, zabrała mu wszystkie pieniądze, a chciała jeszcze więcej jakby to że polisa na życie była wysoka to za mało, w koncu się doczekała, człowiek nie żyje, a ona straszy że jeśli nie oddamy jej jego prywatnych rzeczy to go tu zostawi, przeciez sa jakies wspolne groby, jak mozna tak nawet pomyslec a co dopiero powiedzieć. Jenak w koncu dociera do nas informacja, że skremowała ciało i zabrała do Polski, na dzień przed pogrzebem informuje jego matkę, o planowanym pogrzebie, najbliższa rodzina (oprócz matki) mieszka za granica i nie zdążą na pogrzeb (paranoja, przecież wiedziała prędzej) młodszy 13letni syn dowiaduje sie w dniu pogrzebu że ojciec nie żyje, co za szok dla dziecka, ale według niej tak było lepiej. Dziewczyna która była z nim do ostatniego tchnienia dalej pozostaje na wyspie, gnębiona telefonami i wiadomościami, że ja zniszczą itp gdyby nie nasze wsparcie nie wiem jakby to przeżyła, została sama w obcym kraju, ale na szczęście miała tu przyjaciół, a żona i starszy syn tak długo ją gnębili, dopóki nie usłyszeli, że w cięzkim stanie trafiła do szpitala, to nie była prawda, to był na szybko wymyślony scenariusz aby w koncu dali jej spokój. W końcu osiągnęli swoj cel, czlowiek nie żyje pieniadze z polisy juz zaraz beda, wiec dajcie ludziom normalnie żyć, bo chyba ta tragedia was też dotyczy, a może nie? Może śmierć tego człowieka obeszła tylko jego przyjaciół, matkę,rodzeństwo  i małe jeszcze dziecko, a reszta tylko na to czekała…..

Gdy teraz wspominam tego człowieka, był wielki miał mnóstwo siły i wiary w życie, jednak w pewnym momencie się załamał, trudności go przerosły i się poddał…

A tak mi się jeszcze przypomniało, nie odbierał telefonów od żony bo nie chciał słuchać wyrzutów i się denerwować jednak na dobę przed śmiercią odebrał telefon od syna, tylko że to nie był syn, to jego żona, nikt z nas nie wie co mu wtedy powiedziała, czy go zdenerwowała, ale od tej rozmowy bardzo źle się czuł, z godziny na godzinę coraz gorzej i skończyło się wylewem, zastanawia mnie myśl, czy to ona przyczyniła się do jego śmierci? Czy gdyby nie zadzwoniła żył by jeszcze? Tego nie wie nikt i nigdy się tego nie dowiemy…..

Otagowane:  

Trudny temat, trudna sprawa…..

Dodano 26 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Będąc już tutaj w tym pięknym raju na ziemi zderzyłam się z wielkim wyzwaniem, nawet tutaj zdarzają się wielkie tragedie, wszędzie toczy się życie, dla jednych szczęsliwe, dla innych…. Otóż pewnego dnia koleżanka prosi mnie o przysługę, sama nie może nic zrobić, za dwa dni opuszcza wyspę na 2 tygodnie, a sprawa jest pilna, no co miałam robić, nie pomóc? Zawsze staram się pomóc w takich sytuacjach, więc kontaktuję się z Polską pytam w czym problem i jak mogę pomóc? No niby sprawa prosta, zdesperowana matka (80 letnia kobieta) szuka córki z którą straciła kontakt jakiś miesiąc temu, kobieta jest gdzieś na Teneryfie i prawdopodobnie w szpitalu, ale nikt nie wie nic więcej. Dobrze, pomogę na tyle na ile będę mogła, szukam numerów telefonu do 2 największych szpitali na wyspie i za pierwszym razem trafienie, jest, ale tutaj dopiero zaczyna się horror, nie dla mnie a dla rodziny tej kobiety. Pani z którą rozmawiałam w szpitalu jest bardzo miła i zdecydowanie zadowolona, że w końcu ktos pyta o te kobietę, która leży w szpitalu od 2 tygodni, nikt jej nie odwiedza, nie ma z nią żadnego kontaktu, wygląda na to że nie mówi po hiszpańsku, Pani prosi o wizytę, zgadzam się w końcu obiecałam pomoc. To co widzę w szpitalu i czego dowiaduję się w szpitalu zwala mnie z nóg, wielka tragedia inaczej tego nie nazwę, 50letnia kobieta (długoletni pracownik słuzby zdrowia, wspaniała położna) praktycznie leży na łóżku, w ciągu dnia sadzają na wózek (nie może chodzić) na mój widok zachowuje się jakby mnie znała, bo słyszy ojczysty język, ale nic do niej nie dociera, ona myśli że jest w domu w Polsce i zaraz przyjdą dzieci, straciła poczucie rzeczywistości, nie wie co się wokół niej dzieje straciła rozum… Od Pani dowiedziałam się, że trafiła do szpitala z dziwnym zatruciem, przywiózł ja jakiś muzułmanin, zabrał ze sobą jej wszystkie rzeczy, łacznie z dokumentami i od tamtej pory się nie pokazał, a problem całości polega na tym ze w szpitalu już nic więcej dla niej nie zrobią, trzeba ją zabrać do domu, albo do domu opieki, obiecuje ze postaram się to jakoś poukładać. Machina ruszyła, poinformowałam Polskę o sytuacji na wyspie, matka załamana bo to jej jedyne dziecko, były mąż i dorosły syn decydują się odebrać kobietę ze szpitala i przewieźć do Polski, wygląda na to, że sprawa załatwiona, jednak mija tydzień i nic, dzwoni Pani ze szpitala że rodzina zdecydowała że nie będzie nic robić i oddaja sprawę do ambasady Polskiej w Madrycie, dzwonię, pytam posiadając upoważnienie od matki i co faktycznie, były mąż się wycofał, syn również, co robić przecież ta kobieta nie może być wiecznie w szpitalu. Bardzo trudna rozmowa z matką i jeszcze trudniejsza decyzja i błaganie kobiety o pomoc, dlaczego znowu ja? Trudno, powiedziało się A więc trzeba powiedzieć B, sprawa jednak jest bardziej skomplikowana niż by się wydawało, kobieta nie ma żadnego dokumentu, trzeba załatwić transport, nie może lecieć sama, musi miec oprócz mnie (jako pełnomocnika matki) jeszcze jedna osobę z doświadczeniem medycznym, Pomyslałam, pokombinowałam i znalazłam, jednym słowem zafundowałam koledze tydzień wakacji na Teneryfie niestety na koszt tej biednej starszej Pani, ale co mogłam zrobić, moge pomóc lecz niestety nie finansowo, bilety kupione, więc za 3 tygodnie kobieta wróci do Polski, do rodziny, znajomych, wszyscy są pełni nadziei, że wśród swoich wróci do zdrowia. Ale jeszcze jedna ważna sprawa, dokumenty… na szczęscie w nieszczesciu mieliśmy umówioną wizytę w ambasadzie we własnej sprawie i nie trzeba ponosic dodatkowych kosztów, w ambasadzie dostaje dokumenty dzięki którym kobieta może opuścić wyspę. Dzień wylotu, z drugiego końca wyspy odbieramy schorowaną kobietę ze szpitala, z ledwościa udało sie ją doprowadzic do auta, jednak jest, siedzi, niby szczesliwa, tak się wydaje, ale prosi nie zostawiajcie mnie nigdzie, jaki ten los jest okrutny, przecież ja wcale jej nie znam. Siadamy do samolotu jako pierwsi z osoba niepełnosprawną, 6 godzin lotu to tragedia, ale jakoś się udało, na lotnisku w Poznaniu czeka juz karetka, podjeżdza pod samolot, ludzie nie wiedzą co się dzieje, zdziwieni, nic nie zauwazyli aby coś złego się działo, a jednak jedna z pasażerek trafia do ambulansu, który ma ją zawieźć do domu… O dziwo poznała obsługę karetki (przyjechali jej znajomi, dawni współpracownicy), wiem a przynajmniej wydaje mi się, że zostawiam ją w dobrych rękach. Ruszyli prosto do szpitala, do jej rodzinnego miasta, ja z kolega do domu, do siebie, mam tydzień w Polsce więc korzystając z okazji odwiedzam dzieci, rodzinę. Dalsze losy chorej kobiety monitoruję przez telefon i co się okazuje, tragedia, kilka dni w polskim szpitalu i kobieta nie wstaje z łóżka, nawet na wózek jej nie posadzą, pampersy (a przecież potrafiła powiedzieć), bo nikt nie będzie jej pilnował, zamiast poprawy stan się pogarsza, jest coraz gorzej, kobieta trafia do domu opieki, a tam juz tylko wegetacja, znajomi, rodzina przychodzili tylko po to, aby się posmiać, zobaczyć co stało się z piekną kiedyś kobietą, a to jej nie pomogło, wręcz przeciwnie. Dzisiaj kobieta jest wrakiem człowieka, nie ma żadnego kontaktu ze światem, nie wie co się wokół niej dzieje, nikogo juz nie poznaje, wyjeżdząjąc z wyspy była w zdecydowanie lepszej formie, a polska służba zdrowia zamiast jej pomóc doprowadziła do upadku człowieka.

Tak naprawdę nikt nie wie dokładnie co było bezpośrednią przyczyną utraty zdrowia psychicznego i fizycznego przez tą kobietę, z tego czego sie dowiedziałam od lekarzy na wyspie, najprawdopodobniej była więziona i przeżyła jakąś traumę a bezpośrednia przyczyną były jakieś narkotyki połączone z alkoholem, nasuwa się tylko pytanie czy ona sama się do tego doprowadziła czy ktoś jej pomógł. Otóż męzczyzna, który przywiózł kobiete do szpitala zjawił się jakiś tydzień po tym jak ona opuściła szpital, jakie było jego zdziwienie, że jej już nie ma, przeciez nie mogła opuścić wyspy bez dokumentów, tak myslał, wykrzykiwała że nie mogli tak zrobic, że to on ja tu przywiózł i tylko on miała prawo ją odebrać, ale na słowo policia, uciekł i więcej się już nie pojawił.

Tak moim zdaniem ta historia może być przestrogą przed dziwnymi znajomościami zwłaszcza w obcym kraju jeśli jest się samemu.

Otagowane:  
 

Ostatni dzień życia mojej Mamy……

Dodano 25 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Dzień jak co dzień, choć został w pamięci na całe życie pomimo iż minęło już 36 lat ja nadal go pamietam jakby to było wczoraj (dodam również fakty o których dowiedziałam sie o wiele później). Wstaje rano do szkoły, mama do pracy, a dziadek (ojciec mojej mamy) który akurat u nas gościł wraca do domu, mój tato akurat w szpitalu, jakieś problemy z oczami. Jednak mama zamiast do pracy udała się do lekarza w przyzakładowej przychodni lekarskiej, bardzo bolała ją głowa, a że zawsze miała problemy z wysokim ciśnieniem więc potrzebowala pomocy, a ten cudowny lekarz zamiast pomóc to jeszcze bardziej denerwuje moją mamę i mówi jej że symuluje i takich pacjentów to ma na okrągło, takich którym się nie chce pracować, więc jak już dzisiaj nie poszła do pracy to wypisze jej zwolnienie, ale jutro, do roboty!!! Tylko, że tego jutra już nie będzie….. Nadszedł wieczór, mama cały dzień przeleżała w łóżku, bardzo źle się czuła, ból głowy nie ustępował pomimo środków przeciwbólowych. Miałam zaledwie 13 lat i zawsze słuchałam tego co mówi mama, nigdy nie umiałam zaprotestować, a może wtedy gdybym miała swoje zdanie, może cos by to zmieniło, brat siedział zamkniety w swoim pokoju, nie chciał denerwować mamy bo i tak w ostatnich czasach miała z nim troche kłopotów (20 latek) kilka dni prędzej uciekł z domu z powodu dziewczyny, ale dokładnie co i jak to nie pamiętam. Siedziałam z mamą tak długo jak mi na to pozwoliła, poprosiła o miskę, bo było jej nie dobrze, nie miała też sił aby iść do toalety, przyniosłam więc nocnik, chciałam pomóc tak jak umiałam najlepiej. Ostatnie słowa mojej mamy kołatają mi w głowie na każde jej wspomnienie, powiedziała mi że kasetka w której znajdują się kosztowności jest moja i tylko moja, w sumie wtedy te słowa nie dały mi nic do myślenia jednak kolejna prośba mnie zaskoczyła, ale też tak jakbym ją zbagatelizowała, byłam zbyt grzecznym dzieckiem. Mama prosiła, aby zaopiekowała się mną moja ciocia, a jej siostra, o co chodzi? Pomyślałam, że skoro tato jest w szpitalu pewnie mama się boi że też tam trafi i nie bedzie sie miał kto mną zająć i zamiast wtedy obudzic brata, powiedziec mu wszystko, ja posłuchałam grzecznie mojej mamy i poszłam spać, nawet nie do swojego łóżka, (bo tam spal dziadek poprzedniej nocy, a mama nie zmieniła pościeli)kazała mi iść do brata, tak zrobiłam. Poranek okazał się koszmarem, zadzwonił budzik, wstałam do szkoły jak zawsze i gdyby nie fakt, że w pokoju w którym spała mama zostawiłam zegarek pewnie nawet bym tam nie zajżała. Gdy przekroczyłam próg pokoju zobaczyłam mamę leżącą na podłodze, podbiegłam złapałam ją za rękę, była zimna, zimna jak lód, pamiętam tylko tyle, że odskoczyłam jakby mnie coś parzyło i zaczęłam wołać brata, dalej pustka i tylko pustka, pamietam że brat dzwonił po znajomych szukając pomocy, przyjechali, zabrali mnie z domu.. Z tata i bratem spotkałam się dopiero na pogrzebie mamy, nie pozwolili mi się z nią pożegnać, nie pozwolili wejść do kostnicy, pamiętam tylko łzy i wielki smutek, wielką stratę…… Teraz gdy tak pomysle, gdybym wtedy pomogła to moze cale moje życie ułozyłoby się zupełnie inaczej…….

Otagowane:  

Moje najmniejsze a zarazem największe szczęście…

Dodano 23 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Życie toczy się swoim torem w miarę spokojnie i wszystko powoli się układa, pieniązki na życie są a to mimo wszystko bardzo ważne, jednak nie najważniejsze. Nadchodzą moje urodziny, w tym dniu każdy z moich synów dzwoni z życzeniami dla mamusi, ale tego co usłyszałam od jednego z moich chłopców, tego sie nie spodziewałam. Mamy dla mamusi super niespodziankę i wspaniały prezent, no tak ale jak mozna dać komuś prezent na odległość 6000km to fizycznie niemożliwe, a jednak! Co się okazało, moja synowa jest w ciąży i będę babcią, wspaniała wiadomość, a dla mnie byłaby jeszcze wspanialsza gdyby się okazłało że będzie dziewczynka, całe życie pragnęłam córki, ale nie było mi to pisane. Synowa udała się do ginekologa w przychodni aby potwierdzić swoje podejżenia, gdyż na ten moment mieli tylko test, lekarz potwierdza, daje skierowanie na badania, ale nawet zaświadczenia do pracy że jest w ciązy, to w późniejszym czasie, jak tak można przecież ona pracuje na dwie 12 godzinne zmiany, a teraz juz tak nie może pracować, biedna załamana, zmeczona po nocnej zmianie dzwoni do mnie i prosi o radę, nie zastanawiając się wiele zaczynam działać. Telefon do Polski do mojego ginekologa, który pracuje w szpitalu, ale tez ma prywatny gabinet (ale z ulicy dostac sie do niego to nie realne, nowych pacjentek nie przyjmuje, ma za duzo stałych), lepiej wydać parę groszy i mieć dobra opieke. Udało się! Rozmawiałam z lekarzem, synowa ma zadzwonić do szpitala i umowic sie co dalej i załatwione, poszła na umówione spotkanie, od ręki dostała zaświadczenie i zwolnienie lekarskie, aby było wszystko dobrze kategorycznie nie może pracować po 12 godzin, a tym bardziej w nocy. Cały czas byłam w kontakcie z synową, powoli zaczęłam kupować takie maleńkie ciuszki dla noworodka, aby troche odciążyć dzieciaki, gdyż u nas jest możliwość kupienia różności w bardzo niskich cenach. W odpowiednim czasie dowiadujemy się, że będzie dziewczynka, moja radość nie znała granic, byłam tak szczęśliwa, jak nigdy dotąd, cały czas składałam wyprawkę dla wnusi, zaplanowałam lot do Polski, jednak termin porodu to koniec listopada, a jak już będę w tym czasie w polsce to przecież dzieci nie puszczą mnie do domu na święta, jakoś trzeba było to zorganizować, kupuję wiec bilety dla moich chłopaków, aby przylecieli do Polski na święta i powrotny juz na nowy rok dla nas wszystkich, mój wylot do Polski jeszcze w powietrzu, mija czas, dla mnie chyba bardziej się dłużył niż dla mojej synowej i syna, chciałam być już nimi, ale z drugiej strony nie mogę zostawić Mateusza z Maciusiem na długo samych, jak oni sobie dadzą radę beze mnie, tu targały mną wątpliwości, bedą musieli i tyle. Dokładnie na miesiąc przed urodzeniem mojej kochanej wnusi dotarłam do Polski, dzieciaki szczęśliwe, a maleństwo ma wszystko przygotowane do przyjścia na świat, dzień porodu zaczął się niby normalnie, syn akurat miał dzień wolny w pracy, zjędliśmy sniadanie i mieliśmy jechać na jakieś zakupy i tu nagle upsss, cos się zaczyna dziać, niby powoli, ale bardzo szybko, po godzinie skurcze doszły do co 5 minut, nie ma co czekać, jedziemy!! W szpitalu to czekanie, to chyba najgorsze co może być, czekam, czekam i nic biegnie lekarz, co się dzieje? Myślę, nie czekając aż ktos mi coś powie pytam lekarza , krótka odpowiedź, jedziemy na cesarkę, dziecko nie chce się wpasować, a nie ma co dłużej czekać. Trudno, ja nic nie poradzę zabieram wszystko i ide czekac w inne miejsce, syna instaluja w sali połżnic na tzw kangurowanie, matka po cięciu nie może więc zastępuje tata. Po jakimś czasie jedzie, jedzie inkubator, pytam Panie czy to moja wnusia tak, tak więc pierwsza ją widziałam, miła połozna pozwoliła mi wejść na salę i zrobić kilka zdjęc. Musiałam wszystkich poinformować i jak taka sowa, sms za smsem, wysyłanie zdjęcia do rodziny synowej, do moich chłopaków, odbieram wiadomości z gratulacjami i wielkie , wielkie szczęście, jedzie synowa pozwalają mi wejść na salę i zostać z nią, syn zmęczony, szczęśliwy nie jedzie do domu odpocznie, ja bede czuwać. Mała urodziła się z 10 punktami, duża, silna dziewcznka. Super, jestem babcią i w końcu mam upragnioną dziwczynkę w rodzinie. Jeszcze miesiąc mogłam nacieszyć się wnuczką i czas wracać do domu, Maciuś do szkoły, Mateusz do pracy, ale są wakacje i na pewno, stanę na głowie aby móc jechać do wnusi, a do tej pory pozostają fotki i skype. Dzisiaj jest 23 maj, do wakacji jeszcze miesiąc, a ja nie mogę sie doczekać kiedy polecę i zobaczę na żywo ten mały skarb, który rośnie w oczach, siada juz śmieje się głośno, no ale tutaj też muszą wszystko tak poukładać, aby było dobrze.

No to w tym wpisie dotarłam do dnia dzisiejszego, do tej pory opisałam w wielkim skrócie moje dotychczasowe przeżycia, od następnego wpisu juz nie chronologicznie bedę opisywać różne ciekawostki z mojego życia i te bieżące i te bardzo stare, to co utkwiło w mojej pamięci juz na zawsze, a czym się chce z Wami podzielić….

Otagowane:  

2013, czy ta 13 na końcu może być szczęśliwa? Chyba nie, a może jednak…. Zaczęło się od tego, że najpierw ja zostałam okradziona, skradli mi portfel w którym nie było wiele pieniędzy, ale wszystkie dokumenty, dowód, prawo jazdy, karta rezydenta, karty płatnicze itp, co ja teraz zrobię, nie mogę prowadzić auta, jedziemy więc z Mateuszem do Trafico czyli miejsca gdzie wydają prawa jazdy, aby się dowiedzieć co teraz można zrobić i jedyne co mogę zrobić bez innych dokumentów to złożyć wniosek o weryfikację moich uprawnień z Polski, gdybym zgłosiła prędzej posiadanie prawa jazdy dostałabym papierek i mogłabym prowadzić auto, na wszelki wypadek prosimy również o weryfikację uprawnień dla Mateusza czym jednocześnie poświadczamy jego uprawnienia. Jak na złość 2 tygodnie później w niewyjaśniony sposób ginie portfel Mateusza i teraz oboje jesteśmy bez dokumentów, na szczęście na podstawie doniesienia na policji Mateusz może prowadzić auto, bez tego nie można tu żyć. Co robimy, co możemy zrobić, przecież jakoś musimy zdobyć nowe dokumenty, mój dowód czeka w Polsce, ale musze się tam dostać tylko jak? Podróż do Madrytu z wielkimi przygodami udaje nam się otrzymać paszport tymczasowy, dla mnie na miesiąc, (bo miałam właśnie w planach lot do Polski) dla Mateusza na pół roku gdyż dopiero wtedy miał tam być. Krok do przodu możemy wyrobić wszystkie pozostałe dokumenty, po pół roku mam w końcu prawo jazdy już hiszpańskie wydane na 10 lat. Na szczęście na tych przygodach skończyły się złe sytuacje z 2013 roku,a dobra wiadomość przyszła trochę nieoczekiwanie, trochę się jej spodziewaliśmy. Mój średni syn się żeni, we wrześniu lecimy na wesele i co w tym wszystkim najciekawsze Mateusz występuje w roli ojca, taka jest wola mojego syna i jego przyszłej żony, własnego biologicznego ojca nie chce znać, nigdy więcej nie chce go widzieć. No, a u nas znowu ciut ciężka sytuacja finansowa, warsztat w którym pracował Mateusz upadł, został zamknięty, jednak mój w 100% zaradny partner daje radę, pracuje całymi dniami jeżdżąc do klientów, których jako dobry fachowiec odebrał tym dla których pracował po 3 miesiacach takiej pracy postanawiamy wynając garaż, gdzie będzie prościej pracować i tak pracuje do tej pory, teraz ma już tylu klientów, że od roku pracuje z kolegą, albo lepiej wspólnikiem, nie ma z tego może wielkiego majątku, ale da się żyć. Weselisko w Polsce, było udane, ale o tym napiszę kiedy indziej jako ciekawostka, osobne wydarzenie z mojego życia…

Otagowane:  

Świadomość, że ktoś może być lepszy…..

Dodano 22 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Podejście do życia Polaków na emigracji jest dla mnie nie zrozumiałe, zamiast sobie pomagać rzucają kłody pod nogi, nikt nie może być lepszy ode mnie i nikt nie może miec lepiej, czy zawsze musze trafiac na takich ludzi? Mija 8 mcy pracy Mateusza na Teneryfie (w warsztacie prowadzonym przez polaków, którzy też kiedyś zaczynali od zera, im się jakoś udało byli tu prędzej, zanim zaczął się kryzys) i z dnia na dzień wypowiadają mu umowę o pracę, wiedząc że ma rodzinę, ale co to ich obchodzi najważniejsze aby oni mieli dobrze, nie potrzebny im uczciwy pracownik. Dlaczego, jaki jest powód, zastanawiam się przecież jeszcze dzień predzej było wszystko OK, wytłumaczenie, a że nie umie tego, a że coś tam źle zrobił, że ponieśli koszty, na domiar złego nie wypłacają ostatniej pensji, a pieniądze na ulicy nie leżą, my musimy za coś żyć.Damy radę!!!! Po kilku dniach Mateusz znajduje zajęcie w innym warsztacie również prowadzonym przez polaków, tym razem jednak uczciwsi, choć nie do końca, ale dopóki ktoś nie oszuka mnie bezpośrednio nie moja sprawa. Jakoś się kula, ze wzgledu na Maciusia zmieniamy mieszkanie, do tej pory mieszkaliśmy na 3 piętrze wśród ulic więc każde wyjście to cała wyprawa, znaleźliśmy coś co jest rajem dla dziecka, dla nas nie za bardzo, ale czego nie robi się dla dzieci. Teren na którym zamieszkaliśmy pełen zieleni, zamknięty dawny ośrodek wczasowy z basenem na terenie strzezonym przez ratownika i mnóstwo przestrzeni do zabawy, nie muszę biegać krok w krok za dzieckiem, w końcu ma już 5 lat. Nie bardzo podobały mi się warunki mieszkalne, za mało miejsca choć niby też 2 sypialnie i salon, ale to nie to czego bym chciała, jednak dopóki Maciuś nie będzie na tyle samodzielny by samemu wychodzić na plac zabaw nie zmienie miejsca zamieszkania. Dla mnie najważniejsze jest szczęście rodziny, ja na drugim planie, tak było całe moje życie, zawsze jest ktoś ważniejszy ode mnie….

Otagowane:  

Tak więc po 4 latach emigracji zamieszkalismy w cudownym miejscu, wyspa jest mała ale piękna, każdy weekend spędzamy na zwiedzaniu, aby poznać lepiej nasz dom, a na dodatek mamy grudzień, a pogoda jak w maju na kontynencie, tak to jest moje miejsce. Cudowne widoki, piekna pogoda, ale też codzienność bo przecież aby żyć trzeba pracować, nie ważne gdzie, powoli poznajemy wyspę, zwyczaje jej mieszkańców, bo różnią się one bardzo od tych do których zdążyliśmy się przyzwyczaić, tutaj mentalność jest inna, wszystko dzieje się jeszcze wolniej i postawa tubylców (czyli rdzennych mieszkańców Teneryfy), my nie jesteśmy hiszpanami, tylko kanaryjczykami, a to wielka różnica. No jakoś będziemy musieli się do tego wszystkiego przyzwyczaić. W miarę szybko nam się to udało, Maciuś szybko znalazł kolegów w szkole, nauczycielka była cudowna, a co za tym idzie dzieci chętnie chodzą do szkoły, Mateusz pracował a ja próbowałam znaleźć coś dla siebie, tylko że to nie takie łatwe mając swoje lata, wszędzie do pracy szukają młodych.Byliśmy we czwórkę, ja, Mateusz, Max i Maciuś, ale niestety tak jak przypuszczałam Max chce jechać do Polski, do dziewczyny, tam chce świętować swoją 18stkę z braćmi, co mogę zrobić, przecież nie mogę mu zabronić jest już prawie dorosły, niech leci, niech zobaczy sam jak to jest być dorosłym…. No to zostaliśmy tylko we trójkę w tym raju na ziemi, a moje dzieci w Polsce juz teraz cała trójka, ale najważniejsze że są szcześliwi i żyją tak jak chcą, Max skończył 18lat i o dziwo szybko znalazł pracę, aby mieć za co żyć, aby nie być dla nikogo ciężarem, dzielny chłopak, postanowił też kontynuować naukę, aby tylko dał radę, przecież ma dopiero 18lat, dopiero wkracza w świat dorosłych ludzi, choć wiem że sobie poradzi to troszkę się martwię, jak to matka. A my spokojnie żyjemy, praca, dom, zwiedzanie i w sumie wieczne wakacje w cudownym klimacie, poznajemy coraz więcej nowych ludzi, a Polaków mieszkających tu na stałe jest bardzo dużo, tak samo turystów, jednak jak wszędzie trzeba uważać na fałszywych ludzi, tych którzy patrzą tylko na to jak wykorzystać rodaka, jak mieć lepiej niż inni. Czy Ci ludzie muszą być, aż tak fałszywi? Jednak zbyt wiele juz w życiu przeszliśmy, aby dać się wykorzystać, choć czasem to nieuniknione pomimo wszelkiej ostrożności, ale o tym następnym razem…

Otagowane:  

Teneryfa, raj na ziemi tylko czy faktycznie???

Dodano 21 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No to w telegraficznym skrócie dotarliśmy do obecnego miejsca mojego zamieszkania, ale powoli jeszcze nie napisałam jakim cudem się tu znależliśmy, w tym cudownym miejscu…

1381287_681403321872390_1761388012_n

Coraz trudniej się żyło i coraz trudniej było związać koniec z końcem i rozwiązanie przyszło samo, koleżanka która 2 lata prędzej wyjechała z Hiszpanii na Teneryfę dzwoni z propozycją pracy dla mojego Mateusza. Nad czym się zastanawiać, jeśli ma być lepiej, stała praca, kontrakt więc ruszamy, tylko znowu ten sam scenariusz, Mateusz leci sam ja moge dopiero po 2 tygodniach, bo musze czekac na pieniadze, taka droga kosztuje i trzeba na miejscu znaleźć jakies lokum, ale szybko zleci, mam czas aby spakowac najpotrzebniejsze rzeczy, a troche sie tego nazbierało przez 4 lata. Nie mozemy przeciez znowu zaczynac totalnie od zera, auto zapakowane po brzegi, powiedziałby kto że juz nawet szpilki sie nie wciśnie, zostawiam przeszłość za sobą i w drogę. 500km autem, 48 godzin promem i dotarliśmy, Mateusz był tak szczęśliwy, że nie zdązyłam powiedzieć nie otwieraj drzwi samochodu i tak jak to było do przewidzenia wszystko wypadło, ale to nic znowu jesteśmy razem. Nowe mieszkanko nie wielkie w małej mieścinie, ale blisko pracy, blisko szkoły dla Maciusia ( bo nie napisałam w Hiszpani dzieci chodza do szkoły od 3 lat, nieobowiazkowo jest dla 3-5  latków, ale przez te 3 lata ucza sie tego co polskie dzieci w klasie 0). Tak więc zaczynamy nową przygodę w nowym miejscu, jak to będzie zobaczymy, czas pokaże czy bedzie lepiej czy tez gorzej…..

Otagowane:  
 

Powolna stabilizacja

Dodano 20 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Mijały dni, tygodnie powoli wszystko jakoś się układało jak to w życiu codziennym, praca, dom ,dzieci, było naprawdę ciężko gdyż jakoś tak się układało że zawsze była tylko jedna pensja, ale grunt to się nie poddawać, nie tracić nadziei. Znowu zmieniamy mieszkanie, tym razem na ciut wyższy standard i za te same pieniądze, nadchodzą kolejne wakacje a wraz z nimi niespodzianka, mój najstarszy syn postanowił  odwiedzić mamę, wątpiłam że kiedykolwiek się zdecyduje, miał mi za złe, ze urodziłam Maciusia, ze wyjechałam. I stał się cud, po raz pierwszy od narodzin Maciusia mój najstarszy syn zaczął traktować go jak brata, bawić się z nim, zabierać na spacerki itp. Dwa tygodnie szybko minęły, ale byłam szczęsliwa, ze syn po raz pierwszy w życiu spędził wakacje (urlop) poza granicami Polski i to na Costa del Sol, wyjechał zadowolony i chyba pogodzony z sytuacją. Wakacje minęły chłopcy rozpoczęli nowy rok szkolny, o dziwo poprzedni zaliczyli na najniższych ocenach, ale najważniejsze że zaliczyli, przecież wszystko w innym jezyku. Kolejna dobra nowina Mateusz znalazł pracę tam gdzie lubi, w końcu będzie robił to co kocha i z przyjemnością czyli naprawa samochodów, a co za tym idzie może w końcu nauczy się języka, bo tam tylko Hiszpanie. Wydawało się, że teraz już będzie tylko lepiej, nikt nie przewidział, że kryzys tak bardzo dotknie wszystkich, a nawet tych co do tej pory radzili sobie całkiem dobrze, nie będę opisywać teraz wszystkich przygód, bo nie zostanie mi nic na później. Czas leciał nieubłaganie szybko, dawaliśmy sobie radę, Maciuś nie chorował, chłopcy się uczyli, Mateusz pracował i zarabiał na utrzymanie rodziny. Postanowiłam, że na kolejne wakację odwiedzę chłopców w Polsce, a i Ci którzy są ze mną chętnie zobaczą rodzinę, znajomych, a tu niespodzianka, moi synowie leca do nas, jak to zrobić przeciez to ja chciałam im zrobić niespodziankę, ustaliłam z nimi że przylecą na 2 tygodnie przed wakacjami bo tak bedzie lepiej, nie mogłam inaczej miałam już kupione bilety dla siebie i chłopców do Polski, zarezerwowałam też powrotny na ten sam samolot. I po raz pierwszy od ponad 3 lat wszyscy razem, było super, słońce, zabawa i nadszedł dzień wylotu, a tu zdziwienie wiecej walizek czyli co się dzieje? Nic, jedziemy w piatkę do Polski, takim to sposobem Maciuś swoje 4 urodzinki obchodził w kraju gdzie się urodził z rodzeństwem i dziadkiem, ja niestety musiałam wracać, a Max i syn Mateusza mieli zostać do końca wakacji. No i wakacje się kończą wraca Max, choć z wielką niechęcią (poznał pannę i chciał zostać, jednak dopóki nie ma 18 lat jest pod moją opieką ) i pragnieniem wyjazdu do Polski, natomiast syn Mateusza buntowniczo nie wrócił, 15latek stwierdził, że zostaje z mamą, cóz trudno chyba zapomniał, że wyrzuciła go z domu, ale nic na siłę, nie chce to nie można go zmuszać, może kiedyś gdy dorośnie zrozumie swój błąd. Czas mija już prawie 4 lata na obczyźnie, a tu zamiast lepiej to coraz gorzej, warsztat w którym pracuje Mateusz coraz gorzej przędzie, a co za tym idzie coraz mniej pieniędzy, coraz trudniej żyć, na szczescie nie muszę już wysyłac pieniędzy do Polski, mój średni syn skończył szkołę, znalazł pracę i jest w stanie sam się utrzymać, a my czas pokaże czy będzie lepiej, a może znajdziemy lepsze miejsce na ziemi??? Ale o tym później….

Otagowane:  

Zaczynamy od zera, czyli poczatki życia na obczyźnie…

Dodano 20 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No to jesteśmy w trójkę w obcym kraju, nie znając języka i tak naprawdę nie mając nic, koleżanka udostępniła nam pokój w swoim niewielkim mieszkanku i zaczynamy nowe zycie, nową przygodę. Pierwsze święta bez dzieci, trochę smutno, trochę przykro pozostaje tylko skype, ale też 20km dalej u drugiej koleżanki, bo u nas nawet słabo z zasięgiem telefonu, ale trudno podjęlismy decyzję i musimy sobie radzić. Nowy rok, idę do pracy oczywiście jak to w tym rejonie Hiszpanii na początek do szklarni z pomidorami, a mały Maciuś do żłobka. Jednak po 2 tygodniach dochodzimy do wniosku, że taki układ nie ma sensu, musimy wynająć własne mieszkanie i postanawiam sprowadzić mojego 14 letniego syna szybciej niż to było planowane nie trzeba będzie wydawać 300 euro na żłobek, bo przecież musimy jeszcze wysyłać pieniądze do Polski aby mój średni syn miał za co żyć, najstarszy pracował i miał już własne życie. Tak więc szukamy i w miarę szybko udało nam się znaleźć coś w normalnym miasteczku, niewielkie ale dla nas 4 w tym momencie wystarczy i w tydzień po wynajęciu samodzielnego mieszkania przylatuje Max, aby zająć się Maciusiem, do szkoły pójdzie od nowego roku do tego czasu trochę opanuje język oswoi się z tutejszym klimatem. Czas leci szybko, zbliżają się wakacje i tu problem, ma dolecieć do nas syn Mateusza na stałe i mój średni z narzeczoną na wakacje, a nasze mieszkanie jest zdecydowanie za małe więc trzeba szukać większego, a pojawił sie już problem z pracą gdyż kryzys zawitał do Europy, no ale jakoś dajemy radę, znalazłam prace w magazynie przy sortowaniu pomidorów, Mateusz w drugim (szklarnie stoją w okresie letnim lub są arbuzy). Znaleźliśmy mieszkanie z 4 sypialniami i salonem w miarę rozsądnej cenie u tego samego właściciela co poprzednio i czekamy na dzieci. Zaczęły się wakacje i dzieciaki doleciały na najpiękniejsze wakacje życia, ale niestety mieszkanie które wynajęliśmy okazało się pełne nieproszonych gości (karaluchy) w takich warunkach to ja mieszkać nie będę na gwałtu rety szukamy innego, a to wakacje i problem, załatwiliśmy dofinansowanie z gminy i takim cudem wynajęliśmy domek, ciut drogo jednak z dofinansowaniem cena jest odpowiednia. Tak więc teraz zamieszkaliśmy w pięknym przestronnym domu, dzieci korzystały ze słońca, uroków Hiszpanii i wakacji, ale czas płynął nieubłaganie i czas wolny sie kończy, trzeba wracać do rzeczywistości, więc narzeczeni do Polski, a chłopcy do szkoły, wszystko już załatwione, z małym Maciusiem w domu zostaję ja, bez pracy gdyż nabawiłam się choroby kolana przez stanie na nogach przez 12 godzin i chwilowo nie mogę pracować, coraz trudniej się żyje, zawsze coś, zawsze jakieś kłody pod nogi. Powoli uczymy się języka i jakoś wspólnymi siłami dajemy radę. mija rok chłopcy chodzą do szkoły i jakoś dają radę choć jeszcze mają problemy z językiem zwłaszcza syn Mateusza, uparty z podejściem że nie będzie się uczył, jednak sytuacja zmusza go do tego by choć trochę się przyłożył bo przecież każdy chce mieć kolegów. Sytuacja materialna zmusiła nas do kolejnej zmiany mieszkania w innej miejscowości, mniejszej ale opłata za mieszkanie o połowę niższa, może warunki ciut gorsze, ale prześliczne miejsce, szkoła dla chłopców blisko domu. Jakoś dawaliśmy radę pracując na zmianę raz ja, raz Mateusz jednak z pracą było coraz trudniej, nikt nie przypuszczał, że będzie tak ciężko, ale co najważniejsze od przylotu do Hiszpanii mały Maciuś ani razu nie był chory, w końcu dla niego podjęlismy tak trudną decyzję….

Otagowane:  

Niespodzianka…

Dodano 19 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Tak więc Mateusz wyjechał, przed wyjazdem ustaliliśmy, że ja i Maciuś oraz mój najmłodszy syn i syn Mateusza dołączymy do niego za jakieś pół roku, zaraz na początku wakacji. W domu zostaje mój najstarszy i średni 18letni wówczas syn, który nie chciał opóścić swojej dziewczyny, zrezygnować ze szkoły do której chodził, ogólnie był pełnoletni miał prawo o sobie decydować.Minął miesiąc pobytu Mateusza w Hiszpanii, dzwoni telefon, kolezanka u której zatrzymał się Mateusz. Słyszę w słuchawce, kupuj bilety dla siebie i małego i przylatuj od nowego roku masz pracę, nie wierzyłam własnym uszom, ale był jeden warunek Mateusz nie może o niczym wiedzieć. No co miałam robić, szybko kupiłam bilety, za dwa tygodnie lecimy, ale jeszcze trzeba wszystko poukładać, więc mojego najmłodszego syna instaluje u siostry mojej mamy, zgodziła się bez problemu, a syna Mateusza u jego siostry Natalii, pozostała dwójka i tak miała zostać sama. Wszystko ustalone, wielkie pakowanie trzeba zabrać wszystkie rzeczy potrzebne dla małego Maciusia, wizyta u Pani doktor jak postepować, czy dalej podawać leki i w koncu dzień wylotu. Obładowana jak wielbłąd z maksymalnym bagażem jaki mogłam zabrać, półrocznym dzieckiem dotarłam do Hiszpanii, znajomych jeszcze nie było, musiałam chwilkę zaczekać, ale się doczekałam, wsiedliśmy do samochodu i za jakieś 3 godziny docieramy na wiochę zabitą dechami, gdzie z obiadem całkowicie nieświadomy niczego czeka Mateusz. Podjeżdżamy pod dom, znajomi wysiadają z samochodu, ja zostaję z małym na ręce, z domku wychodzi Mateusz, gdy nas zobaczył w aucie jego mina była po prostu bezcenna, wszystkiego się spodziewał tylko nie tego, taką to niespodziankę zrobiliśmy tatusiowi i znowu jesteśmy razem, do pełni szczęścia brakuje tylko braci, ale dojadą…

Otagowane:  

Trudne decyzje…

Dodano 19 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

No to po dwóch miesiącach z powrotem w domu, dzieci szczęśliwe oczywiście oprócz najstarszego syna, który ciut krzywym okiem patrzy na maluszka, ale jego nastawienia ot tak nie zmienię, sam musi dorosnąć i zrozumieć. Chłopcy dorastają za kilka miesięcy skończy 18lat i będzie dorosły, a ja myslę jak im pomóc? Piętno ojca kryminalisty ciągnie się za nimi, ja postanowiłam ale co chłopcy na to? Zapytałam wprost, czy chcą zmienić nazwisko ojca na moje, aby nikt już nie kojarzył już ich z ojcem (być może nazwisko byłego meza było popularne, jednak imię dość charakterystyczne i rzadkie). Bez zastanowienia dwójka młodszych podjęła natychmiastową decyzję, tak zmieniamy, najstarszy od kilku lat sam juz decydował o sobie więc decyzja była tylko jego, postanowił pozostać przy nazwisku ojca. Jak zapowiedziałam, tak zrobiłam, sprawa potoczyła się bardzo szybko gdyż mój były mąż był całkowicie pozbawiony praw rodzicielskich, więc tylko moja zgoda i dzieci, obydwoje musieli podpisać swoją zgodę. Jedna trudna decyzja za mną.Bardzo szybko pojawił się kolejny trudny problem, otóż jak wspominałam prędzej Mateusz miał 3 swoich dzieci z poprzedniego związku, utrzymywał systematyczne kontakty z dziećmi (ma 2 córki i syna) i pewnego dnia, matka jego dzieci po prostu spakowała syna i kazała mu iść do taty, jak można tak postapić z 8 letnim dzieckiem? Co miałam zrobić, nie jestem bez serca i kocham dzieci więc po prostu przyjęłam go do siebie, zrobiło się ciut ciasno, w jednym małym pokoiku 3 chłopców w wieku 8,13 i 18 lat w drugim 23letni dorosły chłopak a w trzecim my i maleńkie dziecko, ale damy radę, musimy. Następny problem pojawił się 3 mce później, okazało się że mały Maciuś ma problemy ze zdrowiem, grozi mu astma oskrzelowa. Od tej pory maluszek stale pod inhalatorem, zastrzyki itp i trafia się super propozycja, Mateusz ma możliwość wyjazdu do pracy nad morze śródziemne, a z czasem i my wszyscy, co robić? Pani doktor, radzi jeśli tylko możecie nie zastanawiajcie się, to najlepsze rozwiązanie dla Maciusia, tam powinien być zdrowy. Co mam zrobić dręczą mnie wątpliwości, jednak Mateusz podejmuje decyzje, rzucam wszystko i jadę, jak tylko ciut się urządzę jedziecie do mnie. Decyzja zapadła, nie ma odwrotu, Mateusz złożył wypowiedzenie w pracy i już dwa dni później leciał do pięknego kraju, do Hiszpanii aby rozpocząc nowy rozdział w życiu…..

Otagowane:  

Udało się, jestem w ciąży!!!!

Dodano 19 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Ostatni tydzień wypowiedzenia, a ja dziwnie się czuję, okres ciut się spóźnia więc nie czekając dłużej robię test, pozytywny i jestem uratowana. Od razu zadzwoniłam do mojego lekarza, aby umówić się na wizytę, oczywiście Pani w rejestracji, że nie ma wolnych terminów, że za pół roku,a ja do niej ale ja jestem w ciąży i to ważne. Jakimś cudem Pani znalazła luke na następny dzień, lekarz w 90% potwierdził moje podejrzenia jednak nie mógł jeszcze dać mi zaświadczenia, musiałam zaczekać tydzień, aby mieć pewność, było zbyt wcześnie. To tylko tydzień, ale ciągnął się dla mnie strasznie w końcu minął i wszystko było pewne, dostałam papierek z którym od razu pojechałam do firmy w której teoretycznie pracowałam już ostatni dzień, prosto do kadr i nie mieli innego wyjścia, zaszłam w ciążę przed otrzymaniem wypowiedzenia więc wszystko zostaje cofnięte, nadal jestem pracownikiem tyle, że na zwolnieniu lekarskim (w sumie całe 9mcy).   Mijały tygodnie, ciąża była zagrożona, ale bezpieczna, mój lekarz dbał o mnie tak samo jak moje dzieci, tylko najstarszy syn ciut krzywo patrzył, ale nie komentował, w odpowiednim czasie okazało się, że kolejny chłopak, pomyślałam sobie widocznie nie jest mi pisane mieć córki, ale najważniejsze jest, aby urodził się cały i zdrowy!! Dobrą wiadomością w tym czasie było, że Mateusz akurat pracował w naszej miejscowości, postanowiliśmy generalnie wyremontować mieszkanie, tym bardziej że w najbliższym czasie mieli wymieniać rury ciepłownicze i kanalizacyjne więc można wyremontować łazienkę i kuchnie. Powoli w miarę możliwości nasze mieszkanko nabierało nowych kształtów. Pech chciał, że przyczepiła się do mnie cukrzyca ciążowa i niestety ze względu na mój wiek, ląduje w szpitalu, 2 mce do terminu i mój wspaniały lekarz informuje mnie, że spędzę tu czas do porodu. Z jednej strony byłam załamana z drugiej może i lepiej właśnie zaczęli rozwalać łazienkę, ubikacja 2 piętra niżej, a wykąpać się zapomnij. Mój tato, który był nastawiony sceptycznie do Mateusza czynnie pomagał mu w remoncie mimo 73lat, widać było że zaakceptował mój wybór i cieszy się z mojego szczęścia. Nadszedł dzień porodu, miało być sprawnie i szybko a co z tego wyszło, moje dziecko nie chciało wyjść zamiast na zewnątrz, przy każdym bólu partym on się cofał, skończyło się więc na cesarskim cięciu, ale najważniejsze że dziecko było silne i zdrowe.

Otagowane:  

Małymi krokami, byle do przodu….

Dodano 19 maja 2015, w Życie codzienne, przez Maria Alejandra

Po tym, gdy postanowiliśmy walczyć o szczęście czekała mnie trudna rozmowa z najstarszym synem, ale nie miałam innego wyjścia, musiałam. Wyjaśnienie mojego syna mnie zaskoczyły, powiedział: Mama, ale ja tylko chcę, abyś była szczęśliwa! Więc po prostu powiedziałam mu, aby dał mi życ własnym zyciem i moimi wyborami, jeśli po raz kolejny się rozczaruje będę miała pretensje tylko do siebie, ale jeśli nie spróbuję to będę obwiniac jego, może zrozumiał, może nie wtedy tego jeszcze nie wiedziałam. Mateusz również odbył poważną rozmowę z moim synem, ale jak to bywa między dorosłymi facetami przy piwku i chyba sie dogadali. Od tej pory Mateusz, każdy weekend spędzał ze mną i moimi dziećmi, planowaliśmy wspólną przyszłość i byliśmy bardzo szczęśliwi. Chłopcy uwielbiali Mateusza i zaczynali traktowac go jak własnego ojca. Po roku udanego pożycia postanowiliśmy mieć wspólne dziecko, długo nie trzeba było czekać, byłam w ciąży, ale jak to w moim przypadku to było zbyt piękne, aby mogło trwać wiecznie w 13tym tygodniu okazało się, że ciąża jest martwa, płacz, zabieg i powrót do życia, pech chciał iż moja kierowniczka zorientowała się jaki był powód mojej nieobecności w pracy i postanowiła zatrudnić kogoś do pomocy, do tej pory pracowałam sama i spokojnie dawałam sobie radę, coś czułam co to może oznaczać, choć moja umowa o pracę była na 5 lat do przodu. Przeszliśmy nad tym do porządku dziennego, pracowaliśmy oboje, dzieci były szczęśliwe, jedynie najstarszy syn nie pochwalał moich planów, po co Ci kolejne dziecko? Musiałam jakoś zareagować, to z brata u ojca się cieszysz, odwiedzasz, a jak mam chce mieć dziecko to już przestępstwo, mnie nie wolno? Nie skomentował, ale trzymał się ciut na dystans, a my nie rezygnowaliśmy i próbowaliśmy kolejny raz choć już miałam swoje lata (40), jednak tym razem nic z tego nie wychodziło. Dopadło mnie zapalenie wyrostka, zabieg w szpitalu i 2 mce zwolnienia lekarskiego, bałam się że po powrocie do pracy nie będzie tam dla mnie miejsca i się nie myliłam, po powrocie ze zwolnienia w pierwszym dniu pracy kierowniczka wręczyła mi wypowiedzenie, byłam załamana, nie chciałam być na utrzymaniu Mateusza. Okres wypowiedzenia obejmował 21 dni, nie zastanawiając się następnego dnia zamiast do pracy udałam się do lekarza, naściemniałam równo, lekarz wypisał 30 dniowe zwolnienie lekarskie, powód: depresja, ale co dalej……

Otagowane: